„SŁOIK DO ZBIERANIA SMOGU Z POLA” – PROLOG

Przez całe dotychczasowe życie, zawsze byłem u siebie. Jedni do Bydgoszczy przyjeżdżali, inny wyjeżdżali, a ja tam trwałem. Obce było mi uczucie paniki, związane z nieznajomością topografii miasta, za nic w świecie nie potrafiłem zrozumieć, jak można zabłądzić pod Rondem Jagiellonów. Ten stan się pogłębiał, przez co w trakcie kilku ostatnich lat, czułem się niemalże tak swobodnie, że po ulicy Długiej mógłby chodzić w klapach, a w Parku Kazimierza Wielkiego rozłożyć leżak i pobierać słonecznych kąpieli. Aż tu któregoś pięknego dnia, tuż po ukończeniu 30 roku życia, wywiało mnie z Bydgoszczy. I stałem się słoikiem.

Korek, w którym utknąłem na moście Dębnickim, wydaje się nie mieć końca. W tak nędznej sytuacji, szanse na nasycenie oczu krakowską architekturą są raczej nikłe. Gdzie nie spojrzę, widzę tylko auta. Wciąż więcej aut. Większość z nich nawet nie jest oznaczona literkami „KR”, a raczej: „SC”, „RP” czy „KWI”. Minuty ciągną się niemiłosiernie, a dynamika raczej nie wzrasta. Nagle jest! Spoza samochodów wyłania się jakiś budynek. „W końcu będzie na co popatrzeć” – myślę. Chwilowa radość, niczym spaliny otaczających mnie aut, szybko ulatuje. Przede mną wyrasta bowiem reprezentant starej, radzieckiej szkoły architektonicznej, czyli Dom Handlowy „Jubilat”. Doprawdy, uczta dla oczu.

Po (bardzo) długiej chwili, w końcu parkuję. Udało się znaleźć miejsce gdzieś przy ulicy Studenckiej, więc jest nieźle! Stąd już tylko żabki skok na Rynek Główny i okalające go piękne uliczki. Dobrze jest zaparkować tak blisko i chodzić 2-3 godziny, delektując się pięknem starówki tego królewskiego miasta! A już szczególnie ciekawie jest spojrzeć później na aplikację i dowiedzieć się, że parkowanie w strefie „A”, kosztuje 6 złotych za godzinę.

Witajcie w Krakowie.

I po co Ci to było?

Wszystkich Krakusów, którzy mieli już na końcu języka (lub pod opuszkami palców, dotykających klawiatury), słowa, oznajmiające mi, że: „jeśli się nie podoba to wypier…”, proszę o wstrzymanie rumaków. Do bydgoszczan, którzy już zaczęli się uśmiechać pod nosem, zacierając ręce, że się „cwaniaczek sparzył i pewnie niedługo wróci z podkulonym ogonem”, zwracam się z tym samym apelem. Rzeczywistość przedstawiona w poprzednim akapicie została bowiem (to chyba jasne?) w celach publicystycznych nieco podkręcona.  

Przeprowadzkę do innego miasta w dalszym ciągu uznaję za słuszną decyzję. Jednocześnie,  wciąż uważam się za Bydgoszczanina. I zapewne zawsze tak będzie. Prawdopodobnie, gdzieś tam w Polsce, właśnie eksplodowały mózgi kilku twardogłowych osobników.

Oczywiście, jak zapewne niektórzy z Was zdążyli już dostrzec, otaczająca nas rzeczywistość rzadko przybiera jednoznacznie czarne lub białe barwy. Jak to śpiewał kiedyś Kazik Staszewski, w przyrodzie istnieje także wiele odcieniów szarości. Jak więc widzę Kraków po pierwszych (prawie pełnych) dwóch miesiącach mieszkania w nim? Poniżej kilka spostrzeżeń.

Na koniec tego przydługiego podsumowania dodam tylko, że chociaż trudno w to uwierzyć, to luty 2021 r. był pierwszym miesiącem w moim życiu, który w całości spędziłem poza Bydgoszczą. Życie potrafi zaskoczyć.

Ruczajski słoik we własnej osobie
Foto. Inna Yaremchuk

Tłumy miłych ludzi

W przeszłości wielokrotnie słyszałem, że na południu kraju ludzie są milsi. W trakcie wyjazdów turystycznych raczej  trudno było mi to zweryfikować, bowiem wtedy wszystko wydaje nam się trochę lepsze, niż jest w rzeczywistości. Generalnie jednak, uważałem, że to zwykły stereotyp, mający tyle wspólnego z prawdą co materiały serwowane nam przez Wiadomości TVP. Teraz jednak mogę stwierdzić, że to chyba prawda!

Pierwszy raz uniosłem ze zdziwieniem brwi, kiedy pani w „Biedronce” życzyła mi miłego popołudnia i zdrowia. „Zdarza się” – pomyślałem. Kilka dni później, kiedy razem z dziewczyną próbowaliśmy dotrzeć na konkretną ulicę na Ruczaju i głośno zastanawialiśmy się w którą stronę pójść, niezależnie od siebie podeszły do nas dwie, gotowe służyć pomocą, osoby. To już było coś.

Najbardziej jednak zaskoczyła mnie sytuacja z zeszłego piątku. Wracam sobie spokojnie z pracy, a tutaj na chodniku stoi samochód. Wyjeżdżał z parkingu, ale zatrzymał się tak niefortunne, że zatarasował całe przejście. Właściciel kręcił się gdzieś z tyłu, pakując coś do bagażnika. „Dzban” – pomyślałem, ale bez większej złości, bowiem coś takiego spotykało mnie przecież w Bydgoszczy przynajmniej kilka razy w tygodniu. Obchodzę więc to auto i, jak gdyby nigdy nic, idę dalej. W uszach mam słuchawki, ale po kilku krokach słyszę za sobą jakieś krzyki. Odwracam się, a tam ten gość od samochodu drze się, że przeprasza, bo stanął jak ostatni głupek. Szanuję w opór.

Z kolei dzisiaj (9 marca A.D. 2021) byłem coś załatwić w ZUS-ie. Nauczony doświadczeniem, pełen najgorszych przeczuć podszedłem do okienka, gotów zmagać się z kolejnym urzędniczym „betonem”. Tymczasem, pani która mnie obsługiwała była bardzo miła, potrafiła zażartować, a nawet stwierdzić, że pewne (mniejsza już o to jakie) stosowane przez nich procedury są durne. Pozdrawiam serdecznie!

Przyjazne nastawienie widać także na  drogach. Mimo  opisanych niżej problemów z jakimi trzeba zmagać się a drogach, localsi raczej rzadko używają klaksonów (być może widzą, że mam jakąś dziwną rejestrację) i często się przepuszczają. Póki co tylko raz byłem świadkiem drogowej sprzeczki. Krzyczał Krakus, obrywał człowiek z Wieliczki. To podobno miejscowa tradycja.

Ludzie są więc tutaj (w większości przypadków oczywiście, bo kretynów nie brakuje nigdzie) w porządku. Ale jest jeszcze jeden aspekty, których ich wyróżnia. Jest ich dużo. Nie… jest ich od chuj… W kontekście Starego Miasta jest to zrozumiałe, ale tutaj potykasz się o innych ludzi w „Ikei”, „Biedronce”, „Żabce”, aptece, warzywniaku, a nawet na osiedlowym chodniku. Szczerze odradzam wizytę w marketach w godzinach szczytu. Kilka razy mi się zdarzyło, i nie było to nic przyjemnego. Wśród atrakcji takiego wypadu wymienić można: dynamiczne manewrowanie wózkiem oraz konieczność ciągłej koncentracji, aby na nikogo nie wpaść. Po takich zakupach byłem zmęczony, jakbym wziął udział w jakimś triathlonie.

Niby powinienem być na to przygotowany, bo przecież mówimy o niemal 800-tysięcznym mieście (a pewnie w ciągu dnia kręci się tutaj jakiś milion osób), czyli ponad 2-krotnie większym, niż moja rodzinna Bydgoszcz. Mimo wszystko, na początku był to pewien szok. Wcześniej po prostu nie mogłem mieć tej świadomości, ale teraz wiem (i bardzo doceniam ten fakt), że Bydgoszcz wyróżnia się fajnym, kameralnym klimatem.

Ciągi niemiłych aut

Przejdźmy jednak do soli życia. Do tego, co nadaje rytm naszej codzienności, rzutuje na nastrój i ogólną postawę względem życia. Mowa oczywiście o codziennych wkurwieniach. Te, wiążą się w Krakowie przede wszystkim z samochodami. O ciągnących się w nieskończoność korkach wspominałem już we wstępie, i (mimo że trochę przesadziłem) faktycznie są one zmorą każdego krakowskiego kierowcy. Lepiej odpuścicie sobie przejazd przez centrum w godzinach szczytu. Jasne, taką poradę usłyszysz również w Bydgoszczy i w każdym innym dużym mieście, ale tutaj NAPRAWDĘ możesz stać w korku bite 2 godziny. A podobno teraz (w dobie koronawirusa) i tak na drogach jest względnie luźno…

Poza weekendami nie wsiadam więc do auta w ogóle, chyba, że naprawdę muszę. Ochota na podróże samochodem odeszła mi, kiedy pewnego razu, wracając z „Ikei” (północna część miasta), GPS pokazał mi drogę na Ruczaj (gdzie mieszkam), przez obwodnicę. Jechałem więc z Krakowa, autostradą przez tynieckie lasy i park krajobrazowy, żeby znowu wjechać do Krakowa (z tym że od południowej strony). Razem to jakieś 30 kilometrów… Przez miasto zapewne 2 razy krócej i (przebijając się przez korki), 5 razy dłużej. Drodzy państwo, Kraków załamuje czasoprzestrzeń!

W Bydgoszczy, jako że mogłem jeździć na pamięć, ale również ze względu na znacznie mniejszy ruch, po prostu uwielbiałem prowadzić auto. Czasami traktowałem to wręcz jako sposób na odstresowanie. Po prostu wsiadałem do mojego Opla i jeździłem bez celu ulicami miasta. Szczególnie przyjemnie było wieczorami, kiedy ruch praktycznie zamierał. W Krakowie nie zamiera chyba nigdy. Koło 22 jego natężenie porównałbym do bydgoskiej 19, a o północy do bydgoskiej 21. Przyjemność z jazdy odbiera mi na krakowskich ulicach także fakt, iż gdzie nie spojrzysz, masz wielgachne ronda, wiadukty, zjazdy, tunele i nie wiadomo co jeszcze. Już mnie nie zaskakuje, że w tej gmatwaninie myli się nawet GPS. Nadrobienie 10 kilometrów, bo przegapiło się jakiś zjazd? Codzienność! Teraz naprawdę nie dziwię się tym wszystkim ludziom z Nakła czy innych okolicznych miejscowości spod Bydgoszczy, którzy na ulicach grodu nad Brdą wykonywali jakieś dziwaczne ruchy. Po prostu mierzyli się ze zbyt silnym dla siebie potworem. Tak jak ja teraz. Trzeba więc stanąć przed lustrem i powiedzieć sobie wprost: „Jesteś małomiasteczkowym kierowcą”. A potem starać się to poprawić.

Marność sytuacji pogłębia dodatkowo fakt, że tutaj po prostu NIE MA miejsc parkingowych. Jadę na drugi koniec miasta do lekarza albo biblioteki, a tam co? Nic, bo  nie da się zaparkować bliżej niż 3 kilometry. Wszędzie szlabany, prywatne parkingi, albo takie, na których za chwilę postoju trzeba zapłacić majątek. Dość powiedzieć, że w strefie A, godzina parkowania kosztuje 6 złotych! Jakież było moje zdziwienie, kiedy po pierwszym spacerze ulicami krakowskiego Starego Miasta wróciłem do auta, spojrzałem na aplikację SkyCash, a tam okazało się, że jestem biedniejszy o 18 złotych. Rzecz jasna, poniekąd to rozumiem, bo sam jestem zwolennikiem ograniczanie ruchu kołowego w obrębie Starego Miasta. W żaden sposób nie zmniejsza to jednak mojej irytacji. Ta wzniosła się na wyżyny jakieś 3 tygodnie temu, kiedy próbowałem zaparkować tuż poza strefą płatnego parkowania, a następnie przejść na Rynek Główny pieszo. Przeszedłem, z tym, że zajęło to bez mała pół godziny!

Powiecie więc, żebym zamknął mordę i przesiadł się do komunikacji miejskiej. Ok, z tym że po pierwsze, liczba linii autobusowych i tramwajowych dostępnych w Krakowie momentalnie sprawia, że wpadam w panikę (na bank dojechałbym w zupełnie inne miejsce, niż bym chciał). Po drugie, cena normalnego biletu jednoprzejazdowego, ważnego przez 60 minut, wynosi w Krakowie 6 złotych. Możesz też zaoszczędzić i kupić taki na 20 minut, który kosztuje 4 złote. Biorąc pod uwagę opisane wcześniej korki, w tym czasie przejedziesz pewnie ze 3 przystanki. Biznes życia.

Rozwiązaniem tego komunikacyjnego horroru byłoby rzecz jasna metro. Wystarczy dosłownie jedno spojrzenie na miasto w godzinach szczytu, żeby taka myśl pojawiła się głowie. Nie chcę wchodzić w buty władz Krakowa, bo zapewne jest jakieś racjonalne wytłumaczenie tego, że krakowski underground jeszcze nie powstał (koszt, zagrożenie uszkodzenia zabytków itp.). Z drugiej strony, w mieście powstają tunele tramwajowe (i to najdłuższe w Polsce), więc jednak coś się w tej ziemi da wydrążyć. I zapewne, prędzej czy później, trzeba będzie wydrążyć metro. Bo inaczej zostaniemy w tym korku na wieki.

Auta tu, auta tam. W Krakowie będą Ci towarzyszyły na każdym kroku.
Foto. Inna Yaremchuk

Od zabytku głowa boli

Kraków jest piękny i basta. To fakt, nie opinia. Wskazane wyżej, negatywne czynniki, nie sprawiły, że zmieniłem w tym kontekście zdanie. Oczywiście, dotyczy to Starego Miasta i jego okolic. Mało tego, dla mnie, osoby przyzwyczajonej do życia w bardzo alternatywnym, z perspektywy turystyki mieście, piękno Krakowska jest wręcz… przytłaczające.  

Od przyjazdu, tydzień w tydzień, razem z dziewczyną przemierzamy uliczki Starego Miasta. Próbujemy je jakoś ogarnąć, zrozumieć z czym mamy do czynienia. Mimo to, cały czas trochę nas to przerasta. Barierą jest głównie brak dogłębnej wiedzy (w Bydgoszczy znało się historie prawie każdej kamienicy i życiorysy 3 pokoleń osób, które w niej żyły), która zapewne przyjdzie z czasem. Mało tego, przyzwyczajenie sprawia, że chciałoby się poszukać mniej  oczywistych atrakcji, zagłębić się w bramy, wejść na klatki schodowe, podziwiać ukryte detale architektoniczne. Ale oczy nie wiedzą, na czym powinny się zatrzymać, bo jest tego po prostu za dużo.

A przecież, o zgrozo, niesamowicie kuszą też okolice Krakowa, gdzie aż roi się od małych, klimatycznych miejscowości. Gdzie przede wszystkim (niemalże tuż za miastem) wyrastają góry (i to ile pasm!). Poza tym relatywnie blisko jest też Śląsk, Podkarpacie, Jura Krakowsko-Częstochowska i setki innych miejsc… No cóż, materiału na bloga nie zabraknie przez następnych 10 lat.

A’propo bloga, to opisane wyżej czynniki najzwyczajniej w świecie nie dawały mi przez jakiś czas spać, powodując nieustanną gonitwę myśli. Jak to wszystko przedstawić? Przecież powinienem to robić niejako z perspektywy eksperta, a tym jeszcze długo, w kontekście Krakowa, nie będę. Pewnego dnia (pewnie stojąc w jakimś korku) zrozumiałem. Jestem słoikiem, i muszę opisywać Kraków z perspektywy słoika. Tak jak go czuję, jak go widzę i jak on na mnie wpływa. Właśnie w tym celu, na blogu powstanie specjalny cykl pn. „Słoik do Zbierania Smogu z Pola”. Nazwa nawiązuje rzecz jasna do mojej osoby – tj. słoika, legendarnego już krakowskiego smogu i procesu wychodzenia na pole. Tak, tutaj naprawdę tak mówią. Oczywiście, jest to także lekki ukłon do nazwy pewnego legendarnego (a na pewno jednego z moich ulubionych) polskiego zespołu, grającego muzykę alternatywną. Pierwsze „słoikowe” artykuły już wkrótce!

Jeżeli już jednak jesteśmy przy pięknie miasta, to rdzenni mieszkańcy często po prostu go nie dostrzegają. Póki co WSZYSCY localsi, z którymi rozmawiałem, narzekali na: korki, odległości i tłumy turystów. Z kolei ŻADEN z nich nie wspomniał o pięknej architekturze czy ciekawej historii. Co więcej, mam wrażenie, że Stare Miasto traktowane jest przez nich jak miejsce-widomo.  Tubylcy po prostu je omijają, godząc się z tym, że należy do turystów. Wciąż jestem w szoku, kiedy słyszę od Krakusów, że na Wawelu byli 20 lat temu. Albo lepiej, że nie byli na Starym Rynku od 2 lat! Ostatnio zapytałem o powód takiego stanu rzeczy i otrzymałem odpowiedź z cyklu tych skrajnie zaskakujących: „Bo tam nic nie ma”. Po prostu.

I tutaj właśnie dostrzegam zasadniczą różnicę między Bydgoszczą i Krakowem. W grodzie nad Brdą istnieje całkiem spora grupa miłośników miasta, która wyróżnia się dużą wiedzą z zakresu jego historii, dziedzictw kulturowego czy przyrody, a do tego wciąż poszukuje kolejnych ciekawostek i kultywuje lokalne tradycje. Tutaj, póki co, poza sektorem komercyjnym, tego nie widzę. Oczywiście istnieje również szansa, że po prostu mało wiem, bo jeszcze zbyt słabo zakorzeniłem się w mieście. Ale niestety mam wrażenie, że fakt popularności turystycznej Krakowa zwyczajnie zmęczył miejscowych. Szkoda. Albo i nie. Będzie więcej dla mnie.  

Ok, Rynek Główny da się jeszcze ogarnąć, ale dalej jest już tylko gorzej. Tzn. lepiej. Tzn. gorzej…
Foto. Piotr Weckwerth

Smog, brak zieleni, betonoza

Na koniec chciałbym się odnieść do kilku mitów dotyczących Krakowa, które od dłuższego czasu swobodnie fruwają sobie w przestrzeni publicznej. Mity, jako to mity, mają coś z prawdy, ale jednak daleko im do faktów.

Pierwsza sprawa to oczywiście legendarny smog. Stężenie szkodliwych substancji w krakowskim powietrzu często przekracza oczywiście dopuszczalne normy. Z tym że zastanówmy się, w którym polskim mieście nie przekracza? No i w Krakowie nie jest aż tak źle, jak to niektórzy przestawiają. Naprawdę, nie zdarza się raczej, żebyśmy musieli przedzierać się po omacku przez unoszące się nad ziemią opary. Co więcej, na co dzień (przynajmniej na Ruczaju, gdzie mieszkam), smogu w ogóle nie czuć.

Przed wyjazdem z Bydgoszczy ostrzegano mnie (klasycznie, najczęściej osoby, które nigdy w Krakowie nie mieszkały), że powietrze jest tutaj zabójcze. Tymczasem, albo zwyczajnie gadali głupy, albo fakt, że ostatnie kilka lat spędziłem w centrum Bydgoszczy, zahartował mnie i przyćmił mój zmysł węchu.

Jasne, dobrze też nie jest.  Swoje robią złe nawyki z przeszłości (palenie czym popadnie) i wspominane wcześniej masy samochodów. W tym miejscu warto jednak dodać, że Kraków mocno wziął się w ostatnich latach za wszystkich tych, którzy przyczyniają się do powstawaniu smogu. Przyjęto specjalną antysmogową uchwałę, wprowadzono zakaz palenia drewnem i węglem w celach grzewczych. Co więcej, na miejskich portalach i w mediach społecznościowych codziennie pojawiają się informacje dotyczące jakości powietrza. Mało tego, jeśli jest naprawdę źle, miasto potrafi zapewnić darmowe przejazdy komunikacją miejską.

Bywa też śmiesznie (choć jak najbardziej popieram!) – lotne patrole, przy użyciu sprzętu rodem z filmów si-fi (jakieś detektory dymu i temperatury),  prowadzą obserwacje podejrzanych domów, a jeśli delikwent zostanie złapany na gorącym uczynku, otrzymuje gruby mandat. Efekty już widać, bo obecnie uważa się, że dużym miastem z najgorszą jakością powietrza w Polsce jest nie Kraków, a Wrocław. Większym problemem w kontekście smogu zdają się być pobliskie miejscowości, w tym głównie: Pszczyna i Nowy Targ.

Warto odnieść się także do słynnej już krakowskiej patodeweloperki. Owszem, budują tutaj gęsto, a bloki często tworzą swoisty labirynt, w którym nieuważny pieszy może się łatwo zgubić. Sporo czasu zajęło mi zorientowanie się w gąszczu ruczajskich ulic, zanim zrozumiałem, jak się tutaj poruszać. Jak na dłoni widać, że gdzieniegdzie bloki upchnięto w miejscach, w którym pasują raczej średnio. Np. w okolicy Pasażu Ruczaj ewidentnie stało kiedyś osiedle jednorodzinnych domków, przy których nagle ktoś wcisnął opasłe bloczydła. Tak na marginesie to drogi dojazdowe zostały jeszcze chyba z tamtych czasów (dwukierunkowe o szerokości wąskiej 1-kierunkówki). Między niektórymi budynkami zobaczycie jeszcze pola, a pół metra od posesji rozciągają się czasem malownicze bagna (raz widziałem nawet wystające z wody drzewa, ogryzione przez… bobry). W ogóle, sporo tutaj wody, nie tylko bagien i oczek wodnych, ale i strumieni.

Mieszanka to zaiste piorunująca, ale w jakiś sposób nawet…atrakcyjna. Nie jest to może szczytowe osiągnięcie z zakresu sztuki zagospodarowania przestrzennego, ale jest w tym pewna estetyka. Ok, być może zmienię kiedyś zdanie, ale póki co trochę mnie to fascynuje.

No i ta zieleń. W Krakowie miało jej w ogóle nie być, a tutaj… gdzie nie spojrzę jakiś ciekawy mikro-lasek, jeziorko, rzeczka, bulwar. Jasne, tego nigdy dosyć i oczywiście chciałoby się jeszcze więcej. Ale przechadzając się po Ruczaju i jego okolicach, mam lasek przy Krakowskim Klubie Jazdy Konnej, Las Borkowski, Zakrzówek, a dalszej wielkie połacie Lasów Tynieckich i Wisłę. Naprawdę, nie ma więc tragedii. Oczywiście, nijak się to ma do Bydgoszczy, która de facto położona jest na dużej polanie pośród lasów.  

Bloki na Ruczaju, a tuż obok dzikie jeziorko. Tutaj to norma.
Foto. Inna Yaremchuk

Reasumując, Kraków to świetne miejsce. I zarazem miejsce okropne. Jak zresztą każde inne. Wszystko zależy bowiem od podejścia i sytuacji, w której się aktualnie znajdujemy. Ja widzę w nim miasto wielu możliwości i z przeolbrzymim potencjałem dla rozwoju mojej turystyczno-pisarskiej pasji. Czy mam rację, czas pokaże.

Pokażą to też artykuły z cyklu „Słoik do Zbierania Smogu z Pola”, na które już dziś pięknie zapraszam. A póki co, do zobaczenia, idę na pole. Nie no, nie róbmy sobie żartów, wychodzę na dwór. Jeszcze.

Ciąg dalszy nastąpi!

Piotr Weckwerth

4 myśli w temacie “„SŁOIK DO ZBIERANIA SMOGU Z POLA” – PROLOG

  1. Już ponad 10 lat temu Kraków powitał mnie człowieczkiem przebranym za kufel piwa. Jegomość w takim to wdzianku chodził sobie ulicami w centrum miasta i co jakiś czas potykał się o własne japonki, widok pierwsza klasa! A gdy wjechałam w labirynt jednokierunkowych uliczek to miły strażnik miejski pokierował mną, jak się stamtąd wydostać. Cóż, Kraków ma swój klimacik, ale dla mnie jednak jest to za duże miasto, żeby w nim zamieszkać na dłuższy czas lub na stałe… Powodzenia w nowym miejscu!

    Polubienie

  2. Pięknie to opisałeś! Dodam od siebie (słoika z blisko 20 letnim stażem :P), że teraz to i tak są żadne korki, bo w mieście prawie nie ma studentów ;-). Oraz turystów. W ogóle jest luźniej i spokojniej. Więc ciesz się starym miastem i Rynkiem Głównym prawie na wyłączność, bo kiedyś w końcu ten słodki czas minie. I że nie tylko Kraków, ale cała Małopolska cierpi na przeludnienie. A co do smogu, to od kiedy oficjalnie nie wolno palić w piecach ani kominkach w Krakowie jest odczuwalnie lepsza jakość powietrza. No i polecam się do odkrywania Krakowa ^^.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: