GÓRY SOWIE – część 1

RZADKO, ŻEBY NIE POWIEDZIEĆ NIEMAL NIGDY, NA PYTANIE „W JAKIE GÓRY JEDZIESZ?”, USŁYSZYMY ODPOWIEDŹ: „W GÓRY SOWIE”. JESZCZE RZADZIEJ ZDARZA SIĘ, ŻE PUNKTEM DOCELOWYM PODRÓŻY STAJĄ SIĘ GÓRY KAMIENNE, NIE MÓWIĄC JUŻ O PRAWDZIWIE NISZOWYCH GÓRACH WAŁBRZYSKICH. I BARDZO DOBRZE, BO DZIĘKI TEMU, NA SZLAKACH WSZYSTKICH WSPOMNIANYCH WYŻEJ PASM, CIESZYĆ MOŻEMY SIĘ SPOKOJEM, BRAKIEM ZGIEŁKU I CUDOWNĄ PRZESTRZENIĄ. RAJ DLA SAMOTNIKÓW I WSZYSTKICH TYCH, KTÓRYCH PRZYTŁACZAJĄ ZATŁOCZONE DO GRANIC MOŻLIWOŚCI ATRAKCJE TURYSTYCZNE Z TZW. „TOPU”.

JAK DO TEGO DOSZŁO, NIE WIEM (INTRO)

Pytany o miejsce mojego tegorocznego urlopu, ograniczyłem się do odpowiedzi, że wybieram się w Góry Sowie. Wszystko dlatego, że absolutnie nie miałem ochoty tłumaczyć, gdzie znajdują się Góry Kamienne, i czy chodzi o te w Ameryce Północnej (zapewne w tak sformułowanym pytaniu chodziłoby o Góry Skaliste). O Sowich niektórzy coś tam słyszeli, najczęściej w związku ze słynnym Projektem Riese, ale gdyby poprosić o ich wskazanie na mapie, mogłoby być już ciężko. Kilka razy spotkałem się więc z reakcją w stylu: „Aha, a co tam jest?”  albo, o zgrozo, „A czemu nie w Tatry?”. Niewzruszony takimi rekcjami (a nawet zwyczajnie nimi podbudowany, bo przecież to co nieznane szerszemu gronu jest najczęściej najciekawsze), wsiadłem w auto i wyruszyłem w drogę na południe.  

Duży plus Gór Sowich (tak jak w rozmowach ze znajomymi, na potrzeby niniejszego artykułu umownie nazwijmy w ten sposób obszar, który eksplorowałem), przynajmniej dla „ludzi północy”, a więc mieszkańców województw: zachodniopomorskiego, pomorskiego czy kujawsko-pomorskiego, to ich położenie. Nie są może tak dobrze skomunikowane z resztą kraju jak Karkonosze, ale niewiele im do tego brakuje. Ja, poruszając się S-5, a za Wrocławiem DK35, dotarłem do Jedliny-Zdrój gdzie nocowałem, w nieco ponad 4 godziny. Na miejsce dojedziemy też koleją, ale na pewnie nie bezpośrednio (nawet z Wrocławia). Podróż tego typu najczęściej wymaga przesiadki w Kłodzku. Wszystkim, którzy mają taką możliwość, polecam jednak skorzystanie z własnego samochodu (przepraszam eko-fanatyków), bowiem poszczególne atrakcje regionu są dość mocno od siebie oddalone, a dodatkowo często znajdują się z dala od ciągów komunikacji zbiorowej.

Jak już wspomniałem, ja na bazę wypadową dla swoich podróży wybrałem Jedlinę-Zdrój. Miejscowość nie wyróżnia się niczym specjalnym, ale bardzo doceniam i polecam, bo po pierwsze: jest czysta i zadbana, po drugie, architektura stricte turystyczna (wiele ośrodki turystyczne czy hotele) praktycznie tutaj nie istnieje lub jest dobrze ukryta, przez co w krajobrazie dominują ładne, klimatyczne wille, w których najczęściej mieszczą się małe pensjonaty (możecie sprawdzić: Villa Kwiaty Polskie – czysto, spokojnie, dyskretnie i, co najważniejsze, z dużym ogrodem, w którym można odpocząć po górskich wędrówkach). Poza tym, mówimy o uzdrowisku, więc w miejscowości znajduje się mały pałac zdrojowy. Planując eksplorację Gór Sowich możecie równie dobrze rezerwować noclegi w: Walimiu (super położenie, ciekawy klimat), Jugowie, Sokolcu, a nawet w większych miejscowościach jak: Bielawa, Nowa Ruda czy choćby Wałbrzych.

Po zakwaterowaniu i tzw. ogarnięciu, czas wyruszyć w trasę. Pomysł dobry, tylko gdzie? Pytanie o tyle zasadne, że w najbliższej okolicy znajdują się aż trzy duże pasma górskie, tj.: Góry Sowie, Góry Kamienne i Góry Wałbrzyskie. Ok, je też można  podzielić na mniejsze pasma, ale nie wchodźmy tak głęboko. Wspomniana Jedlina-Zdrój znajduje się niemal dokładnie na styku wszystkich trzech wspomnianych wyżej, głównych pasm. Kiedy tylko się  o tym dowiedziałem, natychmiast postanowiłem, że właśnie tam muszę się zatrzymać. Nie trzeba (a może jednak?) chyba wspominać, że wszystkie opisane skupiska gór wchodzą w skład Sudetów. Ich podział na terenie: Polski, Czech i Niemiec jest  bardzo ciekawy i jednocześnie skomplikowany, dlatego w tym miejscu odpuszczę sobie szczegóły.

Ciągle piszę tylko: ja i ja, a przecież wypada wspomnieć, że na wyprawę wybrałem się ze stałą towarzyszką moich podróży, czyli moją osobistą dziewczyną. To w sumie ważne, bo planując podróż, możecie oprzeć się na doświadczeniach dwójki względnie młodych i względnie zniszczonych pracą biurową osób.

GÓRY KAMIENNE (A RACZEJ SUCHE)

W trakcie naszego pobytu mieliśmy do dyspozycji bite trzy dni na samo łażenie po górach. Trzy dni na trzy pasma. Idealnie. Na pierwszy ogień poszły Góry Kamienne, ponieważ postanowiłem, że na początek dobrze byłoby pokonać nieco mniej wymagającą, spokojną trasę.                  W końcu zwykle człowiek wyrywa się w góry raz do roku, a siedzący tryb pracy robi swoje. Gdzieś przeczytałem, że trasy Gór Kamiennych wpisują się w tę charakterystykę. Oczywiście okazało się to nieprawdą, ale o tym niżej.

Chciałoby się powiedzieć: „plan był ambitny, a wyszło jak zawsze”. Patrząc na mapę i dokonując obliczeń „na oko” (no bo urlop jest od tego, żeby się zrelaksować, a nie przesadnie przeciążać umysł), zaplanowałem sobie pokonanie całego pasma, rozciągającego się między miejscowościami: Unisław Śląski i Jedlina-Zdrój. W praktyce oznaczałoby to przejście ok. 50 kilometrów, czego rzecz jasna moje „precyzyjne” obliczenia nie wykazały. Udało się zrobić nieco ponad połowę zaplanowanej trasy, co i tak dało blisko 30 kilometrów i wrażenia godne najlepszej górskiej wyprawy.

Eksplorację Gór Kamiennych (które tak naprawdę okazały się tylko ich małym wyrywkiem, określanym mianem Gór Suchych, ale tego dowiedziałem się dopiero wieczorem, google’ując nieco na ten temat) rozpoczęliśmy w miejscowości Unisław Śląski, oddalonej niecałe 20 minut drogi autem od bazy w Jedlinie-Zdrój. Auto zostawiliśmy na polu localsa, którego przy okazji zapytałem o początek szlaku, prowadzącego na Wielki Stożek, a więc pierwszy szczyt, który mieliśmy tego dnia zdobyć. I tutaj po raz kolejny przekonałem się, że pytać miejscowych o kwestie związane z turystyką, to tak, jakby pytać mnie o fizykę kwantową. Niby można, ale sensu w tym większego brak. Ze zrozumieniem, a nawet lekką sympatią patrzę więc na gościa, który wskazuje ręką na dwa pobliskie szczyty i mniejszy nazywa Wielkim Stożkiem, a większy Małym Wierchem. Ich prawidłowe nazwy to kolejno: Mały Stożek  i Wielki Stożek. W sumie trzeba docenić, bo coś tam mu w głowie świtało. Nieistotne, grunt, że na szlak ostatecznie trafiliśmy i rozpoczęła się nasz wspinaczka na Mały Wierch… tzn. Wielki Stożek.

Droga wspaniale wiła się nad uroczą dolinką, a widoki były cudowne! Tylko, że tak naprawdę to nie, gdyż było wręcz przeciwnie. Z miasteczka szlak wyprowadził nas bowiem prosto w gęste krzaczory, aby następnie, dość stromym podejściem, przez bardzo silnie zadrzewione zbocza powieść na sam szczyt Wielkiego Stożka. Podejście silnie strome, więc mimo teoretycznie niedużych wysokości (Wielki Stożek to tylko 840 m n.p.m.), można się tutaj naprawdę solidnie zmęczyć. Dodatkowo nie pomaga fakt, że turysta zmuszony jest przedzierać się przez gęstą roślinność, do tego nierzadko przechodząc nad lub pod zwalonym drzewem. Dodam, że podłoże należy tutaj opisać, delikatnie mówiąc, jako błotniste. Takie to Góry Suche.

Widoków, poza krótkim odcinkiem tuż przed samym szczytem, raczej nie uświadczycie. Na kilka metrów przed wierzchołkiem możemy jednak podziwiać piękną panoramę – u stóp rozciąga się Unisław Śląski (gdzieś tam w dolę widzę nasze zaparkowane w polu auto), dalej Wyżyna Unisławska, Kotlina Kuźnicka i wreszcie Góry Wałbrzyskie.

Mimo braku widoków, wędrując dalej, ku Małemu Stożkowki i miejscowości Sokołowsko, pomyślałem sobie, że jednak całkiem ładne te Góry Kamienne. I zastanawiam się, w sumie dlaczego tak mi tutaj dobrze. Po chwili już wiem! Ta cisza, spokój, brak turystów i praktycznie całkowity brak infrastruktury turystycznej. Po prostu Ty (ewentualnie towarzysze podróży), przyroda i góry. Dla kogoś kto wyrwał się z miasta i chce chwilę odetchnąć od cywilizacji (jak my), nie ma niczego lepszego. W istocie, pierwszych ludzi od momentu rozmowy z przemiłym rolnikiem z Unisławia Śląskiego, zobaczyliśmy dopiero ponad 2 godziny później, we wspomnianym Sokołowsku.

Żeby nie było tak pięknie, szybko pojawia się pierwszy (choć nie ostatni) zgrzyt na linii: ja-osoby odpowiedzialne za oznakowanie szlaków turystycznych oraz ja-twórcy mapy, z której korzystam.  Chwila nieuwagi i znaki w magiczny sposób znikają. Wracam kilkaset metrów i nic. Biorę mapę i korzystając z kompasu stwierdzam, że idziemy we właściwym kierunku. Nie ma w tym najmniejszego sensu. Mapę wydano w 2012 roku, więc taka znowu leciwa nie jest. Być może jednak ktoś w międzyczasie wpadł na pomysł, że szlak należy poprowadzić nieco inną drogą. I w istocie, dotarłszy do miejscowości stwierdzam, że szliśmy równoległą, oddaloną od „właściwego” szlaku o jakieś 500 metrów, ścieżką. Przełykam tę gorzką pigułkę zniewagi, po czym wkraczamy do Sokołowska.

A Sokołowsko to w ogóle jest ciekawe miejsce. Gdybyście kiedyś jakiś cudem zbłądzili na szlak, który właśnie opisuję, potraktujcie je nie tylko jako odpoczynek przed dalszą wspinaczką. Potraktujcie je jako perełkę, jako unikat. A najlepiej jako polskie Davos. Albo        w sumie nie. Jeśli kiedyś będziecie w Davos potraktujcie je raczej jako szwajcarskie Sokołowsko. Można się śmiać, ale to prawda.

Należy bowiem mieć świadomość, że Sokołowsko – dziś malutka, położona z dala od ważnych ośrodków miejskich wieś – stała się niegdyś, a konkretniej w 1855 r. pierwszym na świecie (!) uzdrowiskiem, ukierunkowanym na leczenie gruźlików. Rzecz jasna, w tamtych czasach obszar o którym mówimy znajdował się w granicach Prus, i to właśnie Prusacy stali się pierwszymi pensjonariuszami. Możliwość skorzystania z jego usług była, ze względu na nowatorskie metody leczenia i w ogóle, sam fakt istnienia, luksusem, zarezerwowanym tylko dla najbogatszych. Mimo to, jeszcze przed 1900 r. rokrocznie w kurorcie przebywało ok. tysiąca chorych.

Końcem uzdrowiska w Sokołowsku okazało się to, co dla świata było zbawieniem, a więc wynalezienie szczepionek i antybiotyków. Coraz mniejsze zapotrzebowanie na miejsca takie jak to, sprawiło, że najpierw, po II wojnie światowej, kurort przekształcono w uzdrowisko skierowane do pacjentów mających problemy z drogami oddechowymi (może przydałoby się w czasach COVID’owskich?), a następnie, w latach 70. XX w. kompletnie wygaszono.

O dawnej świetności przypomina dzisiaj już tylko częściowo zrujnowany budynek Sanatorium Grunwald, czyli potężna niczym zamek, jedna z największych budowli neogotyckich na Dolnym Śląsku. Budynek nawet dzisiaj robi spore wrażenie i to pomimo faktu, że mniej więcej 1/3 jego powierzchni to kompletna ruina. Widać, że lokalne władze i grupa zapaleńców z Międzynarodowego Laboratorium Kultury, próbuje coś z tym kolosem zrobić, ale póki co udało się odbudować tylko 1 wieżę i dobudować nieco kiczowate, raczej średnio pasujące do reszty, skrzydło.  

Lekcja, którą daje nam Sokołowsko jest prosta – nie ważne jak wysoko jesteśmy, zawsze możemy spaść na dno. Ale nie na dno, a w górę prowadzi dalej nasz szlak. Kolejną godzinę zajmuje pokonanie stromego podejścia na pierwszy z grupy 900-metrowców, a więc Włostową. Trasa w dalszym ciągu prowadzi przez las, a więc widoki znowu są raczej kiepskie. Uczucie jest dość dziwne, bo o tym, że dotarliśmy na szczyt nie informuje nas, jak to zwykle bywa: brak zadrzewienia, pokaźna tablica, wieża widokowa czy choćby krzyż, a skromne tabliczki, wydawałoby się, sporządzone nie przez gospodarzy szlaków (o nich mowa będzie jeszcze później – nie wywiną się), a zapaleńcy, którzy wcześniej pokonywali te trasy.

Na krótko, zmiany krajobrazu doświadczamy w okolicach szczytu Kostrzyna, gdzie znajduje się nawet niezły punkt widokowy. Rzecz jasna jest to twór natury, który tworzą  kamienie i zwalone drzewa, nie jakaś tam platforma widokowa. W dole widać zabudowania Sokołowska, na zachodzie zdobyte wcześniej Wielki i Mały Stożek, a na wschodzie majaczą Góry Wałbrzyskie. Nagle – niespodzianka – zza zakrętu wyłaniają się pierwsi napotkani na szlaku turyści! Mamy godzinę 15, a więc w drodze jesteśmy już jakieś 4 godziny. Trochę trzeba było czekać. Z krótkiej wymiany zdań z napotkaną parą wnioskujemy, że i oni wcale nie narzekają na brak turystów. Wręcz przeciwnie, na ich twarzach (zapewne podobnie jak na naszych), widać charakterystyczną lekką zadumę i spokój.

Dalej trzeba się już tylko wdrapać (uprzednio oczywiście schodząc do małej dolinki) na Suchawę, a później czeka na nas już tylko długie zejście do jedynego w tych okolicach schroniska turystycznego, a więc „Andrzejówki”. Tutaj spotykamy już przynajmniej kilkanaście osób, co po tak długim, samotnym marszu, lekko zaskakuje. Szybko jednak okazuje się, że tuż pod schroniskiem położony jest parking, więc większość klientów zapewne dociera tutaj autami. W chatce, prowadzonej przez PTTK pracuje sympatyczna obsługa, która od razu zwraca się do turystów na „Ty”. Poza tym można tutaj wypić fajne piwa kraftowe (nie wiem czy to kwestia zmęczenia czy faktycznie było tak dobre, ale zauroczyło mnie piwo browaru „Za miastem” pn. „Letnia przygoda”), zjeść przyzwoite pierogi i okropną zupę pomidorową. Serio, na własne uszy słyszałem, jak klient stojący przede mną w kolejce, oświadczył kucharzowi, że to najgorsza pomidorowa na świecie. Ja bym nie przesadzał. Jadłem ze dwie gorsze.

„Andrzejówka” jest miejscem, w którym krzyżuje się kilka ważnych szlaków. Żółtym wejść można na najwyższy w okolicy szczyt, czyli Waligórę (932 m n.p.m.), natomiast w drugim kierunku zawędrować  aż do miejscowości Grzmiąca, a dalej Głuszyca. Zielony szlak, prowadzi z kolei w kierunku północnym do wsi Rybnica Leśna, a kolejne dwa wiodą do Sokołowska. Czerwony wiedzie zaś przez szczyt Bukowiec, natomiast żółty łagodnym (przynajmniej według mapy) zejściem, prosto do wsi.  

Jako, że nogi były już ciężkie niczym głowa po kilkudniowym melanżu, wybraliśmy ostatnią ze wspomnianych tras. Już kilka godzin wcześniej zdałem sobie sprawę, że zaplanowaną przeze mnie na wstępie trasę owszem moglibyśmy pokonać, ale wówczas, gdybyśmy mieli ze sobą namioty, albo gdyby jakimś cudem po drodze wyrósł nam hotel, w którym spędzić moglibyśmy noc. Pokonani przez własne ograniczenia, ruszyliśmy więc w dół. I tutaj znowu, okazało się, że mapa, którą się posługujemy świetnie nadawałaby się np. jako podkładka pod piwa czy packa na muchy, jednak gorzej z jej podstawową funkcją, a więc wskazywaniem trasy do celu podróży. „Lekkie” zejście okazało się bowiem najbardziej stromym, z jakimi mieliśmy do czynienia podczas tej wyprawy. Dla zwiększenia efektu, ścieżka wiodła przez iście tolkienowski krajobraz (jak nic Mroczna Puszcza), bowiem przez położenie w głębokiej dolinie i gęstą roślinność, nagle,  w środku dnia zrobiło się ciemno jak w nocy. Żeby tego było mało, na jednym z podejść (trasa wiodła lekką sinusoidą) podziwiać można ruiny zamku Radosno z XIII w. Z zamku zachowała się po dziś dzień wieża, która, co ciekawe, stanowi jego najstarszą część, oraz część przyziemi. Całość prezentuje się raczej niepewnie, przez co podróżujący mogą odnieść wrażenie, że w każdej chwili na ich głowę spaść może któraś ze średniowiecznych cegieł. Rzeczywiście, radosno.  

Trzeba przyznać, że i mi takie myśli przyszły do głowy, dlatego czym prędzej minąłem warownię, kierując się dalej w dół, w stronę Sokołowska. Do wsi w końcu udało się dotrzeć,  mimo, że w pewnym momencie ścieżkę niemal całkowicie zalewały wody strumyczka Czartowiec. Wchodząc do Sokołowska od tej strony, czyli od wschodu, oczom turystów ukazuje się ciekawy, malutki  budynek cerkwi. Świątynia powstała na przełomie XIX i XX w. na potrzeby sokołowskich kuracjuszy prawosławnej wiary. Po upadku uzdrowiska została ona porzucona, przez lata pełniąc funkcję: kostnicy a następnie (ciekawe połączenie) domu wypoczynkowego. Do swojej pierwotnej funkcji powróciła w 1997 roku i obecnie stanowi podobno miejsce kultu dla sporej grupy wiernych z okolicznych, polskich i czeskich miejscowości. Co ciekawe, w budynku znajdują się relikwie świętego Łukasza, biskupa Krymu.

Z Sokołowska do Unisławia Śląskiego, gdzie czekał nasz upragniony cel, czyli po prostu samochód, prowadzi już dość wygodna, częściowo asfaltowa droga, wiodąca ładną dolinką, wciśniętą między Mały i Wielki Stożek a Bukowiec. Na polach wzdłuż drogi wypasają się krowy i, o zgrozo, również byki, a my ostatkiem sił, w promieniach zachodzącego słońca, powłóczymy przed siebie nogi. Do samochodu docieramy już po godzinie 19, więc miękkie siedzenia Opla Astry witamy wręcz z nabożeństwem. Na liczniku ponad 29 kilometrów. Jak na pierwszy dzień trochę dużo, ale przyznać trzeba, że źle nie było. Jest w tych górach jakiś klimat, który nieco uśmierza odczuwany ból stóp.

CIĄG DALSZY NASTĄPI!

Piotr Weckwerth

__________________

Zobacz też:

GÓRY SOWIE – PODSUMOWANIE

GÓRY SOWIE – część 3

GÓRY SOWIE – część 2

2 myśli w temacie “GÓRY SOWIE – część 1

    1. Witam!
      Oczywiście, będzie. I to niebawem. Prawdę mówiąc, to krótkie wprowadzenie wstawiłem jako test strony. Póki co próbuję się uporać ze wszystkimi ustawieniami. Blog powinien więc oficjalnie ruszyć w ciągu tygodnia.
      Już dziś serdecznie zapraszam!

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: