CUDA BYDGOSKIE – część 3 (Młyny Rothera)

Mianem cudu określić można stan, w jakim dzisiaj znajduje się cała Wyspa Młyńska. Miejsce to, niegdyś stanowiące wizytówkę miasta, po II wojnie światowej zostało nieco zapomniane oraz bardzo zaniedbane.  W artykule o bydgoskiej Starówce pisałem, jakie wspomnienia towarzyszą moim „najntisowym” kontaktom z Wyspą. Mówiąc krótko, nie są one zbyt pozytywne. Miejsce to jednak odzyskało swój dawny blask, głównie w następstwie wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej, a co za tym idzie, możliwości skorzystania z funduszy na rewitalizację. W latach 2006-2012 zrewitalizowano więc w obrębie Wyspy niemal wszystko. Niemal, bo proces zmian nie objął  największego (obecnie i w ogóle, w całej historii) budynku, a więc Młynów Rothera.

MŁYNY ROTHERA – BUBEL W KORONIE

Fakt, iż Młyny nie zostały poddane rewitalizacji wraz z resztą Wyspy Młyńskiej, określić można jednym słowem. Wstyd. Ciężko bowiem znaleźć obiekt, który w większy stopniu odzwierciedla historię miasta, który lepiej świadczy o jego tożsamość. Przecież wybudowano go w związku z rozwojem żeglugi śródlądowej, co z kolei stanowiło następstwo powstania Kanału Bydgoskiego. W mieście rozkwitł handel, w szczególności zbożem, więc gdzieś trzeba było ten cały towar przechować, a zboże mielić. Odpowiedzią na te potrzeby były właśnie Młyny Rothera. Ich budowa stanowiła więc potwierdzenie siły miasta, jego ostatecznego odrodzenia, po klęskach XVIII wieku.

Młyny Rothera powstały w latach 1846-1851 roku, jako część kompleksu Młynów Królewskich. Co się w nich mieściło? Magazyn zbożowy i mączny, kotłownia, maszynownia i bóg wie co jeszcze.  Nazwa to czyste lizusostwo – nawiązywała bowiem do nazwiska ówczesnego ministra finansów Prus, Christiana von Rothera.

Co ciekawe, wbrew późniejszym wydarzeniom, przez wiele lat wydawało się, że obiekt nigdy nie wypadnie z obiegu, służąc kolejnym pokoleniom bydgoszczan, bez znaczenia, pod czyją będzie się znajdował władzą. Młyny działały bowiem pod zwierzchnictwem Prusaków, aż do końca zaborów i  potem, w trakcie I wojny światowej, następnie zaś pod władzą polską w 20-leciu międzywojennym, żeby znowu trafić pod rękę Niemców, na czas II Wojny Światowej. Działały również w okresie PRL-u, a nawet, choć bardzo krótko, już w wolnej Polsce. Kiedy w końcu nie było już potrzeby magazynowania i przetwarzania zboża na taką skalę, a co za tym idzie, przemysłowa funkcja budynku przestała mieć rację bytu, Młyny wpisano do rejestru zabytków. Wydawało się, że taki potencjał na pewno się nie zmarnuje. Znajdzie się przecież inwestor,  który zaadaptuje je na jakiś ciekawy cel. Niestety, kolejne lata przyniosły całą serię niefortunnych zdarzeń.  

Obiekt sprywatyzowano, a następnie wystawiono na sprzedaż. Kupcem, mniej więcej w połowie lat 90., okazała się spółka „Hotel”, która, a jakże, chciała w nim otworzyć luksusowy, trzygwiazdkowy hotel. Tak, wówczas trzy gwiazdki oznaczały w Bydgoszczy luksus. Całość zapowiadała się bardzo dobrze, tym bardziej, że za projekt odpowiadał duet warszawskich architektów: Bulanda i Mucha, którzy dopiero co zasłynęli w mieście jako autorzy koncepcji nowych spichrzy nad Brdą. Wydawało się więc, że wszystko jest w najlepszym porządku.

Tyle, że nie było. Właściciele spółki okazali się zwykłymi oszustami – w późniejszych latach sądzono ich za wyłudzanie pieniędzy i fałszowanie dokumentów. Nie trudno się domyślić, że nie zapłacili także firmie, która miała dokonać (i w pewnym, małym zakresie, dokonała), adaptacji Młynów. W ramach rekompensaty firma ta, a więc „Budopol” dostała… właśnie Młyny Rothera. Wyczuwając, że stali się posiadaczami wyjątkowo śmierdzącego jajka, mądrzy (chociaż oni) przedsiębiorcy czym prędzej próbowali opchnąć budynek jakiemuś kupcowi. I ten się znalazł. Ponownie należy powiedzieć: niestety.

Bo kupcem tym okazał się Nordic Development. Bydgoszczanie zapewne dobrze wiedzą, o kim mowa. Tak, to ta firma, która postawiła przy ulicy Grotthera, ale jednak nie wykończyła, Nordic Haven. Wcześniej oczywiście posprzedawała mieszkanka, najczęściej inkasując od niczego nie spodziewających się mieszkańców, po okrągłej banieczce. To również ta firma, która wykopała wielgachny dół nad Brdą, tuż za Mostem Bernardyńskim. Dokładnie ten, który po upadku kolejnej dużej inwestycji, dzisiaj wygląda jak jakiś zarośnięty staw.

To, że za czasów Nordica w Młynach nie zmieniło się prawie nic, nie powinno więc nikogo dziwić. Inwestor planował umieścić w nich nie tylko hotel, ale także butiki i restauracje. Kiedyś widziałem też wizualizację, na której z dachu budynku, prosto do Brdy… spływał mały wodospad. Nie żartuję. Prezes firmy, sympatyczny Duńczyk,  Jon Therkildsen zapewniał, że obiektu nie sprzedadzą, a proces rewitalizacji ruszy, kiedy tylko przedsiębiorstwo opracuje szczegółowy plan przebudowy. Potem, koło 2009 r. wspominał coś o kryzysie, a następnie nie mówił już nic. Wówczas, bodajże w wywiadzie z „Gazetą Pomorską”, wiceprezydent Bydgoszczy, Maciej Grześkowiak pytał retorycznie, jak zrewitalizowana Wyspa Młyńska będzie wyglądała z opuszczonymi Młynami Rothera w tle?

Odpowiedź jest oczywista: kiepsko. Niestety jest też drugi człon. Kiepsko i przez długi czas. Nordic upadał, ale trzymał się Młynów kurczowo, niemal jak koła ratunkowego. Może i faktycznie takim dla nich były, bowiem ostatecznie miasto kupiło budynek za 25 milionów złotych. Oczywiście nie zapłacono całej kwoty gotówką – większość wniesiono w postaci miejskich gruntów. Tak oto, w 2013 roku Młyny stały się w końcu własnością miasta.

Czy to koniec problemów? Ależ skąd! Okazało się bowiem, że budynek jest w, lekko mówiąc, opłakanym stanie technicznym, więc zanim zaczęto cokolwiek planować, trzeba było przeprowadzić gruntowny remont, tak, aby jeszcze do czegokolwiek się nadawał.  Prace trwały od 2016 do 2018 r., a w międzyczasie powołano miejską spółkę „Park Kultury”, która ma być odpowiedzialna za zarządzanie obiektem. Później dowiedzieliśmy się, że w Młynach powstanie centrum kulturalno-edukacyjne, podzielone na dwie części: Ogrody Wody i Centrum Wiedzy i Edukacji o Mózgu. Na dachu znajdzie się taras widokowy, a przed budynkiem, od strony Wyspy, fontanna i tereny rekreacyjnie. Brzmi nieźle. Zapewne będzie to coś a’la Centrum Kopernika w Warszawie lub Młyny Wiedzy w Toruniu. Oczywiście, fajnie by było, gdyby twórcy nas czymś zaskoczyli. I oby to było pozytywne zaskoczenie.  

Centrum otworzy swoje podwoje w 2022 roku. Niby dopiero, ale ja się z tego faktu cieszę. Jest szansa, że bez pośpiechu i presji, na jak najwcześniejsze oddanie obiektu do użytku, otrzymamy dopracowany, funkcjonalny i co najważniejsze, atrakcyjny obiekt. To miejsce w pełni na to zasługuje. A kiedy już przejdziemy się po wnętrzach Młynów Rothera, kiedy spojrzymy z tarasu w dół, na piękną Wyspę Młyńską i zobaczymy w dole bydgoszczan, odpoczywających na trawniku, grających w frisbee czy pływających kajakami po Brdzie, będziemy mogli śmiało powiedzieć: „Dobra robota Bydgoszcz. Udało Ci się dokonać cudu. I to nie jednego”.

PIOTR WECKWERTH

__________________

Zobacz też:

CUDA BYDGOSKIE – część 2 (Ikea w Bydgoszczy)

CUDA BYDGOSKIE – część 1 (tramwaj do Fordonu)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: