KOŚCIÓŁ NAJŚWIĘTSZEGO SERCA PANA JEZUSA – BYDGOSZCZ PRZEZ DZIURKĘ OD KLUCZA (CZĘŚĆ 6)

Sporo mamy w Bydgoszczy budynków, które mimo niewątpliwej urody, wartości architektonicznej i bogatej historii, pozostają dla szerszego grona obserwatorów słabo dostrzegalne. Trudno powiedzieć, czy wynika to z braku informacji o nich, pełnionych przez nie funkcji, położenia czy też innych, trudnych do zdefiniowania, czynników. Bez wątpienia, do grona tego, zaliczyć należy znajdujący się przy Placu Piastowskim, niezwykle majestatyczny kościół pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa!

Plac Piastowski i jego perła w koronie

W ostatnim artykule cyklu „Bydgoszcz przez dziurkę od klucza”, postawiłem tezę, według której, kościół metodystyczny przy ul. Pomorskiej, staje się nieco „niewidzialny”, w związku z  bliskością „wybitnego sąsiada”, czyli ulicy Cieszkowskiego. Idąc po najmniejszej linii oporu, taki sam argument, w kontekście „znikania” kościoła pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa, mógłbym przedstawić, w odniesieniu do Placu Piastowskiego. I pewnie byłby słuszny. Z tym że jakieś sto lat temu.

Obecny Plac Piastowski w niczym przecież nie przypomina tego, z początku swojego istnienia. A powstawał on przecież jeszcze w połowie XIX wieku, jako Elisabethmarkt. Jego nazwa to hołd dla Elżbiety Wittelsbach, księżniczki Bawarii i królowej Prus. Dziś w Bydgoszczy możemy wspominać tamte czasy z rozrzewnieniem. Wówczas, plac był bowiem miejscem niezwykle eleganckim, idealnie wpasowującym się w otaczające go, piękne kamienice.

W zasadzie od początku, czyli od wspominanej połowy XIX wieku, był to plac targowy. Do tego, główne tego typu punkt w tzw. Dzielnicy Elżbietańskiej – innymi słowy, dzielnicy kolejowej (oczywiście w związku z bliskością dworca kolejowego).  Z tym że, były to czasy, w których stoiska handlowe wyglądały „nieco” inaczej. W wyznaczone dni, po prostu rozkładano je na placu, nie były, tak jak obecnie, na stałe przytwierdzone do gruntu, a co za tym idzie, nie oddziaływały tak silnie na krajobraz. W dni wolne od handlu, był to więc po prostu duży plac, stanowiący miejsce spotkań, obchodów ważnych świąt czy defilad. Elegancja, szyk i estetyka – takich trzech przymiotników można by użyć wtedy, aby scharakteryzować Elisabethmarkt.  

Plac Piastowski (wówczas Elisabethmarkt) ok. 1910 r.

W części targowej, początkowo handlowano co ciekawe głównie końmi, potem asortyment znacznie rozszerzono. W wyznaczone dni (zwykle wtorki i piątki), funkcjonował tutaj tradycyjny targ. Wspominałem jednakże o elegancji. Tę, poza zadbanym targowiskiem, tworzyła część parkowa.  Tak jest, bowiem obok przestrzeni przykrytej brukiem, w części zachodniej znajdował się piękny park! Były eleganckie alejki, ławeczki i sporo roślinności. Ta zresztą, w postaci szpalerów drzew, znajdowała się także wzdłuż boków części targowej. Słowem – był to jeden z najładniejszych zakątków miasta! Kto nie wierzy, niech spojrzy na pocztówki z początku XX wieku. Doprawdy, trudno uwierzyć, że to miejsca aż tak bardzo się zmieniło!

Początek zmian to już pierwsze dwudziestolecie XX wieku, kiedy w części parkowej wybudowano właśnie budynek, będący bohaterem dzisiejszego odcinka, a więc kościół pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa. To jednak uznać należy, mimo utraty zieleni, za krok w dobrą stronę – wszak okolica wzbogaciła się o kolejny niezwykle urodziwy budynek. Gorzej, że z czasem degradacji uległa część handlowa.

Dzisiaj nie wyglada to już tak dobrze…

Na myśli mam oczywiście rząd średnio estetycznych, zadaszonych straganów. I jasne, warto wspomnieć, że w ostatnich latach, władze miasta dążyły do poprawienia estetyki tego miejsca, m.in. nakazując rozbiórkę najstarszych stoisk. Lata temu zniknęła też znajdująca się tutaj (jak w ogóle doszło do tego, że ktoś wpadł na pomysł jej wybudowania?) stacja benzynowa. W związku z trwającym procesem rewitalizacji Śródmieścia, wciąż toczy się dyskusja o przyszłości placu. Zasadniczo, przeważa koncepcja przywrócenia mu kształtu przedwojennego, a więc nastawionego na rekreację – z tym jednak nie zgadzają się (co oczywiste) osoby pracujące na targowisku, a także część mieszkańców. Być może więc, wygra opcja kompromisowa – ruchome targowisko w określone dni i godziny, a potem przestrzeń dla mieszkańców. To i tak byłoby zdecydowanie lepsze, niż stan obecny.

Póki co jednak, czekając na lepsze czasy Placu Piastowskiego, warto docenić, to co jest. A jest całkiem sporo. Kamienice z przełomu XIX i XX wieku robią wszak wrażenie piorunujące! Największe bodaj narożna, przy skrzyżowaniu z Bolesława Chrobrego. Mowa oczywiście o eklektycznej konstrukcji z wieżą, przykrytą charakterystyczną kopułą. Pięknych kamienic jest tutaj jednak znacznie więcej, ale o tym może wspomnę innym razem. Teraz zachęcę Was tylko do zerknięcia na budynek przy Placu Piastowskim 3.  To dzieło mistrza bydgoskiego modernizmu – Jana Kossowskiego. I tutaj, jak zwykle wydaje się, że mamy do czynienia z relatywnie nowym, nie zaś, pochodzącym z lat 30. XX wieku, dziele.

Na szczęście jest kościół!

Abstrahując jednak od kamienic, jest też, jako się rzekło, perła w koronie tej części miasta. Przyjrzyjmy się więc jej bliżej. Poznajmy wspólnie tajemnice kościoła pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa! I pozwólcie, że w dalszej części artykułu, będę używał czasami skrótowej nazwy obiektu, tj. kościół NSPJ!

Kościół katolicki, lecz niemiecki

Budynek, który odwiedzimy w tym odcinku, od samego początku służył katolikom. Rzecz może nieco dziwić, zważywszy na fakt, w jakich czasach powstał – mowa wszak o początku XX wieku, kiedy miasto wciąż znajdowało się pod zaborem pruskim. A prusacy, jak wiadomo, w przeważającej części byli protestantami, toteż w trakcie swojej bytności w mieście wznieśli wiele świątyń tego typu (dwie z nich zdarzyło mi się już opisać w ramach cyklu – mowa o kościele ewangelicko-augsburskim i kościele ewangelicko-metodystycznym). Należy jednak zaznaczyć, że katolików w mieście i tak było sporo, i to nie tylko wśród Polaków!

Kościół pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa początkowo służył niemieckim katolikom

Żeby zaspokoić rosnące potrzeby natury duchowej, dostrzegając, że jedna fara to stanowczo zbyt mało, władze wydały rozporządzenie o budowie dwóch nowych świątyń. Pierwsza – pw. św. Trójcy – miała być przeznaczona dla Polaków, druga – a więc właśnie kościół pw. NSPJ –  służyć miała Niemcom. Budowę obu świątyń rozpoczęto w 1910 roku i zakończono w 1913 – oba konsekrowano tego samego dnia, tj. 19 czerwca. I o ile widok świątyni przy ul. Św. Trójcy (wówczas Berliner Straße) nikogo nie dziwił (wcześniej, przez 250 lat w miejscu tym stał przecież gotycki kościół), o tyle pojawienie się kościoła przy Placu Piastowskim było już swoistym novum.

Świątynia powstała w parkowej części placu – handlową pozostawiono, ze względów praktycznych, w spokoju. Zarządzanie kościołem przekazano niemieckiemu katolikowi Franciszkowi Schimerowi, a także jego pomocnikowi Józefowi Kliche. Zwierzchnictwo nad świątynią wciąż miała jednak katedra pw. św. Marcina i Mikołaja, w której nabożeństwa prowadzone były w języku polskim, i która zarządzana była przez proboszcza Polaka, Edwarda Beckera. Jak się pewnie domyślacie, szybko na tej, polski-niemieckiej linii, pojawiły się w narodowościowe zgrzyty.

Schimer, dążąc do uniezależnienia się jego kościoła od zwierzchnictwa fary, podobno wdał się w ostry spór z Bekerem. To z kolei w pewnym momencie doprowadziło nawet do tego, że kościół na Placu Piastowskim… zamknięto. Ten dziwaczny, sakralny „beef”, zakończyła interwencja administratora Archidiecezji Gnieźnieńskiej – ks. Kazimierza Dorszewskiego, który w marcu 1914 r. wydał zarządzenie, o zwierzchnictwie proboszcza parafii farnej nad kościołem pw. NSPJ. Zarządzenie zatwierdziła także Rejencja Pruska, więc ks. Schimer musiał odłożyć własne ambicje na półkę.

A z tej półki zdjąć i wyrzucić do kosza na śmieci, musiał zaś po powrocie Bydgoszczy w granice Rzeczypospolitej. Początkowo co prawda nabożeństwa w kościele odprawiano jeszcze w języku niemieckim, jednak na początku kwietnia 1920 r. kardynał Edmund Dalbor wydał zarządzenie, według którego msze prowadzone miały być w języku polskim. Jednocześnie, na stanowisko administratora, namaszczony został ksiądz Narcyz Putz – dziś błogosławiony kościoła katolickiego. Ten z kolei, jako członek Ligi Narodowej, od razu zaczął silną akcję polonizacyjną.

Tarcia na linii polsko-niemieckiej były odczuwalne od początków funkcjonowania kościoła

Po zakończeniu zaborów, wielu Niemców oczywiście opuściło Bydgoszcz. Mimo to, ok. 10% całej populacji miasta stanowili właśnie oni. A jako, że byli przyzwyczajeni do możliwości korzystania z nabożeństw w kościele pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa, raczej nie spodobała im się wizja ich likwidacji. Ksiądz Narcyz za nic miał sobie jednak ich opinię, znosząc z czasem nawet dodatkowe nabożeństwa prowadzone w języku niemieckim. Mało tego –  podjął decyzję o usunięciu wszelkich oryginalnych napisów i tablic, znajdujących się w kościele, na których znajdowały się niemieckie napisy.  Narcyz z miejsca stał się wrogiem lokalnych Niemców i obiektem ataków ze strony Niemieckiej Rady Kościelnej. Twardo stał jednak przy swoim stanowisku.

Na tyle twardo, że wkrótce (w  1924 r.), już oficjalnie, został proboszczem nowo powołanej parafii, nie zaś tylko zarządcą kościoła. Datę tę można uznać symbolicznie, za moment pełnego przekształcenia kościoła na polski. Ksiądz Narcyz, mimo iż z parafii odszedł stosunkowo szybko, bo w 1925 roku, został  w Bydgoszczy dobrze zapamiętany. Szczególnie w związku z działalnością na rzecz dzieci – organizował m.in. wyjazdy kolonijne. Co więcej, był także sprawnym działaczem społecznym, współpracującym m.in. z: bibliotekami, teatrami i szkołami, a nawet radnym miejskim.

W kolejnych latach, parafia wciąż się rozwijała (naturalnie poza okresem okupacji), zrzeszając nawet do 30 tys. wiernych! Po zmianach z lat 40. i 70. XX w. liczba ta znacznie się zmniejszyła, jednakże dzisiaj i tak obejmuje bardzo pokaźną grupę osób, tj. ok. 15 tys. os. zamieszkujących zachodnią (z grubsza) część Śródmieścia. Warto dodać, że po ks. Narcyzie, funkcję proboszcza piastowali kolejno: Kazimierz Stepczyński, Czesław Rólski, Jan Nepomucen Konopczyński, Antoni Majchrzak, Bogdan Jaskólski, Roman Kneblewski oraz Krzysztof Buchholz.

Prezencja nienaganna

Kościół NSPJ to kwintesencja historycznego, choć nieprzesadnie leciwego obiektu sakralnego. Ewidentnie widać, choćby po licznych zdobieniach elewacji, a także samym kształcie bryły, że swoje lata już ma, ale jednocześnie, dzięki tynkowaniu i brak przesadnego rozmachu, nie możemy pomylić go z obiektami starszymi. Na pewno też, jest to budynek, wyróżniający się na tle innych, powstałych w Bydgoszczy na przełomie wieków. Te zwykle były przecież zdobione czerwoną cegłą, reprezentując styl neogotycki. Tutaj mamy jednak ewidentny, i bardzo udany, przykład neobaroku.

Walory wizualne kościoła to zasługa głównego architekta konstrukcji, czyli Oskara Hossfelda z Turyngii oraz zespołu Biura Projektów Wydziału Budownictwa Robót Publicznych w Berlinie. Budować było za co, bo pruski rząd „sypnął” groszem, przeznaczając na ten cel ok. 80 tys. marek (jak na tamte czasy, całkiem sporo). Swoją część (jednakże już znacznie mniejszą), dołożył Watykan, na czele którego stał wówczas Pius X.

Przyznacie, że obiekt jest bardzo ładny!

Efekt? Sporej wielkości świątynia, zbudowana na planie krzyża łacińskiego (wyraźnie widać to choćby na Google Maps). W bryle zdecydowanie wyróżnia się sięgająca niemal 50 metrów, wieża przykryta baniastym hełmem, pełniąca także funkcje dzwonnicy i wieży zegarowej (zegary są na każdym z jej czterech ścian).  Poza tym, co dość nietypowe, do konstrukcji „doczepiono” jeszcze trzy sygnaturki – dwie po obu stronach prezbiterium oraz jedną nad skrzyżowaniem naw.

Wieża zegarowa, pełniąca również funkcję dzwonnicy

Warto zauważyć, że była to jedna z pierwszych w Bydgoszczy konstrukcji, która powstała na żelbetonowych fundamentach. Tak, żelbetonowych. W 1910 roku! Cóż, mieli rozmach! Nie jest natomiast prawdą, choć informacja ta pojawiała się przez lata w licznych publikacjach turystycznych, nawet tych, autorstwa bardzo cenionych twórców, że żelbetowe jest także sklepienie. Mury zewnętrzne i sklepienie bowiem, to w całości konstrukcja utworzona z cegły ceramicznej, na zaprawie cementowo-wapiennej.

Ciekawe zdobienia znajdziemy głównie w okolicach wejść do kościołów (tych mamy aż 7, w tym 5 przeznaczonych dla wiernych). Oczywiście, najbardziej monumentalnie prezentuje się portal główny. Wprawne oko dostrzeże dekoracyjne pilastry i piękną attykę. A to mniej wprawne, na pewno zwrócić przynajmniej uwagę na rzeźby dwóch dżentelmenów, stojące tuż nad wejściem. To święci Piotr i Paweł, których w tak artystyczny sposób, przedstawił rzeźbiarz Schreiner, prosto z Ratyzbony.

Tych dwóch dżentelmenów nad wejściem do święci: Piotr i Paweł

Samo wejście wspiera się na zdobionych filarach, a nad nim znajduje się tablica z inskrypcją. Napis głosi: „Laudale dominum omnes gentes. Laudate eum omnes populi” („Chwalcie Pana wszystkie narody. Chwalcie Pana wszyscy ludzie”. U szczytu fasady jest kolejna, a raczej jej połowa – drugą nadgryzł ząb czasu. Wyżej znajduje się tzw. wszechwidzące oko, a więc po prostu oko opatrzności bożej. Coś dla miłośników symboliki!

Generalnie, detali i symboli jest tutaj tak dużo, że za każdym razem, spoglądając na ściany budynku, można dostrzec coś nowego! No i super, bo przecież o odkrywanie nam chodzi! Żeby Was nie zanudzać szczegółami, dodam tylko, że szczególną uwagę należy zwrócić na pojawiające się gdzieniegdzie motywy ornamentowe, a także znajdujące się nad oboma wejściami bocznymi, rzeźby dzieci.

Rzeźby dzieci nad jednym z bocznych wejść do świątyni

Całość reprezentuje oczywiście styl nebarokowy. Do tego, zainspirowany świątyniami barokowymi, znajdującymi się  północnych Niemczech. I w mojej opinii jest to najznamienitszym przykładem tego typu architektury w Bydgoszczy. Change my mind!

Opisując kościół ewangelicko-metodystyczny (cały artykuł TUTAJ), zwróciłem uwagę na brak tablic. Tutaj takowe już są i to nawet całkiem sporo. Pierwsza znajduje się na fasadzie budynku (wmurowano ją w 1972 roku) i upamiętnia duchownych parafii, którzy zginęli w trakcie II wojny światowej. W ten sposób oddano hołd: ks. prof. Lucjanowi Kukułce, ks. prof. Aleksandrowi Rożkowi, ks. prof. Franciszkowi Dechterowi oraz ks. Kazimierzowi Stepczyńskiemu. Ten ostatni to proboszcz parafii w okresie od 1925 do 1939 roku i człowiek odpowiedzialny za realizację kilku ważnych inwestycji (m.in.: plebania i cmentarz). Co ciekawe, nawet oficjalna strona parafii, wspomina, iż był on osobą… niezbyt taktowną i konfliktową  (zaznaczając jednocześnie, że jego wiara była bardzo gorliwa). Niestety, ksiądz został jedną z ofiar Gestapo, w trakcie bydgoskiej krwawej niedzieli. Jego ciała nigdy nie zdołano odnaleźć.

Krzyż misyjny

Spacerując wokół kościoła, na jednym z trawników, utworzonych po południowej stronie kościoła, dostrzec możecie specyficzny, drewniany krzyż. Specyficzny, bo jego górna część otoczona jest półkolistą obwódką. Krzyż to obiekt historyczny, stanowiący pamiątkę licznych misji ewangelizacyjnych, prowadzonych w ramach działalności parafii. Zdaje się, że najstarsza z tabliczek pochodzi z 1948 roku i upamiętnia misję odprawianą w lutym tegoż roku przez Jezuitów.

(Neo) Barok jak się patrzy!

Wchodząc do środka, od razu wiemy. Wiemy, że znajdujemy się w kościele, którego wystrój, wzorowany był na sztuce baroku. Bogactwo detali, wyposażenia i zdobień, jest bowiem wręcz nie do ogarnięcia. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Jednocześnie, warto zauważyć, że wszystko to, paradoksalnie ma smak i nie „zajeżdża” tanim przepychem. Bawiąc się w „boomera” (któż z nas czasem nim nie jest?), mógłbym nawet stwierdzić, że „kiedyś to potrafili urządzać wnętrza”.  

Wnętrze robi wrażenie!

Trudno zawiesić oko na jednym detalu, toteż postaram się wszystko uporządkować. Najpierw aspekty ogólne. Wielkość wnętrza (jak to zwykle bywa) zaskakuje – z zewnątrz obiekt wydaje się nieco mniejszy. Okazuje się jednak, że może on pomieścić nawet do 2 tys. wiernych, oferując przy tym ok. 500 miejsc siedzących. W oczy rzucają się także trzy nawy oraz transept, nad którym rozciąga się… kopuła! Szczerze mówiąc, patrząc na kościół z zewnątrz, nigdy bym się nie domyślił, że takowa tutaj istnieje. A jest, i to na dodatek zdobiona malunkami iluzjonistycznymi. Dzieło ukazujące 12 Apostołów to fachowa robota cenionego malarza Ernesta Fey’a.

Kopuła też!

Ten sam artysta wykonał nieco bardziej już skromne malowidła na kolebkowym sklepieniu oraz w lunetach. Z kolei ściany nie są zdobione malunkami, jednak i tutaj znajdziemy ciekawe elementy – konkretnie zaś toskańskie pilastry. Mało? Wystarczy unieść głowę, a nad transeptem (z obu stron), dostrzeżemy wewnętrzne balkoniki, które urozmaicono rzeźbami grających na różnych instrumentach aniołów. Z kolei chór dźwigają na swoich ramionach potężni i umięśnieni atlanci (podobni do tych, których zobaczyć można na fasadzie hotelu „Pod Orłem”). To akurat dzieło Frankiego Vauschutza z Charlottenburga. A kiedy tak zwiedzamy kościół, podziwiając jego wnętrze, stąpamy po eleganckich, marmurowych płytach.

Atlanci utrzymują chór na swoich barkach!

Wiadomo, że w kościele, najważniejszy jest ołtarz Z tym że tutaj mamy akurat ołtarze, bowiem na przestrzeni lat powstało ich aż 6! Największe wrażenie robi oczywiście ten główny, w prezbiterium. Zdobi go obraz (a jakże) Najświętszego Serca Pana Jezusa, autorstwa Mariana Faczyńskiego, a także rzeźby (po raz kolejny) św. Piotra i Pawła i (również znowu) muzykujących aniołków. W transepcie, po północnej (lewej, patrząc od strony wejścia) stronie mamy ołtarze: Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i Grobu Pańskiego, natomiast po południowej (prawej) ołtarze: św. Józefa oraz św. Antoniego. Jest też kolejny, nieco ukryty ołtarz – konkretnie zaś w niewielkiej kaplicy w północnej nawie – pod wezwaniem św. Teresy od Dzieciątka Jezus.

Ołtarz główny
Boczny ołtarz w transepcie

Co więcej? Ano całkiem sporo. Przede wszystkim bogato zdobiona, neobarokowa ambona, typu koszowego, urozmaicona m.in. wizerunkiem gołębicy i kolejnego oka opatrzności. Jest też drewniana, ośmioboczna chrzcielnica oraz rzeźba św. Michała Archanioła. Na pewno wartość wyposażenia podnoszą: popiersie błogosławionego ks. Michała Kozala (rektora seminarium duchownego w Gnieźnie, ofiara obozu koncentracyjnego w Dachau),  relikwie Jana Pawła II (wprowadzone w 2020 r. a więc dokładnie w 100 rocznicę urodzin papieża-Polaka) oraz bardzo stylowe, drewniane ławy zdobione ornamentem małżowinowym.

Na pierwszym planie popiersie ks. Michała Kozala, w głębi bogate wyposażenie kościoła

Organy top i dzwony też top!

Przez drzwi, znajdujące się w południowej nawie opuszczamy ogólnodostępną część kościoła.  Tam czeka na nas klatka schodowa z ładną, oryginalną stolarką. Na górze zaś stoją zaś niepozorne, lecz leciwe organy. Zresztą obok, na ścianie zawieszono dyplomy wieloletniego organisty parafii – Szczepana Jankowskiego (o którym wspomnę jeszcze później), niektóre nawet z lat 30. XX wieku! Jest też galeria zdjęć, ukazujących sylwetki wszystkich organistów parafii.

Klatka schodowa, prowadząca na chór

Wszystko to jednak blednie, przy widoku, jaki ukazuje się naszym oczom, kiedy wejdziemy na chór. Tam bowiem, dumnie prężą się organy, wykonane w 1912 roku w legendarnym, bydgoskim zakładzie Paula Voelknera (w okresie 1906-1920 fabryka mieściła się przy ul. Gdańskiej 100 w Bydgoszczy). Jest to 28-głosowy instrument, przez dziesięciolecia wielokrotnie modernizowany, lecz w 2012 r. (a więc w stulecie ich istnienia!) poddany pracom, mającym na celu przywrócenie im oryginalnego brzmienia. Chyba się udało, bowiem dźwięk, który się z nich dobywa, brzmi wybornie!

Na jakości tego typu instrumentów (ok, w ogóle jakichkolwiek instrumentów) znam się mniej więcej tak, jak rosyjskie władze na demokracji, stąd nie będę się na ten temat wymądrzał. Mogę natomiast napisać, że organy znajdujące się w kościele NSPJ są po prostu piękne! Szczególnie, kiedy przyjrzymy się ich wnętrzu (doprawdy olbrzymi mechanizm) oraz samemu panelowi. A tam, oryginalne, niemieckie oznaczenia klawiszy oraz tabliczka z napisem „P.B. Voelkner, Bromberg”. Cudowna pamiątka dawnych czasów.

Organy? Klasa sama w sobie!

Cudowny jest też widok, roztaczający się z tej wysokości na ogólnodostępną część kościoła. Mógłbym tak patrzeć godzinami, ale mam przecież konkretny cel. Wejść gdzie się tylko da i zobaczyć jak najwięcej! Dalej droga wiedzie więc drewnianymi schodami na wieżę zegarową, pełniącą również funkcję dzwonnicy. Na początku wspinaczka jest dość komfortowa, aż do momentu, w którym docieramy na swego rodzaju półpiętro. To królestwo ponad stuletniej technologii! W kącie stoi maszyneria, którą sterowano niegdyś zegarami, znajdującymi się na wieży (jest nawet maleńka kopia tarczy zegarów, które dostrzec można z zewnątrz). Z wyższych pięter zwisają z kolei obciążniki, niegdyś wprawiające w ruch dzwony. Oczywiście, dzisiaj oba systemy napędzane są elektronicznie.

Maszyneria, napędzająca niegdyś zegary – obok wejście na wieżę

Idziemy jednak dalej. Schody są już bardzo ciasne, a gdzieniegdzie, przejście zagradza w dużym stopniu któreś z przęseł, utrzymujących konstrukcję w całości. Co jakiś czas, drewnianej podłodze widać przez dziury kondygnacje znajdujące się niżej. Całość jest jednak w pełni bezpieczna – wszak jej stan jest regularnie kontrolowany przez odpowiednie organy. Regularną pracę wykonują tutaj także firmy czyszczące. W jakim celu? Ano w takim, że wieżę kościoła upodobały sobie gołębie, które, jak wiadomo, zostawiają po sobie sporo „pamiątek”. Wchodząc tutaj, osoby z wyczulonym zmysłem węchu i estetyki, mogłyby mieć spory problem. A warto podkreślić, że kilka tygodni przed moją wizytą na wieży, odbyło się spore sprzątanie. Cóż, gołębie to „pracowite” stworzenia.

Dzwony…

Nic to jednak dla wytrawnych wspinaczy. W końcu docieramy więc dokładnie tam gdzie chcieliśmy, czyli na dzwonnicę. Naszym oczom ukazują się trzy piękne, oryginalne, wykonane w 1912 roku w Bochum, dzwony. Ich łączna waga przekracza 5,5 tys. kilogramów. Najmniejszy i największy wiszą nisko, na wysokości wzroku i rąk odwiedzających, średni zawieszono z kolei jakie 5 metrów wyżej. Najciekawsze są jednak łacińskie inskrypcje na dzwonach. Na najmniejszym pojawił się napis: „ Ave Maria gratia plena Dominus Tecum” („Zdrowaś Maryjo, łaskiś pełna, Pan z Tobą”), na średnim: „Omnia ad Majorem Dei gloriam” („Na większą chwałę bożą”), a na największym „Cor Jesu sacratissimum miserere nobis” („Najświętsze Serce Jezusa, zmiłuj się nad nami”.

…dla których naprawdę warto wdrapać się na wieżę kościoła NSPJ

Wyżej wejść już niestety nie zdołałem. Na sam szczyt wieży docierają już tylko osoby, zajmujące się konserwacją konstrukcji. I nie powinno to dziwić, bowiem żeby wdrapać się dalej potrzeba by już naprawdę specjalistycznego sprzętu. A jako, że liny akurat przy sobie nie miałem, postanowiłem nie ryzykować.

Turystyczna trasa nad sklepieniem

Sprzętu nie potrzeba z kolei, aby podziwiać górną część sklepienia świątyni! Mowa oczywiście o przestrzeni, znajdującej się między właściwym, spadzistym dachem kościoła (czyli tym, co widzimy z zewnątrz), a zdobionym sklepieniem (które z kolei podziwiać może ze środka). Najczęściej, to miejsce w kościele, bywa zaniedbane, mroczne, często odpychające. Tutaj jest jednak zgoła inaczej, bowiem spokojnie podziwiać możemy kunszt dawnych budowlańców oraz misternie sporządzone podparcia dachu. Wszystko przez to, że wzdłuż ścian poprowadzono spacerowe (ok, kiedyś służące zapewne po prostu celom konserwacyjnym)… pomosty!

Nad sklepieniem kościoła można spokojnie spacerować!

Tak jest – ścieżka prowadzi przez niemal całą długość kościoła, zapewniając spacerowiczom dogodne warunku. Ba, jest nawet balustrada! Z tej strony, wyraźnie widać też kopułę – różnicę poziomów wyrównują wygodne, drewniane schody. Całość (również w związku z faktem, iż na to „poddasze” wchodzimy z poziomu wspomnianego już półpiętra), sprawia, że jest to miejsce, które bez trudu, można by udostępnić zwiedzającym! Nie żebym coś sugerował, ale pasjonaci naszego miasta, z chęcią wybraliby się na taki nietypowy spacer!

Z tej części obiektu, swobodnie można dostać się do dwóch pomieszczań, zlokalizowanych nad kaplicami. Pierwszy to niemal całkowicie puste pomieszczenie, wyposażone jednak w okno, z którego rozciąga się ciekawy widok na Plac Piastowski. Oczywiście, wyczulone na estetykę oko, bardziej niż położone w dole stragany, przyciągnie znajdująca się niemal naprzeciwko, kamienica z kopułą. Jest jednak drugie pomieszczenie, zdecydowanie bardziej klimatyczne, przypominające średniowieczne katedry. Mowa o dachu (zwieńczeniu?) jednej z kaplic. Przyznacie, że wygląda to pięknie!

Mniej atrakcyjne są już pomieszczenia piwniczne (czy raczej podpiwniczenie) oraz zakrystia. W tej drugiej natomiast również kryje się kilka skarbów. Wspomnę choćby o zabytkowych szatach (wciąż, od czasu do czasu, przywdziewanych przez kapłanów parafii!), pochodzących jeszcze z XVIII wieku! Jakby tego było mało, prawdopodobnie uratowano je z nieistniejącego już, ozdabiającego niegdyś bydgoski Stary Rynek, kościoła pojezuickiego pw. Ignacego Loyoli!

Parafia żyje

Jak już wspomniałem wcześniej, parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa zrzesza naprawdę liczne grono wiernych. Mało tego, zdaje się, że osoby te identyfikują się ze swoim miejscem kultu religijnego. Przykładem choćby profil na Facebooku, obserwowany przez ponad 2 tys. osób! Ok, może to nieco naiwne myślenie, ale jednak, rzadko się zdarza, żeby jakiekolwiek instytucje sakralne, uzyskały tak duże grono odbiorców w mediach społecznościowych. Dobrze wygląda też strona internetowa parafii, na której można znaleźć naprawdę bardzo dużo cennych informacji, dotyczących historii wspólnoty oraz samego kościoła.

Duża społeczność to i spore zaplecze personalne – trzech kapłanów, z ks. proboszczem Krzysztofem Buchholzem na czele, oraz dwóch organistów. Wśród nich jest Michał Kołodziej, absolwent Zespołu Szkół Muzycznych im. Artura Rubinsteina w Bydgoszczy i człowiek, który posiada naprawdę ogromną wiedzę dot. organów kościelnych, a także dziedzictwa kulturowego naszego miasta. To zresztą pan Michał pokazał nam tajemnice kościoła oraz odpowiadał na różne, czasami dziwne pytania z mojej strony. Serdeczne dzięki!  

Popełniłbym jednak spore faux pas, gdybym nie wspomniał o jeszcze jednym organiście, którego niestety już wśród nas nie ma. Mowa o prawdziwej legendzie, człowieku, który grał na kościelnych organach w kościele NSPJ przez… 65 lat! Zaczął tuż po I wojnie światowej jako 20 letni chłopak, a skończył w 1985 roku! Mowa oczywiście o panu Szczepanie Jankowskim, niewidomym wirtuozie, kompozytorze i dyrygencie – człowieku, który skomponował 130 utworów, zagrał dziesiątki koncertów na całym świecie, a nawet otrzymał z rąk papieża Pawła VI medal „Pro Eccelesia et Pontifice”. Mistrz mieszkał przez wiele lat naprzeciwko kościoła, przy ul. Śniadeckich 55 (od 2008 r. w ścianie budynku znajduje się pamiątkowa tablica ku jego pamięci). Mało tego, ulica oddzielająca kościół od bazaru, uzyskała w 2010 roku patronat właśnie Szczepana Jankowskiego! A tak a propo muzyki, to obecnie przy parafii działają chór „Laudate Dominum”, schola gregoriańska „Vox Cordis” oraz schola dziecięca.

Tablica pamiątkowa na ścianie kamienicy przy ul. Śniadeckich 55

Poza kościołem, parafia jest także w posiadaniu plebanii przy ul. Matejki oraz Domu Katechetycznego pw. św. Józefa przy Placu Piastowskim (dosłownie naprzeciwko kościoła). Ten drugi to jeden z nowszych budynków przy Placu, wybudowany w 1986 roku, jako dzieło Henryka Potrackiego. Choć trzeba przyznać, że wyglądem nieco przypomina sąsiedni, modernistyczny budynek, zaprojektowany przez Jana Kossowskiego. Oczywiście, dużo więcej w nim brutalizmu, tak typowego dla lat PRL-u.  

Dom katechetyczny św. Józefa

Parafia zarządza też cmentarzem. Oczywiście nie w najbliższym otoczeniu budynku, bo to, ze względu na gęstą zabudowę Śródmieścia, byłoby raczej niemożliwe. W związku z tym, już w 1927 r., ówczesny proboszcz, a więc wspominany Narcyz Putz, zakupił od Dyrekcji Lasów Państwowych teren na stylu ulic: Rynkowskiej i Ludwikowo. Nekropolia, sąsiadująca (przez ulice: Ludwikowo i Zaświat) z zabytkowym cmentarzem Nowofarnym, należy do parafii po dziś dzień.

Na cmentarzu spoczywa całkiem spora grupa zasłużonych bydgoszczan. Dość powiedzieć, że znajdziecie tutaj nagrobek legendarnego Andrzeja Szawalbego, wieloletniego dyrektora Filharmonii Pomorskiej i inicjatora jej budowy (nie wspominając już o jego wkładzie w powstanie: dzielnicy muzycznej, Akademii Muzycznej czy Opery Nova), Jerzego Riegla, czyli fotografa, którego zdjęciami, ukazującymi Bydgoszcz, zachwycamy się od wielu lat, Hieronima Konieczki, aktora, reżysera i patrona bydgoskiego Teatru Polskiego, czy choćby Jerzego Adamskiego, pomnikową wręcz postać bydgoskiego boksu. Rzecz jasna, na cmentarzu spoczywa także wspomniany wyżej organista – Szczepan Jankowski. Teraz już wiecie, że miejsca spoczynku wielkich postaci w historii naszego miasta, nie należy szukać tylko na cmentarzach: Nowo- i Starofarnym.

Przyznam, że to była naprawdę ciekawa i pouczająca wizyta. Człowiekowi wydaje się, że wie coś o mieście, ale potem przychodzi weryfikacja. Tak jak w przypadku kościoła pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa. I bardzo dobrze, bo przecież o to nam w tym cyklu chodzi! O odkrywanie!

Piotr Weckwerth

Do projektu „Bydgoszcz przez dziurkę od klucza” wracamy już w przyszłym tygodniu! Bądźcie czujni!

Sprawdź też wcześniejsze części serii:

1. KOŚCIÓŁ EWANGELICKO-METODYSTYCZNY

2. BYDGOSKI RATUSZ

3. GMACH SĄDU OKRĘGOWEGO

4. KOŚCIÓŁ KLARYSEK

5. EWANGELICKO-AUGSBURSKI KOŚCIÓŁ ZBAWICIELA

Artykuł powstał w ramach projektu „Bydgoszcz przez dziurkę od klucza”, realizowanego przez Fundację Krzewienia Kultury i Turystyki „Nad Rzeką”.

ZREALIZOWANO DZIĘKI WSPARCIU FINANSOWEMU MIASTA BYDGOSZCZY.

Leave a Reply

Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d bloggers like this: