BIBLIOTEKA PUBLICZNA IM. DR. WITOLDA BEŁZY – BYDGOSZCZ PRZEZ DZIURKĘ OD KLUCZA #8

Kim byśmy byli bez książek? W jaki sposób moglibyśmy poznać zwyczaje naszych przodków, realia dawno minionych wieków czy tlące się w myślach osób, żyjących na tym ziemskim padole przed nami, wizje dotyczące przyszłości? Z pewnością byłoby to niemożliwe, toteż warto docenić kulturotwórczą funkcję, którą pełnią po dziś dzień biblioteki. Szczególnie zaś te najważniejsze w danym mieście czy regionie – tak jak Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna im. dr. Witolda Bełzy w Bydgoszczy, do poznania sekretów której zapraszam!

Sądowe korzenie książnicy

Spoglądając na gmach Biblioteki (pozwólcie, że w odniesieniu do tej, konkretnej, będą używał wielkiej litery!), niewielu zdaje sobie sprawę, że to budynek naprawdę leciwy. Zauważyłem, że w Bydgoszczy raczej kojarzy się go z początkiem XX wieku. Poniekąd jest to zrozumiałe, bowiem właśnie wówczas zaczął pełnił funkcję biblioteki. Fakty są jednak takie, że jego początków należy poszukiwać jeszcze w XVIII wieku!

Obiekt wzniesiono już na początku zaboru pruskiego, konkretnie zaś w latach 1774-1778, a więc momencie, kiedy miasto poczęło się gwałtownie rozwijać. Rozwój ten bynajmniej jednak nie spowodował, że w Bydgoszczy od razu dostrzeżono potrzebę utworzenia biblioteki z prawdziwego zdarzenia. Przeciwnie, gmach budowano z myślą o okręgowej władzy administracyjnej – urzędu o jakże enigmatycznej nazwie – królewskiej Deputacji Kameralnej.

Dziś biblioteka, a kiedyś sąd!

Szybko jednak okazało się, że budynek najbardziej pasował… sądom. I tak, od 1781 do 1905 roku, z niewielkimi przerwami, mieściły się tutaj kolejno: Królewski Zachodniopruski Sąd Nadworny, Sąd Apelacyjny oraz Sąd Powiatowy. Poza tym, w krótkich przerwach udało się tutaj ulokować: Urzędowi Ksiąg Gruntowych, władzą rejencji bydgoskiej i Departamentu Bydgoskiego (temu ostatniemu w okresie Księstwa Warszawskiego).

Budynek wybudowano w czasach, w których „na topie” było rokoko i klasycyzm, toteż właśnie te style królują w bryle Biblioteki. Mało tego – obiekt budowano jako nawiązanie do miejskich rezydencji – bogatych, monumentalnych konstrukcji końcówki XVIII wieku. Oczywiście przez lata zewnętrzna powłoka gmachu się zmieniła – bodaj najbardziej podczas remontów u schyłku XIX wieku i ponownie podczas ostatniej dużej przebudowy, w latach 80. i 90. XX w. Wówczas właśnie powstały charakterystyczne, dwustronne schody prowadzące do głównego wejścia, które równie dobrze mogą służyć jako podest do obserwacji płyty Starego Rynku. Wcześniej do gmachu wchodziło się niemal z poziomu płyty Rynku. Na fasadzie Biblioteki wciąż dostrzec można jednak elementy pierwotnych zdobień, jak np. pilastry ze zwieńczeniem typu jońskiego.

Zdobienia na froncie gmachu Biblioteki

Oczywiście to nie wszystko, bo kompleks biblioteczny to dzisiaj nie tylko najbardziej reprezentacyjny gmach, stojący przy Starym Rynku. Drugim najstarszym obiektem kompleksu jest kamienica przy ul. Długiej 41, wzniesiona w 1798 roku. Tutaj, w ramach Sądu Nadwornego, do czasu powstania kompleksu sądowego przy Wałach Jagiellońskich, odbywały się procesy, a później (o zgrozo), znajdowała się siedziba miejskiej policji.

Oba obiekty (ten przy Starym Rynku i ul. Długiej), połączyła na początku XX wieku dobudowana wzdłuż ulicy Jana Kazimierza oficyna. To tutaj znajduje się charakterystyczny łącznik – mostek, którym przejść można z jednego budynku do drugiego. To tzw. „Most Westchnień” – nazwany tak ze względu na ciężki los skazańców, „kursujących” miedzy aresztem przy ul. Długiej 41, a obiektem sądowym. W ten sposób musiał być on jednak wykorzystywany tylko przez krótki okres.

Zabudowania biblioteczne przy ul. Jana Kazimierza

Pewnie nie raz zwróciliście uwagę, że obok, również przy Jana Kazimierza, znajduje się charakterystyczna, stara brama. Czy to miejsce dostaw? A może jakieś tajne wejście do bibliotecznych podziemi? Otóż nic z tych rzeczy – to ślepa ściana. Słowem – za bramą nie ma (i prawdopodobnie nigdy nie było), żadnego przejścia. Być może takie planowano, ale w pewnym momencie zaniechano prac.

W związku z rozwojem Biblioteki, w pewnym momencie „wchłonęła” ona także sąsiednie kamienice przy: Starym Rynku i Długiej, gdzie znajdują się biura dyrekcji. Obie pamiętają pierwsza połowę XIX wieku. Obecnie, do Biblioteki należy także kamienica znajdująca się przy ulicy Zaułek.  Cały kompleks tworzy zaś aż 8 budynków. Słowem – jest tego całkiem sporo!

Kompleks biblioteczny jest całkiem spory!

Warto także zwrócić uwagę, na dwie umieszczone na froncie budowli, tablice. Pierwsza to nawiązanie do Józefa Rufina Wybickiego, twórcy polskiego hymnu narodowego, który w drugiej połowie XVIII wieku odbywał w Bydgoszczy praktykę sądową. Ta tablica, zawieszona w 2009 roku, to oczywiście jawne nawiązanie do tradycji sądowniczych, z którymi ściśle wiąże się gmach biblioteki. Druga tablica to rzecz stosunkowo nowa, bowiem zawieszona w 2020 roku. Dedykowana jest ona Józefowi Dowborowi-Muśnickiemu, dowódcy frontu wielkopolskiego, który w 1920 roku na czele oddziałów wkroczył do wyzwolonej Bydgoszczy. Pamiątka powstała oczywiście z okazji setnej rocznicy tego wydarzenia.

Pamiątkowe tablice na ścianie frotnowej Biblioteki

Biblioteka szczęśliwa…

Tyle, jeśli chodzi o historię gmachu, czy też raczej gmachów. Ta, dotycząca samej instytucji jest zdecydowanie krótsza, ale… bardziej zawiła! Do życia powołano ją w 1903 roku z inicjatywy pierwszego dyrektora, a więc Georga Minde-Poueta. Sam fakt powstania placówki należy powiązać z rodzącą się wówczas, na przełomie XIX i XX wieku, potrzebą pielęgnacji dziedzictwa kulturowego i poszanowania historii. Dużą rolę w kształtowaniu takich (niewątpliwie godnych pochwały) postaw, odegrali członkowie Towarzystwa Historycznego Obwodu Nadnoteckiego – tego samego, które przyczyniło się do uratowania kościoła klarysek (o czym pisałem TUTAJ).  

Bydgoska biblioteka miała swoje szczęśliwe momenty

Podstawą do otworzenia placówki były zbiory własne wspomnianego wyżej Towarzystwa, a także prywatne kolekcje, dawniej należące do prawnika i historyka Friedricha von Raumera oraz publicysty Heinricha Krusego. Warto pamiętać, że instytucja nie od razu znalazła swoje miejsce w gmachu przy Starym Rynku. Na początku działała w budynku przy skrzyżowaniu ulic: Bernardyńskiej i Jagiellońskiej, a potem przy ulicy Gdańskiej. Niestety, oba wspomniane budynki już dzisiaj nie istnieją.

Oczywiście, początkowo zbiory biblioteczne niemal w całości opierały się na publikacjach niemieckich. Wszak większość pracowników, a także pierwszych dwóch dyrektorów placówki (drugim był Martin Boller) było Niemcami. Wówczas, polskie pozycje stanowiły raczej „błąd w systemie”.  I tak, w 1920 roku, kiedy Bydgoszcz wróciła w granice Rzeczypospolitej, spośród 75 tysięcy znajdujących się w bibliotece ksiąg, polskojęzycznych było ledwie… 300.

Polskich dokumentów w 1920 r. było w Bibliotece bardzo niewiele

I właśnie w tym momencie, na horyzoncie pojawiła się on – cały na biało. Chyba najjaśniejsza postać w całych dziejach Biblioteki, czyli jej dzisiejszy patron, Witold Bełza. Człowiek – nie bójmy się tych słów – dzięki któremu możemy w ogóle cieszyć się biblioteką w jej dzisiejszym kształcie. Dokonał on bowiem repolonizacji zbiorów, sprowadził mnóstwo wartościowych, polskich dzieł, wprowadził nową, polską kadrę i uczynił z biblioteki ważną kulturotwórczą jednostkę.

Choć Bełza nie był rdzennym bydgoszczaninem, a do miasta, jak wielu innych, trafił z Kresów, po jego powrocie w granice Rzeczypospolitej (wcześniej działał jako bibliotekarz i publicysta we Lwowie), wspominany jest w bydgoskim środowisku kulturalnym wyłącznie dobrze. Przejął placówkę w młodym wieku, bo mając ledwie 34 lata, i przepracował tam lat 26, w tym 19 przed II wojną światową i 7 po niej (w czasie okupacji funkcję dyrektora sprawował Niemiec – Ferdynand Lang). Mimo to, potrafił zdecydowanie podnieść rangę instytucji i przekształcić ją w nowoczesną (według ówczesnych standardów) placówkę. Rzadko wspomina się też o tym, że poza Biblioteką, w końcówce lat 40., nadzorował także prace Wydziału Kultury i Sztuki w Ratuszu, a także sekcję literacką Teatru Miejskiego. Ponadto, był publicystą tworzącym wiele monografii, a także pisującym to poczytnych gazet czy periodyków. Prawdziwy człowiek renesansu!

Można by zresztą tak wymieniać zasługi Bełzy w nieskończoność, bo był on także jednym z inicjatorów założenia Towarzystwa Miłośników Miasta Bydgoszczy oraz utworzenia Muzeum Miejskiego. Mało tego, to z jego inicjatywy powstał w Bydgoszczy pierwszy na polskich ziemiach pomnik Henryka Sienkiewicza – o tym jednak piszę nieco dalej. Tym bardziej cieszy, że jest dzisiaj coraz bardziej doceniany, a często, ze względu na swoje zaangażowanie i wielopłaszczyznowość działań, porównywany do Andrzeja Szwalbego.

Szkoda tylko, że tego docenienia Bełza już nie doczekał. Wszystko przez to w jakich czasach przyszło mu przeżyć jesień swojego życia. Jako osoba zasłużona dla kraju i jawny patriota, nie był wygodny dla władzy komunistycznej, toteż w 1951 roku usunięto go z funkcji dyrektora Biblioteki. Łaskawie pozwolono mu jedynie pracować jako pomoc w czytelni naukowej, co zresztą czynił jeszcze przez 2 lata. Na dyrektorskim stołu zastąpił go Józef Podgóreczny, który jakkolwiek zasłużony dla miasta (był m.in. współzałożycielem Bydgoskiego Towarzystwa Naukowego), był oczywiście członkiem PZPR. Mało tego, Bełza musiał nawet opuścić mieszkanie przy Asnyka, w związku z czym przeniósł się na ul. Gdańską. Zresztą, na kamienicy w której mieszkał znajduje się dzisiaj pamiątkowa tablica. Smutne jest też to, że kiedy Bełza zmarł w 1955 roku, w prasie nie pojawił się nawet żaden oficjalny nekrolog.

dr. Witold Bełza – wieloletni dyrektor, a od 2002 r. patron Biblioteki źródło: Wojewódza i Miejska Biblioteka Publiczna

Na szczęście, w 2002 roku zdecydowano, że patronat byłego dyrektora otrzyma właśnie Biblioteka. Nie ma zaś w mieście ulicy  Witolda Bełzy, co też należałoby w mojej opinii  w przyszłości zmienić. I nie, nie pomyliłem się, bo ulica rozdzielająca Kapuściska i Wyżyny to trakt imienia Władysława Bełzy – poety i stryja Witolda. Ten starszy Bełza kojarzony jest głównie z wierszem swego autorstwa pt. „Katechizm polskiego dziecka”. Zapewne wszyscy doskonale znamy zawarte w nim słowa: „Kto ty jesteś? Polak mały!”.

Biblioteka nieszczęśliwa

Witold Bełza był też dla Biblioteki swego rodzaju talizmanem. Jego odejścia – oba, bo i to wojenne, i to z lat 50. – zawsze zwiastowały spore nieszczęścia. W trakcie wojny, którą dyrektor spędził głównie we Lwowie i na Podkarpaciu, przepadło ok. 20% zbiorów instytucji. Część zniszczono, część rozkradziono, a niektóre najzwyczajniej w świecie na tyle zaniedbano, że były nie do odratowania. Wszystko przez to, że polskie zbiory, niby niepotrzebne rupiecie, przeniesiono do kiepsko zabezpieczonego przed wilgocią magazynu.

Pewnie byłoby z tym jeszcze gorzej, gdyby nie bohaterskie zachowanie wielu polskich pracowników, ratujących bezcenne księgi i dokumenty. Wicedyrektor, Michał Nycz, ukrył w bezpiecznym miejscu królewskie dokumenty, za co wkrótce został ujęty przez Gestapo i w nieznanym miejscu rozstrzelany. Konsekwencji uniknęła szczęśliwie Klara Sarnowska, która dyskretnie, acz systematycznie, ukrywała polskie prace. W ogóle, ruch ratowania zbiorów bibliotecznych był dość rozbudowany. Chowano głównie w szkołach na przedmieściach, w Muzeum Miejskim, a nawet… na cmentarzach, w tym przede wszystkim na Cmentarzu Nowofarnym.

I choć po wojnie Biblioteka szybko wznowiła działalność, wciąż się rozwijając, otwierając nowe filie, a także uzyskując status placówki naukowej (w 1968 roku), rychło pojawić miały się kolejne kłopoty. Wciąż, i to gwałtownie, rosła bowiem liczba książek, przechowywanych w gmachu.  Już w latach 50. dyrektor Bełza komunikował, że miejsc na nowe woluminy może wkrótce zabraknąć. Mało tego, większym problemem zaczynał być stan techniczny gmachu. Szybko okazało się więc, że Biblioteka stała się ofiarą własnego sukcesu.

Był czas, kiedy mury Biblioteki zaczęły trzeszczeć…

Komisja Ministerstwa Rozwoju Nauki, wizytująca placówkę w 1953 roku, wprost wskazała, iż „Budynek Biblioteki Miejskiej nie jest dostosowany do obecnych zadań pracy bibliotecznej. Ściany i sufity są mocno zarysowane, ciężar książek rozluźnia coraz bardziej więzadła. Z powodu braku możliwości opalania piecem kaflowym i braku centralnego ogrzewania wilgoć wkrada się do wnętrza. Książki zachodzą pleśnią i mogą stać się roznosicielami zarazków. Grzyb dostający się do książek jest nie do wyrugowania. Gmach grodzi zawaleniem. Sprawa jest wyjątkowo pilna”. Doprawdy, milutko!

Książki są dzisiaj bezpiecznie, ale nigdyś bywało z tym różnie

Niestety, mimo że raport wskazywał, iż „sprawa jest wyjątkowo pilna”, machnięto na to ręką. Snuto jedynie bliżej niesprecyzowane plany budowy nowego gmachy. Jako lokalizacje wymieniano chociażby róg ulic: Szymanowskiego i Al. Ossolińskich (swoją drogą, w końcu biblioteka tam powstała, z tym że jakieś 60 lat później i nie miejska, a należąca do UKW!) oraz Grodzką. Mało tego, budowę nowej siedziby zdążono już nawet odtrąbić w magistracie, w związku z czym, rozpisywała się o tym prasa. Jako termin realizacji wskazywano rok 1962. Cóż, coś tutaj nie wyszło.

Historyczne elementy wnętrz Biblioteki można jeszcze gdzieniegdzie zobaczyć

W końcu, w obawie przed katastrofą budowlaną, Wojewódzki Inspektor Pracy wydał ze skutkiem natychmiastowym nakaz zamknięcia gmachu. Był rok 1982. No i się zaczęło! Typowe dla Bydgoszczy, długie czekanie. Długie, bowiem Biblioteka w pełni powróciła na swoje pierwotne miejsce dopiero w… 1999 roku! Tak jest, to nie błąd. Dodam tylko, abyście mieli odniesienie, ile czasu minęło, że w 1999 roku miałem 9 lat i kończyłem 2 klasę szkoły podstawowej. W 1982 roku moi rodzice nawet jeszcze nie zdążyli się poznać. Sporo wody upłynęło więc w Brdzie w międzyczasie.

Przez cały okres pomiędzy, działy się rzeczy doprawdy niezwykłe. Zbiory podzielono między wiele osiedlowych filii, przy czym zdaje się, że najwięcej trafiło do Fordonu. Co jednak ciekawe, katalogi biblioteczne znajdowały się już w Centrum. Sporo ksiąg znajdowało się przez pewien czas także na Bielawach, przy ul. Powstańców Wielkopolskich 26, jednak i tam  zaczęły się pojawiać problem techniczne. Oczywiście, „podróżowały” także najcenniejsze zbiory, w tym te bernardyńskie, które przez jakiś czasy znajdowały się nawet na… Kapuściskach, w filii przy ulicy Noakowskiego.

Kwestia remontu jawi się jeszcze gorzej, kiedy uświadomimy sobie, że wnętrza gmachu Biblioteki stały puste przez długie…7 lat! Remont ruszył bowiem dopiero w 1989 roku, i to pod naciskiem wojewody, który niejako zmusił do tego Przedsiębiorstwo Budownictwa Komunalnego w Bydgoszczy. Widząc postęp prac, który był, delikatnie mówiąc niewielki, w 1992 roku pełne finasowanie robót przejęło miasto. A tanie to one nie były, bo wyceniono je na 50 mld  złotych, natomiast po denominacji na ok. 6 mln złotych.

Roboty ciągnęły się niemiłosiernie, a wielu bydgoszczan zwyczajnie porzuciło nadzieję na powrót Biblioteki na stare miejsce. Całość stała ogrodzona, przy jej ścianach ustawiono rusztowania, a przez dłuższy czas konstrukcja pozbawiona była nawet dachu. Zasadniczo, wyglądało to tak, jakby w środku nic się nie działo. Oczywiście, fakt, że roboty szły wolno, to nie tylko efekt braku finansów, ale także chęć zachowania w jak największym stopniu historycznej tkanki. Całość prac odbywała się oczywiście pod czujnym okiem konserwatora zabytków, a to, jak wiadomo, raczej prac nie przyśpiesza. Dzisiaj cieszymy się, że to się udało, ale w lokalnej prasie początku lat 90. XX wieku, kiedy (jak widać) świadomość dotycząca dziedzictwa kulturowego nie była jeszcze tak rozwinięta, częstokroć pojawiały się opinie, że lepiej byłoby całość zburzyć i zbudować od nowa. Albo po prostu historycznych gmach przeznaczyć na inne, mniej obciążające (i konstrukcyjnie i kosztowo) cele, a bibliotece zbudować nowy gmach.

Przenoszenie wyszsytkich tych woluminów musiało być prawdziwą mordęgą

Po trosze zabawna i straszna była relacja robotników, pracujących na miejscu w 1992 roku, którzy porównywali swoje obowiązki do obowiązków… górników. Okazało się bowiem, że budynek, zamiast na solidnych fundamentach, ustawiono oryginalnie na kamieniach. Te były powoli wyjmowane, i zastępowane bardziej nowoczesnymi elementami. Całkowicie wymieniono też stropy – z drewnianych na żelbetowe (zachowano jednak oryginalną więźbę dachową), dach oraz większą część posadzek.  Dziennikarz, dopytujący jednego z pracowników o to, jak idą prace, usłyszał skonfundowany, że właściwie to na dobrą sprawę jeszcze nie zaczęli. Przy okazji, dowiedział się, że może uda się zakończyć prace w 1995 roku. Oczywiście, później termin ten był wielokrotnie przesuwany.

Kiedyś budynek Biblioteki stał na… kamieniach

Pierwszymi efektami remontu było oddanie do użytku budynków przy Długiej 41 i Jana Kazimierza, co nastąpiło w 1993 roku. W tym samym rok, uruchomiono wreszcie wypożyczalnię i czytelnię główną, a w 1994 r. zbiory specjalne. Ostatecznego zamknięcia remontu doczekała z kolei dopiero 4 po dr. Bełzie, dyrektor, czyli Ewa Stelmachowska. Jej poprzednik, Antoni Sobieszczyk żalił się z kolei na początku lat 90., że bardziej niż bibliotekarzem czuje się chyba… budowlańcem. Nie można mu się zresztą dziwić.

W końcu jednak się udało i remont zakończono ostatecznie w 1999 roku, a Biblioteka została dostosowana do wymogów współczesności. I dobrze, bo może długo na to czekaliśmy i wydaliśmy mnóstwo miejskiej forsy, ale jednak dziś mamy jednocześnie piękny, zabytkowy budynek, a także prężenie działającą instytucję oraz zbiory w najbardziej reprezentacyjnym punkcie miasta. Swoje więc wycierpieliśmy (tzn. wycierpiały wcześniejsze pokolenia bydgoszczan, bo przyznam szczerze, że ja wielkiego remontu nie pamiętam), ale chyba było warto!

Mam tylko nadzieję, że założenia remontu uwzględniały dalszy rozwój placówki. Wszak w 2022 roku liczba egzemplarzy książek, które się w niej znajdują, przekroczyła milion! Obyśmy tylko nie mieli już nigdy „przyjemności” słuchania o kolejnych problemach, typu uginające się pod ciężarem książek stropy!

Gości wita… Sienkiewicz!

Przyznacie, że bydgoska biblioteka to prawdziwa, żywa (całe szczęście!) lekcja historii. Mnogość wątków i niespodziewanych zwrotów akcji, które się tutaj mieszają, wystarczyłaby pewnie na napisanie opasłej księgi. Tego jednak przecież nie chcemy. Skupmy się więc tym co najważniejsze, czyli na wnętrzu!

Zabytkowe schody w holu głównym

A to, robi wrażenie już po paru krokach od przekroczenia progu! Naprzeciwko wznoszą się bowiem zabytkowe, oryginalne, drewniane schody, z elegancką poręczą. Ten element z pewnością wpisuje się w pierwotne założenie twórców gmachu, których celem było nawiązanie do reprezentacyjnych, miejskich rezydencji. Na dole schody są szerokie, ale wraz z pokonywaniem kolejnych pięter robią się wąskie i kręte, co tylko dodaje im uroku. Warto dodać, że aby przywrócić je do stanu pierwotnego, podczas ostatniego remontu zdrapano z nich kilka warstw paskudnej farby olejnej. Do tego całe otoczenie przedsionka – od stropów, przez drzwi, a kończąc na posadzce, przywodzi na myśl dawne czasy. Może nie tak odległe jak te, które pamiętając schody, ale takie sprzed 30, 40 lat.

Wiele osób, wchodząc do gmachu nie zauważa jednak najważniejszego, a więc stojącego przy lewej ścianie popiersia. To Henryk Sienkiewicz we własnej osobie! Za nim znajduje się z kolei nieco zasłonięta (a szkoda) tablica. I tutaj należy podkreślić, że to nie są przypadkowe elementy wystroju. Stanowią one wspomnienie po niesamowitym wręcz wydarzeniu z dziejów naszego miasta, a więc odsłonięciu pierwszego na polskich ziemiach, pomnika Henryka Sienkiewicza! Rzeźba stanęła w 1927 roku przy ulicy Słowackiego, na skraju parku im. Jana Kochanowskiego, a wydarzenie to odbiło się szerokim echem na terenie całego kraju.

Gości Biblioteki wita Sienkiewicz!

Co jednak ma do tego Biblioteka? Ano to, że pomysłodawcą postawienia pomnika był dyrektor (tak, znowu on!) Witold Bełza. Pisałem już wcześniej, że ten człowiek był prawdziwym pasjonatem kultury i historii i swoimi staraniami o pomnik Sienkiewicza, tylko to potwierdził. Zainteresowanie inwestycją, pojawiło się w jego głowie już w 1924 roku, kiedy to prochy pisarza zostały sprowadzone do Polski (Mistrz zmarł na obczyźnie w 1916 roku, a więc w momencie kiedy Rzeczypospolitej jeszcze nie było na mapie). Wówczas pod przewodnictwem Bełzy zorganizowano w Bydgoszczy – wzorem wielu innych miast kraju – tzw. Tydzień Sienkiewicza.  

To dla Bełzy było jednak trochę zbyt mało, dlatego szybko pojawił się pomysł, aby upamiętnić Sienkiewicza w sposób bardziej godny, poprzez postawienie mu pomnika. Nie udało się to od razu, bowiem na przeszkodzie stanęły pieniądze. Po 2 latach usilnych starań i prowadzonej na szeroką skalę zbiórki, a także wymiernemu wsparciu ówczesnego prezydenta miasta, Bernarda Śliwińskiego, w końcu się udało.

A za Sienkiewiczem znajduje się tablica, honorująca członków komitetu budowy pomnika oraz darczyńców

Pomnik zaprojektował rektor krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, Konstanty Laszczka, a kamień węgielny pod konstrukcję poświęcono jesienią 1926 r. Rok później, w uroczystości odsłonięcia monumentu, udział brał prezydent Rzeczypospolitej, Ignacy Mościcki. To jednak nie wszystko, bowiem ceremonia przyciągnęła dziesiątki delegacji z kraju i zagranicy – dodatkowo do Bydgoszczy przesłano ponad 300 listów gratulacyjnych z różnych stron świata. Samo miasto w dniu uroczystości udekorowano kwiatami, sztandarami oraz kilkoma bramami triumfalnymi! Całość przyjęła więc formę prawdziwego, patriotycznego święta.

Oczywiście, pomnik nie przetrwał wojennej zawieruchy – już w pierwszych dniach po wkroczeniu do miasta, zniszczyli go hitlerowcy. Od lat 60. w parku stoi nowy pomnik pisarza, który jednak nie umywa się swoją urodą do pierwowzoru.

Nowa wersja pomnika w Parku Jana Kochanowskiego

Tablica, znajdująca się w holu Biblioteki to hołd dla  członków komitetu budowy pomnika oraz fundatorów. Wszyscy oni zostali wymienieni z imienia i nazwiska lub – w przypadku organizacji – z nazwy. A było ich naprawdę wielu, bowiem swoją cegiełkę dołożyło kilkudziesięciu darczyńców z całego kraju i z zagranicy. Na samym szczycie tej listy widnieje prezydent RP Ignacy Mościcki, a nieco niżej Józef Piłsudski.

Biblioteczna klasyka

Zapytam nieco naiwnie – co jest najważniejsze w bibliotece? Oczywiście, możliwość wypożyczania (względnie korzystania na miejscu) z książek! Tę, w Wojewódzkiej i Miejskiej Bibliotece Publicznej im. dr. Witolda Bełzy, zapewniają przede wszystkim wypożyczalnia i czytelnia główna. To tutaj odbieramy zamówione książki i tutaj oddajemy te, które już przeczytaliśmy. Oczywiście, są też stanowiska dla osób, które pragną skorzystać ze źródeł na miejscu.  

To jednak nie wszystko, bo przecież w bibliotece znajdują się też: Pracownia Bibliologiczna, Czytelnia Ekonomiczno-Prawna, Wypożyczalnia Międzybiblioteczna oraz Wypożyczalnia Fabula. Jednakże, moje dwa ulubione działy to zdecydowanie: Czytelnia Zbiorów Specjalnych i Pracownia Regionalna.

Wypożyczalnia główna

Pierwsza z nich w zasadzie sprawuje opiekę nad wszystkim tym, co w bibliotece najcenniejsze, i z czego może korzystać odwiedzający. Są więc tutaj: rękopisy, fotografie, przeźrocza, filmy, płyty, muzyka, pocztówki, a także mapy. Bardzo dużo map, bo ponad 5 tysięcy! Oczywiście, tych skarbów nie wypożyczycie „do domu”, ale na miejscu już jak najbardziej skorzystać z tego można! Zresztą, w skład Zbiorów Specjalnych, wchodzą jeszcze dwa bardzo ważne działy Biblioteki. Pierwszy z nich to izba pamięci Adama Grzymały-Siedleckiego, znajdująca się jednak poza gmachem, przy ul. Libelta, do której kiedyś z pewnością też zajrzymy. O drugim wspomnę nieco niżej!

Wielu pewnie zadaje sobie w tym miejscu pytanie, jakie są najcenniejsze eksponaty przechowywane w bibliotece. O tych z samego topu piszę dalej, ale warto wspomnieć także o innych, niemalże dorównujących im klasą. Mowa tutaj np. o listach i autografach królewskich z wieków: XIV i XVIII (takie tam „drobnostki” jak np. dokumenty sygnowane przez: Władysława Łokietka, Aleksandra Jagiellończyka, czy Jana III Sobieskiego) podarowany przez Kazimierza Kierskiego, a także teatraliach sprezentowanych przez Adama Grzymałę-Siedleckiego. Ponadto, zachowały się rękopisy takich person jak np.: Jan Kasprowicz (więcej o nim przeczytacie w materiałach poświęconych Inowrocławiowi – TUTAJ), Maria Konopnicka (w Bibliotece znajduje się jedyny zachowany rękopis „Roty”!), Henryk Sienkiewicz, Stanisław Wyspiański czy choćby wspomniany Adam Grzymała-Siedlecki. Liczbę starodruków, w posiadaniu których jest Biblioteka, ocenia się obecnie na 8248 sztuk. W tym zbiorze znajduje się ponad 100 tzw. inkunabułów, czyli dzieł, wydanych do końca XV wieku.

W Bibliotece znajduje się wiele wyjątkowych, historycznych dokumentów!

A skoro wspomniałem wyżej o Grzymale-Siedleckim, to warto pamiętać, że swego czasu, konkretnie zaś w latach 20. XX wieku, przekazał on Bibliotece przypadkiem nabyte w Krakowie dzieła… Włodzimierza Lenina! Prawdopodobnie były to 3 tomy „Stenograficznych sprawozdań Dumy Państwowej Rosji” z początku XX wieku. Najbardziej istotne było jednak to, że na marginesach znajdowało się prawie 500 odręcznych uwag, sporządzonych przez wodza rewolucji. Fakt posiadania takiego skarbu, sprawił, że o Bibliotece zrobiło się jeszcze przez II wojną światową bardzo głośno. Podekscytowany sprawą był również dyrektor Bełza, który podobno nawet trzymał dzieła w ogniotrwałej szafie. I co ciekawe, ksiąg wcale nie zniszczyli Niemcy, a pozbyliśmy się ich sami. Tzn. pozbyli się miejscy urzędnicy w 1945 r., w geście obrzydliwego lizusostwa względem „bratniego narodu”. Z tej okazji zorganizowano nawet specjalną uroczystość w „Hotelu pod Orłem”. Eh, dzisiaj z pewnością byłby to spory „wabik” na turystów. Nie można jednak mieć wszystkiego.

Teraz czas na moje ulubione miejsce w Bibliotece, czyli Pracownię Regionalną. W dużej mierze to właśnie dzięki niej, powstają artykułu (nawet ten), które pojawiają się na niniejszym blogu! Aby się do niej dostać, musicie przejść przez wypożyczalnie główną, a następnie przez niepozorne drzwi, które wyglądają, jakby prowadziły na zaplecze. Prowadzą jednak na kilkupoziomową klatkę schodową. Idąc do Pracowni Regionalnej, musicie kierować się na 1 poziom. Tam, na końcu korytarza czeka niewielka sala, mieszcząca ogrom materiałów, dotyczących miasta i regionu!

Klatka schodowa, prowadząca do Pracowni Regionalnej

I mając na myśli ogrom, interpretujcie to w sposób dosłowny! Obejmują one całe masy opracowań książkowych, a także zbiory zdigitalizowane, tj. głównie regionalną i lokalną prasę, nawet z początku ubiegłego wieku! Co ważne, znajdziecie tutaj także tytuły już nieistniejące, w tym np. legendarne: „Dziennik Wieczorny” czy „Ilustrowany Kurier Polski”. Taka trochę podróż w czasie!

Klimat tego miejsca podkreślany jest dodatkowo poprzez fakt, że nie ma tutaj sytemu, w który możesz sobie wyszukać dane hasło czy autora, a na złotej tacy wjedzie w Waszą stronę stos publikacji. O nie! Na ścianie umieszczony jest za to szereg małych szufladek, opisanych pod względem tematyki, a także alfabetycznie. Szufladki możecie swobodnie wyjmować (a nawet usiąść z nimi przy jednym z biurek), a następnie, na małych etykietkach, poszukać interesującego artykułu czy pozycji książkowej. Potem spisujecie sobie na karteczce numerek danej publikacji, idziecie do pani bibliotekarki i dostajecie informację, czy szukać tego w zbiorach online, czy też zaraz przywędruje do Was jakaś opasła księga. Właśnie tak to wygląda w praktyce!

Tak wyglądają szufladki, w których znaleźć można wyjątkowe źródła!

I tak, wiem, wielu to bulwersuje, bo przecież „skandal – to wszystko powinno być już dawno w systemie!”. Jasne, powinno, ale nawet nie zdajecie sobie sprawy, z jak wielką pracą (a co za tym idzie, zapewne także nakładem finansowym) wiązałoby się utworzenie tego typu bazy. Poza tym, naprawdę trudno przecenić panującą tutaj, artystyczną, motywującą do pracy publicystycznej, nieco mistyczną atmosferę. Wszystkim „starym duszyczkom” szczerze polecam!

Niektóre materiały zostały zdigitalizowane

Na strychu i w podziemiach

Budynki, wykorzystywane przez Bibliotekę to istny labirynt. Doprawdy, gdybym miał się przemieszczać po nich sam, zapewne zgubiłbym się wśród dziesiątek wyglądających tak samo korytarzy. Na szczęście, przygotowując niniejszy materiał, mieliśmy przewodniczkę, za co szczerze dziękuję!

Biblioteka to dziesiątki korytarzy, schodów i przejść

W gmachach Biblioteki jest oczywiście kilka miejsc wyjątkowych. Pierwszym takowym, jest dziedziniec, który utworzył główny gmach biblioteki, a także dobudówka, która na początku XX wieku powstała przy ul. Jana Kazimierza. Od południa, dziedziniec ogranicza budynek stojący przy ulicy Zaułek. Plac jest całkiem spory i aż prosi się, aby wykorzystać go na jakąś letnią kawiarenkę artystyczną. Wiem, że plany takowej pojawiały się już w latach 90., jednak póki co, nic z tego nie wyszło. Może to dobry moment i dobry sposób, na przyciągnięcie kolejnego pokolenia czytelników?

Dziedziniec Biblioteki

Ciekawostką, o której mało kto wie, jest fakt, iż w kamienicy przy ulicy Długiej (ale z widokiem na Zaułek), swoją pracownię miał swego czasu jeden z najsłynniejszych bydgoskich malarzy… Jerzy Rupniewski! Artysta, nazywany bydgoskim Canalettem, tworzył w miejscu, w którym obecnie mieszczą się biura Zbiorów Specjalnych! Mało tego, na jednym ze swoich obrazów zdarzyło mu się utrwalić wygląd  tego pomieszczenia!  Pokój został co prawda przebudowany, więc nie wygląda tak jak dawniej, ale jednak, dostrzec można pewne podobieństwo! Dowód? Poniżej!

Źródło: Galeria Miejska BWA

A powyżej, tzn. na najwyższej kondygnacji Biblioteki, znajduje się niezwykle klimatyczny strych. Tak naprawdę dopiero tutaj w pełni czuć ducha dawnych lat, momentów w których biblioteka powstawała. Wszystko dzięki misternej konstrukcji belkowania, podtrzymującej dach instytucji. Strych rozciąga się na całej długości budynku przy Starym Rynku i może być dzielony na 2 odrębne sale. Dziś to zadbana, reprezentacyjna przestrzeń, ale jeszcze przed remontem pomieszczenia te służyły głównie jako rupieciarnia i miejsce schronienia… gołębi. Wyobrażam sobie, jak „czysto” musiało tutaj być!

Strych Biblioteki

Tutaj, co jakiś czas, w ramach przedsięwzięcia „Projektor”, odbywają się pokazy starych, klasycznych filmów. Doznania związane z oglądaniem leciwych produkcji filmowych w takim miejscu? Przednie! Zresztą, na strychu odbywają się nie tylko pokazy filmowe, bo także różnego rodzaju spotkania autorskie, konferencje (można nawet wynająć tę przestrzeń), a nawet koncerty! Kiedyś zdarzyło mi się tutaj być na występie alternatywnego, rockowego akordeonisty (coś jak słynny Yann Tiersenn, ale z większym powerem) i było to doprawdy ciekawe przeżycie!

Biblioteczny strych ma jeszcze jeden, duży walor. Mowa o rozciągającym się z niego widoku! Żeby go doświadczyć, trzeba wsunąć głowę w wąskie, znajdujące się w skośnym dachu okienko. Jednakże, z pewnością warto to zrobić! Jak na dłoni widzimy całą płytę Starego Rynku, Ratusz i Farę. Co ciekawe, z tej perspektywy nowa wersja głównego placu miasta wygląda znacznie lepiej niż z bliska. Nie żartuję! Zdaje się, że taki właśnie miał być końcowy efekt zastosowania płyt.

Oraz widok z tego strychu na płyte Starego Rynku

Skoro byliśmy na strychu, to musimy zejść także do podziemi, czy raczej piwnic. Te,  które rozciągają się pod Biblioteką są naprawdę potężne! To właśnie tam znajduje się największy magazyn książek. To logiczne – po pierwsze dlatego, że w tym miejscu, ważące niezliczoną liczbę ton księgi nie obciążają tak bardzo konstrukcji. Po drugie – stąd łatwo dostarczyć je w inne miejsca Biblioteki – do odpowiednich wypożyczalni i czytelni. Jak to się to odbywa? Oczywiście, przy pomocy leciwych, ale jakże ciekawych i wciąż działających wind! Pracownicy magazynu wkładają zamówione książki do windy, naciskają odpowiedni guzik i… w drogę!

Książki „podróżują” sobie takimi windami

Idąc przez podziemia wąskimi alejkami, dochodzi do nas, jaki ogrom publikacji mieści się w Bibliotece. Naszym oczom ukazują się księgi napisane w języku polskim, niemieckim, anglojęzyczne, a nawet takie pisane cyrylicą. Jest tutaj tego mnóstwo! Różne okładki, różne wielkości, różne języki i różne lata wydań. Część z nich stoi na otwartych półkach, część w zasuwanych na specjalne pokrętła, metalowych szafach. Większość jest zresztą posegregowana według roczników, a kiedy dochodzimy do tych XIX wiecznych, przeszywa nas duch dawno minionych lat.

Książek znajdziecie tutaj…
…bez liku!

Tak samo, jak wtedy, gdy patrzymy na niektóre sklepienia piwnic. W kilku miejscach uchwały się tutaj jeszcze przykłady sklepień krzyżowych i beczkowych. Na jednym z sufitów, nieco przykryty półkami z książkami, dostrzec można symbol 8-ramiennej gwiazdy! Mało tego, gdzieniegdzie, w najgłębszych zakamarkach, często za regałami, ostało się kilka kamieni. Dawniej właśnie tak wyglądały fundamenty budynku. Jest też kilka ślepych korytarzy, przed przebudową ewidentnie użytkowanych.

Historyczne ślady, odnalezione w podziemiach gmachu

Najbardziej reprezentacyjnie – co zrozumiałe, prezentuje się wnętrze budynku dyrekcji Biblioteki, przy ul. Długiej. Dawniej różnie z tym bywało, jednak po ostatnim remoncie, wszystko tutaj do siebie pasuje. Stylowe, schody i balustrady, stonowane barwy, a na ścianach liczne zdjęcia, przedstawiające dawną Bydgoszcz. Z okien tej części instytucji, rozciąga się świetny widok w stronę Starego Miasta. Perspektywa jest taka, że wydaje nam się, jakbyśmy byli w jakimś śródziemnomorskim kraju – elewacje kamienic i ich dachówki wydają się być jednakowe. Widać także nietypowe kształty niektórych budynków, czego zwykle, z poziomu ulicy, nie dostrzegamy. Nie od dziś przecież wiadomo, że perspektywa ma bardzo duże znaczenie!

Budynek dyrekcji, a także widok z niego w stronę ulicy Zaułek

Bernardyńska perła w koronie

Wszystko to co opisałem wcześniej, zapewne wystarczy, aby gmach bydgoskiej biblioteki, można było określić jako miejsce atrakcyjne dla turysty oraz (a może przede wszystkim?) dla lokalnego odkrywcy. Tym lepiej więc, że z pełnym przekonaniem, napisać mogę, iż jest jeszcze lepiej! To „lepiej” to zasługa prawdziwej perły w koronie instytucji. Perły, o bernardyńskim rodowodzie.

Bibliotheca Bernardina…

„Co on znowu za dyrdymały pisze?” – przyszło pewnie na myśl kilku osobom, po przeczytaniu powyższej akapitu. Ok, przyznam, że faktycznie zajechało to trochę grafomanią, ale kłamstwa  zarzucić mi nie możecie! W Bibliotece znajdują się bowiem zbiory, dawniej należące do bydgoskiego zakonu bernardynów!

…peła w koronie Biblioteki!

Na myśli mam oczywiście konwent bernardynów, od 1480 roku działający w pobliżu dzisiejszego Ronda (nomen omen) Bernardynów. Początkowo, zakonnicy osiedlili się w budynkach znajdujących się obok historycznego kościoła św. Idziego, jednak na przełomie XV i XVI wieku otrzymali swoją własną siedzibę. Dziś pozostałością po niej, jest niestety wyłącznie kościół pw. Matki Bożej Królowej Pokoju, nazywany potocznie kościołem garnizonowym.

Kościół garnizonowy – ostatnia pozostałość po konwencie bernardynów

Z zabudowań klasztornych, które tworzyły naprawdę duży kompleks, nie zostało niemal nic – jedynie niewielki fragment tuż przy budynku kościoła. Przechadzając się po tych okolicach, należy pamiętać, że stojący obok, neogotycki budynek wykorzystywany obecnie przez Politechnikę Bydgoską nie jest pozostałością po klasztorze. Powstał już po jego kasacie, w drugiej połowie XIX wieku, jako ewangelickie seminarium nauczycielskie.

Ale dlaczego w ogóle konwent bernardynów został zamknięty? Cóż – magiczne słowo, czyli sekularyzacja. Niestety, jeżeli byłaby to magia, to ewidentnie czarna. Prusacy, obawiając się związanych z wiarą nastrojów niepodległościowych, dążyli do osłabienia jej roli w życiu społeczeństwa. Decyzję o kasacie podjęto w 1815 roku, a ostatni zakonnik opuścił mury klasztoru w 1829 roku. I chociaż początkowo dawne zabudowania konwentu były wykorzystywane przez ewangelików, w końcu, jeszcze w XIX wieku, zdecydowano się na ich rozbiórkę. W tej nierównej walce padł także tzw. Domek Loretański, a więc niewielka kapliczka, jedna z najstarszych tego typu na polskich ziemiach, stanowiąca ośrodek kultu maryjnego.

Jak to wszystko ma się do Biblioteki? Ano tak, że bernardyni prowadzili pierwszy w dziejach miasta, pełnoprawny zbiór dokumentów i opracowań pisanych. Od XVI wieku, aż do momentu zamknięcia klasztoru, był to zresztą zdecydowanie największy księgozbiór w Bydgoszczy. Jak duży w szczytowym momencie, trudno powiedzieć, jednak według spisu z 1810 roku liczba pozycji wynosiła 2400. W późniejszych latach, już kiedy było pewne, że klasztor ulegnie zamknięciu, ksiąg z różnych powodów ubywało. I tak, dla przykładu w 1817 roku  naliczono  ich 1989. Po tej inwentaryzacji, niemieckie władze miejskie dodały komentarz, iż tomy te znajdują się „w nieporządku”. Ciekawe czemu, panowie zaborcy?

Na szczęście, pomimo niecnych prób, księgi bernardynów nie rozjechały się w różne strony świata. Część podwędzili oczywiście prywatni kolekcjonerzy czy handlarze, 21 sztuk oddano bydgoskiemu Gimnazjum Królewskiemu (które zresztą wówczas działało w budynku dzisiejszego Ratusza), a kilkanaście lub kilkadziesiąt woluminów trafiło do Seminarium Duchownego w Poznaniu. Jakimś sposobem (być może jednak zdając sobie częściowo sprawę z ich wartości) pruskie władze miejskie zdecydowały o zachowaniu zbiorów. Problem w tym, że nie było chętnych do ich przygarnięcia.

Bezcenne księgi wrzucono więc do pomieszczenia za ołtarzem w kościele garnizonowym, a potem do Domku Loretańskiego. Ten wkrótce (bo w 1838 roku) rozebrano, więc woluminy trafiły do Fary. Ale nie w miejsce eksponowane, czy choćby do naprędce stworzonej biblioteki. Rzucono je na strych, gdzie – według niektórych przekazów – leżały przy… otwartym oknie. Na pewno zaś spoczywały tam w totalnie nieodpowiednich warunkach, przy dużej wilgotności, a także będąc narażonym na działalność gryzoni.

I tak mijały kolejne lata, a o księgach bernardynów już prawie nikt nie pamiętał. Pewnie dzisiaj wzdychalibyśmy nad ich stratą, gdyby nie pewien młody duchowny, a mianowicie Kamil Kantak. Ksiądz ten, ucząc się w bydgoskim gimnazjum królewskim, zainteresował się tematem bernardynów. Na podstawie istniejących źródeł opracował „Kronikę Bernardynów w Bydgoszczy”.

Tym razem fortuna była po stronie zbioru, bo opracowanie wpadło w ręce dyrektora Biblioteki Miejskiej, dr. Midne-Poueta, który poprosił proboszcza Fary, ks. Jagielskiego o przekazanie ksiąg Bibliotece. Dzięki temu, kolekcja została uratowana, a kiedy Bydgoszcz wróciła w granice Rzeczypospolitej i dyrektorem placówki został dr. Witold Bełza, specjalnie na potrzeby bernardyńskich zbiorów utworzono „Bibliotheca Bernardina”. Warto pamiętać, że księgi po dziś dzień znajdują się w Bibliotece na mocy wieczystego depozytu, oficjalnie należąc do Kościoła.

Pomieszczenie, znajdujące się w kamienicy przy ul. Długiej, stylizowane jest na gotycką celę klasztornej biblioteki. Jest więc sporo drewna, są bogato zdobione witraże (co ciekawe, z wizerunkami wielkich Polaków, w tym królów, naukowców itp.), są obrazy (np. obraz św. Antoniego), figury i cała masa innych ciekawostek. Na jednej ze ścian wisi także oryginalny, uratowany z klasztoru bernardynów, zegar ścienny z globusem. Ciekawostką jest też fakt, że w pomieszczeniu znalazł się drewniany, zdobiony fotel, na którym, w trakcie odsłaniania wspomnianego pomnika Henryka Sienkiewicza w Parku Jana Kochanowskiego, zasiadał sam Ignacy Mościcki! Podziwiając piękne wnętrza, warto wiedzieć, że zaprojektowali je cenieni artyści, w tym wspominany Jerzy Rupniewski i Wiktor Zabielski. Witraże wyszły zaś spod ręki  Edwarda Kwiatkowskiego.

Wystrój tej części Biblioteki to zasługa znanych artystów

Biblioteka to w zasadzie dwa pomieszczenia – Sala Królewska i Cela Bernardyńska. Pierwsze bardziej reprezentacyjne, to miejsce, w którym znajdują się stylizowane ławy, a także kilka dzieł z bernardyńskiej biblioteki w charakterze ekspozycji. Tutaj też stoi „fotel Mościckiego”. Większość dzieł znajduje się jednak w specjalnych szafach, w wąskim korytarzu w drugim z pomieszczeń. W skład kolekcji wchodzi 1374 ksiąg, na które składa się 1555 dzieł. Jak więc widać, od czasów ostatniej inwentaryzacji trochę ich ubyło, w czym należy upatrywać „zasług” kiepskiego przechowywania oraz wojny.

Dzisiaj księgi traktowane są z wielką starannością

Większość z nich to dzieła okołoreligijne – jest nawet 25 wydań Biblii, w tym takie z XV wieku. Co poza tym? Choćby „Złota legenda” autorstwa Jakuba de Voragine, którą dziś ocenia się jako najczęściej czytaną księgę w średniowieczu, dzieła Marcina Lutra, Arystotelesa czy św. Tomasza z Akwinu. Niestety, bydgoscy bernardyni nie wydawali zbyt wielu własnych dzieł. Wyjątkiem jest np. opracowanie, zawierające modlitwy do św. Antoniego z lat 60. XVII wieku, które oczywiście też znajduje się w zbiorach.

Zasadniczo, większa część kolekcji to księgi wydrukowane w XVI wieku, choć są i takie sprzed 1500 roku. Konkretnie takich dzieł jest tutaj 97, a za najcenniejsze uznaje się… ulotkę. Ulotkę jednak nie byle jaką, bo Hieronima Savonaroli „Reguła dla wszystkich zakonników”, którą wydano we Florencji w 1489 roku! Swoją drogą, odnaleziono ją przypadkiem, bo stanowiła okleinę okładki jednej z bernardyńskich ksiąg. Jak widać, nie wszyscy zakonnicy traktowali reguły poważnie!

Ulotka Hieronima Savonaroli

Przechadzając się po zbiorach w Bibliotheca Bernardina, poczujemy, że jest tutaj… chłodno! I to się zgadza, bowiem temperatura jest utrzymywana na poziomie, najbardziej odpowiadającym zabytkowym przecież księgom. A jest co zabezpieczać, bowiem na potężnych regałach na własne oczy zobaczyć możemy jak leciwe to księgi! Brązowa, a często nawet poczerniała ze starości skóra, jest świadectwem upływu lat. Niektóre woluminy oczywiście wyglądają na nowsze – wszystko to zasługa introligatorni, która przecież działa przy Bibliotece po dziś dzień!

Księgi bernardynów spoczywają głównie w tych gablotach

Introligatornia i wypożyczalnia multimediów

A skoro już przy introligatorni jesteśmy, kilka słów o niej. Wszak ta, funkcjonująca w strukturach Biblioteki to zakład iście historyczny! Swoją działalność rozpoczął ledwie trzy lata po powrocie Bydgoszczy w granice Rzeczypospolitej, w 1923 roku. Nikogo chyba nie zdziwi, jeśli napiszę, że inicjatorem jej uruchomienia był nieodżałowany dr. Witold Bełza.

Introligatornia i jej…

Biblioteczną introligatornię urządzono w lokalu przy ulicy Długiej 39. I tutaj należy podkreślić, że jest to lokal z prawdopodobnie najfajniejszą, bo stylizowaną na czasy, w których powstała, witryną. Witryną skonstruowaną zresztą w taki sposób, aby bez problemu można było zajrzeć do środka i dostrzec, jak  się w środku pracuje! A przy okazji można rzucić okiem na znajdujące się na wystawie narzędzia introligatorskie, np., nożyce, krajarki i inne tego typu, „diabelskie” przyrządy.

…historyczne maszyny!

Ciekawie jest też zresztą w środku, gdzie dostrzec można leciwe machiny niemieckiej firmy Krauze, w tym prasę i imadło. Co ciekawe, wszystkie one wciąż są używane! Cóż, dobra niemiecka robota!

No dobra, ale w ogóle co robią pracownicy introligatorni? Oczywiście, zajmują się oprawianiem książek. Czynności te obejmują też dbanie, naprawę oraz wymianę starych opraw, jeśli niemożliwe jest ich zreperowanie. To właśnie dzięki temu, tak leciwe woluminy wciąż trzymają się kupy i mogą służyć kolejnym pokoleniom czytelników! W tym miejscu warto zaznaczyć, że introligatornia nie świadczy usług komercyjnych, gdyż roboty przy bibliotecznych zbiorach jest tyle, że spokojnie zapełnia to roboczy dzień kilku pracownic. Co ciekawe, każdy wolumin, który zyskał oprawę w tutejszej introligatorni, posiada specjalną sygnaturę. Mało tego, każdy introligator pozostawia po sobie ślad w postaci indywidualnej pieczątki!  

Oczywiście, zawód introligatora to dziś profesja wymierająca. To oczywiście wynika z faktu odchodzenia od czytelnictwa, a przede wszystkim od czytelnictwa w tradycyjnej, drukowanej formie. Biblioteki są więc ostatnim bastionem dla tego niewątpliwie szlachetnego fachu. Kiedyś było inaczej, a z racji na popularność profesji, organizowano nawet wystawy introligatorskie. Eksponatem „oddelegowanym” przez bydgoską bibliotekę na jedną z takowych (konkretnie zaś na wystawę w 1926 roku w Pradze) była bogato zdobiona kamieniami szlachetnymi księga, należąca do zbioru bernardyńskich. Cały czas podziwiać ją możecie w gablotach Bibliotheca Bernardina.

Wielu o tym nie wie, ale Introligatornię można zwiedzać. Zresztą, jest to obiekt, należący do Szlaku Wody Przemysłu i Rzemiosła TeH2O. W związku z tym, kiedy stawicie się pod drzwiami w czwartek (każdy, który nie jest świętem), w godzinach 12-15, spokojnie będziecie mogli wejść do środka.

Tuż obok introligatorni funkcjonuje kolejny ciekawy, należący do Biblioteki punkt. Mowa oczywiście o Wypożyczalni Multimediów. Tutaj również można się poczuć, jak po podróży w czasie, ale już nie o kilkaset, a o 15-20 lat. Wszak niemal całe pomieszczenie wypełniają płyty CD, winyle oraz filmy (na DVD ma się rozumieć!). Mało tego – są nawet audiobooki, zarejestrowane na… kasetach magnetofonowych! Do tego dochodzą jeszcze gry planszowe. I wierzcie mi, tytułów jest tutaj multum, a co szczególnie ważne, wielu z nich nie znajdziecie na żadnych tam Netflixach czy Disneyach +.

No i fajnie, bo mimo, że wydaje się, iż dzisiaj wszyscy korzystają z tego, co znaleźć można w Internecie, rzeczywistość jest jednak trochę inna. Wszak w mieście żyje bardzo duża grupa seniorów, którzy wolą skorzystać z takich, bardziej tradycyjnych zbiorów. Już nie mówiąc o miłośnikach rzeczy retro, czy pospolitych boomerach, dla których klimat taki jak ten, to naturalne środowisko.

Pamiętajmy o książnicy!

Przyznacie, że nasza bydgoska biblioteka to nie tylko książnica, ale i… skarbnica! Skarbnica niezwykłych historii, ciekawostek, a także (przede wszystkim) bezcennych dokumentów i ksiąg, które są niemym świadkiem dawno minionych czasów, dawno nieżyjących ludzi i odległych wydarzeń. Warto o tym pamiętać, spoglądając na ten gmach czy wypożyczając w nim książki.

Przy okazji, pamiętajcie też o cyklu „Bydgoszcz przez dziurkę od klucza”, który kontynuować będziemy aż do tegorocznych świąt Bożego Narodzenia! Następny odcinek serii, w którym odwiedzimy prawdziwą mikejską legendę, jeszcze w tym tygodniu!

Piotr Weckwerth

Sprawdź też wcześniejsze odcinki cyklu, w których przedstawiliśmy:

1. KOŚCIÓŁ PW. JÓZEFA RZEMIEŚLNIKA

2. KOŚCIÓŁ PW. NAJŚWIĘTSZEGO SERCA PANA JEZUSA

3. KOŚCIÓŁ EWANGELICKO-METODYSTYCZNY

4. BYDGOSKI RATUSZ

5. GMACH SĄDU OKRĘGOWEGO

6. KOŚCIÓŁ KLARYSEK

7. EWANGELICKO-AUGSBURSKI KOŚCIÓŁ ZBAWICIELA

Projekt „Bydgoszcz przez dziurkę od klucza”, realizowany jest przez Fundację Krzewienia Kultury i Turystyki „Nad Rzeka”.

ZREALIZOWANO DZIĘKI WSPARCIU FINANSOWEMU MIASTA BYDGOSZCZY

Leave a Reply

Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d bloggers like this: