„POMORZANIN” – BYDGOSZCZ PRZEZ DZIURKĘ OD KLUCZA #9

Słysząc zewsząd „boomerskie”, osławione już „kiedyś to było”, wielu czuje pewnie lekkie zażenowanie. W głowie pojawia się pytanie, jak długo żyć można przeszłością, zamiast cieszyć się codziennością lub z nadzieją spoglądać w przyszłość? Jednakże, jest w Bydgoszczy kilka takich miejsc, do których hasło to – już jak najbardziej w pozytywnym sensie – idealnie pasuje. Miejsc legendarnych, otoczonych powszechnym szacunkiem, i z którymi wiąże się bardzo duża nostalgia. Na ich czele bez wątpienia umieścić można pewne kino. Kino, przez dziesięciolecia noszące nazwę „Pomorzanin”!

Najsłynniejszy, ale nie najstarszy

„Pomorzanin” jest dziś zdecydowanie najsłynniejszym, spośród wszystkich historycznych (choć czy to kino historyczne czy współczesne, piszę dalej!) bydgoskich kin. Słyszeli o nim pewnie wszyscy dorośli mieszkańcy naszego miasta, a bydgoszczanie mający 30 lat i więcej, zapewne przynajmniej raz w życiu oglądali tu jakiś film. I pomimo faktu, że jest to najstarsze istniejące kino w Bydgoszczy, nie jest  prawdą, że przed nimi nad Brdą nie było innych instytucji tego typu.

Historia bydgoskiej kinematografii zaczęła się bowiem jeszcze w XIX wieku, konkretnie zaś w 1889 roku, kiedy to przy dzisiejszej ul. Focha działalność rozpoczęła „Panorama Cesarza”, czy też raczej „Kaiser Panorama”. Nie było to jednak pełnoprawne kino, a raczej coś w rodzaju miejsca, w którym organizowano pokazy slajdów, do prezentacji których wykorzystywano automat zwany fotoplastykonem. Podobne lokale istniały zresztą w Polsce jeszcze w latach 40. XX wieku, co zauważyć możemy w wielu filmach z okresu wojennego. Dziś, machiny tego typu (poza filmami i serialami naturalnie) zobaczycie co najwyżej w muzeach.  

Początki bydgoskiej kinematografii sięgają XIX wieku

Pierwszym pełnoprawnym bydgoskim kinem był jednak „Modern Theater”, otwarty w 1908 roku w kamienicy przy ul. Gdańskiej 152 (dzisiaj jest to Gdańska 34/36 – visa-a-vis „Rywala”). Rok później kino przeniosło się w nowe miejsce, na dzisiejszą Gdańską 19 (do byłej remizy strażackiej) i uzyskało nazwę „Colosseum”. Kino założył Wacław Szkaradkiewicz, którego śmiało określić można mianem ojca bydgoskiej kinematografii. Człowiek ten, współpracując z dystrybutorami filmów, a także właścicielami kin z Berlina, doskonale znał się na swoim fachu i bez problemu wyłapywał wszelkie najnowsze trendy.

Bywał i tak, że teatry walczyły z kinami wszelkimi sposobami!

Zresztą, dobry kontakt z Niemcami, którzy przecież zdecydowanie przeważali pod względem liczby w mieście, gwarantował mu wspólnik – Beyrow. Znalezienie niemieckiego „partnera zbrodni” było posunięciem jak najbardziej rozsądnym, wszak zaborcy stanowili w 1910 roku niemal 80 procent wszystkich mieszkańców miasta. Polaków było wówczas w Bydgoszczy tylko niecałe 11 tysięcy. 

Szkaradkiewicz, aby trafić w gusta wszystkich klientów, założył więc, że jego kino będzie pełne rozmachu! No i tak było, bo sala kinowa liczyła 130 miejsc, muzykę grano na żywo, a filmy pokazywane były często zaraz po ich światowej premierze. Wszystko to sprawiało, że na „Modern Theater” Polacy mówili często: „Nowomodny Teatr Żywych Fotografii”.  Swoją drogą, Szkaradkiewicz był przedsiębiorcą kinowym pełną gębą, bo potem w 1913 roku założył jeszcze przy ulicy Gdańskiej 15 „Union-Theater”, następnie przemianowany na „Marysieńkę”, a później (już po II wojnie światowej) znany jako „Wolność”.

Historyczne (niestety w komplecie już nieistniejące) kina, które powstały w Bydgoszczy przed „Pomorzaninem” to także: „Apollo Kammer-Lichtspiele”, „Union Theater”, „Bromberger Lichtspiele”, „Kino-Salon” oraz „Kaiser Bioscope”. Jak więc widać, było tego naprawdę sporo!

Oczywiście, poza wyżej wymienionymi, w mieście na przestrzeni lat działało bardzo wiele kin. Większość z nich wspominana jest dzisiaj z rozrzewnieniem. W tym kontekście wymienić należy choćby: „Polonię”, „Orła”, „Bałtyk” czy „Gryfa”. Niektóre – i wcale nie mam na myśli multipleksów –jak choćby: „Adria”, „Orzeł”, kinoteatr wojskowy przy Dwernickiego czy kino w Pałacu Młodzieży wciąż działają. Działa też, choć już nie w taki sam sposób jak kiedyś, bohater naszego dzisiejszego materiału, czyli „Pomorzanin”.

„Kristall-Palast” wchodzi na salony…

Początek historii „Pomorzanina” to rok 1914 rok. Wówczas, pod adresem Gdańska 165 (dzisiejsza Gdańska 10), pierwszych gości przywitał „Kristall Palast-Lichtspiele”. Instytucja, nazywana także „Cristal”, lub po prostu „Kristal”, od samego początku jawiła się bydgoszczanom (obu narodowości) jako najbardziej eleganckie, a co za tym idzie, najważniejsze w mieście kino.

Kiedyś „Kristall Palast”, dzisiaj „Pomorzanin”!

Lokal rozpoczął działalność 1 kwietnia 1914 roku, a premierowym pokazem był dramat „Dziecko Marynarza”. Już kilka dni później, na klasę nowo otwartego kina, uwagę zwracała  lokalna prasa. „Bromberg Zeitung” pisał dla przykładu w sposób następujący: „Wystrój przybytku dobrze jest przystosowany praktycznym celom, pełen smaku i doskonały w wygodzie”. Z kolei „Dziennik Bydgoski” podkreślał, że to: „wytworny przybytek obrazów świetlanych”, do tego „zupełnie moderne, w stylu i dekoracyji, w liniach lekki, w barwach jasny, wesoły – jest niezwykle pięknym kino-pałacem”. Na końcu drugiej z przytoczonych recenzji, dziennikarz podkreślił, że „Skoro pierwszy wieczór był tak pięknym, a program tak wspaniały, spodziewać się można, że i nadal „Krisall-Palast” będzie również pięknych wrażeń dostarczał zwiedzającym”. No i faktycznie, dostarczał! I to przez długie lata.

Reklama „Kristala” z 1918 roku
Źródło: https://www.kinopomorzanin.org/

To, że „Kristal” był najlepszym z miejskich kin, potwierdził w swoim „Pamiętniku Gapia” Zbigniew Raszewski. Legendarny autor pisał, że kino, jako jedyne w mieście miało numerowane miejsca. To  pozwalało z kolei na uniknięcie zamieszania, jakie tworzyło się w innych kinach w obrębie Śródmieścia. W tym kontekście, Raszewski wspomniał „Marysieńkę”, którą pamiętał jako: „obskurną, pełną tupotu i krzyku”.

Nie ma się zresztą co dziwić. „Kristal” mógł się pochwalić aż 750 miejscami, balkonem, estradą, lożami na balkonach, pięknym żyrandolem i pełną szyku poczekalnią. Do tego, poza projekcją filmów, odbywały się tutaj różnego rodzaju wydarzenia artystyczne, w tym wystawy, koncerty czy recitale. Kino odwiedzały gwizdy muzyki i „wielkiego ekranu”, co tylko podnosiło jego renomę. W efekcie, można powiedzieć, że była to instytucja klasy premium.  

Co ważne, mieszkańcy obu narodowości – zarówno polskiej jak i niemieckiej. Nawet w okresie 20-lecia międzywojennego, kino oferowało bowiem filmy w obu językach, dzięki czemu zawsze mogło pochwalić się wysoką frekwencją i – co ważne – stabilną sytuacją finansową. Warto także dodać, że dyrektorem oficjalnie był Polak – Paweł Tucholski, członek spółki Mix-Thol-Tucholski, która zarządzała przybytkiem. A zarządzała sprawnie, więc wszystko wydawało się zmierzać w dobrym kierunku.

…ale jego miejsce zajmuje „Ufatheater Westpreussen”

Oczywiście, jak zwykle, kiedy coś idzie po naszej myśli, sielanka szybko się kończy. Tak było i w przypadku „Kristala”, który oficjalnie przestał istnieć wraz z wrześniem 1939 roku i wkroczeniem do miasta niemieckich oddziałów. Nowa administracja przejęła wszelkie instytucje kulturalne, w tym oczywiście kina. Pozwoliła na działalność tylko pięciu z nich, a w grupie tej znalazł się dawny „Kristal”. Od teraz miał on nosić nową nazwę – „Ufatheater Westpreussen”.

Jak się pewnie domyślacie, w trakcie niemieckiej okupacji, była to instytucja stricte propagandowa. Repertuar? Wyłącznie niemiecki, z dużym udziałem filmów gloryfikujących wodza III Rzeszy i w ogóle, germański świat. Do tego wszystkiego, widzowie mogli sobie pooglądać tak przyjemne rzeczy jak kronik z wojennego frontu (naturalnie ukazujące sukcesy hitlerowców na wszystkich frontach). Polacy traktowani byli zaś jako klienci drugiej kategorii, toteż nie mogli nawet uczestniczyć w seansach w „prime timie”, czyli w godzinach wieczornych.

Mało tego, pod koniec 1939 roku, właśnie w „Kristalu”, tzn. przepraszam, w „Ufatheater Westpreussen”, do lokalnych, niemieckich działaczy, przemawiał pewien wysoko postawiony w politycznej hierarchii III Rzeszy „dżentelmen”. Tak jest drodzy Państwo, mowa o ministrze propagandy w hitlerowskiej machinie, Josephie Goebbelsie. Zresztą, przemawiał on dwukrotnie (drugi wystąpienie miało miejsce w Teatrze Miejskim), a w jego wykładzie dominowało… współczucie dla miejscowych Niemców, rzekomo prześladowanych i masowo mordowanych przez Polaków w trakcie tzw. „Krwawej Niedzieli”. No cóż, propaganda w „najlepszym” wydaniu i człowiek na „właściwym” stanowisku.  

Goebbels w Bydgoszczy
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Na szczęście,  historia tego sztucznego tworu, jakim niewątpliwie był „Ufatheater Westpreussen” trwała stosunkowo krótko – dokładnie tyle, ile okupacja miasta przez Niemców. Oczywiście, zaraz po wkroczeniu do Bydgoszczy „Armii Czerwonej”, obiekt przez jakiś czas dalej pełnił funkcje propagandowe. Odbywały się tutaj wiece polityczne i pokazy filmowe, gloryfikujące „wyzwolicieli”.

Część tego sprzętu pamięta naprawdę dawne czasy!

Po wojnie sprzęt i wystrój kina były silnie zniszczone,  toteż początkowo korzystano tutaj z przenośnego projektora. Po doprowadzeniu całości do stanu używalności, dawny „Krista”, podobnie zresztą jak wiele innych instytucji kultury w mieście, oddano do użytku. Stało się to 1 maja 1945 roku, a miejskie instytucje – co zaskakujące – działały przez jakiś czas nieodpłatnie.

„Pomorzanin” – narodziny, upadek…

Po ostatecznym zakończeniu II wojny światowej, nie wrócono już do nazwy „Kristal”. Ta zapewne nowej władzy kojarzyła się z niemieckością, a przecież wszystko co germańskie trafiało od teraz na śmietnik historii. W związku z tym, instytucja zyskała nową, znaną wszystkim współczesnym mieszkańcom Bydgoszczy nazwę, czyli „Pomorzanin”. Od tego momentu, kino stało się oczywiście państwowym, jak prawie wszystko w nowej rzeczywistości.  

„Pomorzanin” w dalszym ciągu był jednak uznawany za najlepsze kino w mieście. Wszystko z uwagi na liczne modernizacje. Pojawił się nowy, panoramiczny ekran, zaplecze sanitarne i techniczne, a także  poczekalnia. Zasadniczo, dzisiejszy kształt kina powstał jeszcze później, w trakcie przebudowy z 1959 roku.

Nazwa „Pomorzanin” pojawiła się dopiero po II wojnie światowej

I choć mówimy o czasach PRL-u, to w kinie grano nie tylko produkcje, wpisujące się w obowiązującą wówczas linię polityczną. W ramach Dyskusyjnych Klubów Filmowych, ich członkowie mogli do woli oglądać bardziej ambitne, zachodnie produkcje. Organizowano także przeglądy światowego kina, zatytułowane „Konfrontacje”, które były swoistym „oknem na świat”. Tłumy waliły drzwiami i oknami na takie produkcje jak: „Wejście Smoka”, „Indiana Jones: Poszukiwacze zaginionej Arki” czy „Seksmisja”. Jak widać, radzieckie produkcje polskim konsumentom nie wystarczały!

Kiedyś to było! Na tabliczce powyżej umieszczono prędkość poszczególnych taśm

I choć po 1989 roku i transformacji systemowej, a także w efekcie systematycznego bogacenia się społeczeństwa, rola kin zaczęła nieco słabnąć, „Pomorzanin” wciąż miał się nieźle. Szczególnie, w zestawieniu z wieloma innymi bydgoskimi kinami, które zaczęły padać niczym muchy. „Pomorzanin” w dalszym ciągu, oferował atrakcyjny repertuar, wysoki komfort, dobre nagłośnienie, a nawet (co przecież było w tamtych czasach prawdziwym luksusem) klimatyzację!

Przed kinem, zarządzanym po zmianie ustrojowej przez spółkę „Neptun Film” wciąż ustawiały się więc kolejki. Do klasyki przeszły fotografie, ukazujące kilkusetmetrową kolejkę rodziców oczekujących wraz z dziećmi na premierę „Króla Lwa”. Był rok 1994 i również ja, jako 4-letni chłopiec, byłem gdzieś w tym tłumie.

Jak więc doszło do tego, że „Pomorzanin” w końcu upadł? Cóż, to był po prostu znak czasów. Po pierwsze, ogólnodostępna stała się telewizja i magnetowidy, a coraz śmielej  „rozpychać” zaczęło się także DVD. Po drugie, w 2002 roku Bydgoszcz doczekała się pierwszego multipleksu, czyli „Multikina”. I ok, możemy zakłamywać dzisiaj rzeczywistość, twierdząc, że komfort oglądania filmów w klasycznych kinach był większy, ale powiedzmy to sobie wprost – to nieprawda.

Hol „Pomorzanina” – dokładnie taki, jaki pamiętam z lat 90.

Owszem, klimat (pytanie jednak czy dzisiaj nie „podkręcany” przez nostalgię i dobre wspomnienia?) zdecydowanie leszy był w klasycznych kinach, takich jak właśnie „Pomorzanin”. Jednakże „Multikino” po prostu rzucało wówczas na kolana swoją nowoczesnością. Olbrzymia poczekalnia z wygodnymi kanapami, kilka stanowisk kasowych oraz rozbudowana strefa gastronomiczna, a do tego 10 sal z wygodnymi siedzeniami (wyposażonymi nawet w miejsce na napój!) oraz brak konieczności przeciskania się przez nogi innych widzów – wszystko to robiło ogromne wrażenie. No i jeszcze ten przestrzenny dźwięk i monstrualnych wręcz rozmiarów ekran. Przyznam szczerze – kiedy pierwszy raz byłem w „Multikinie” (pamiętam jak dziś, że na pierwszej części „Władcy Pierścieni” – „Drużynie Pierścienia”) mało nie padłem z wrażenia. To był powiew zachodu.

„Pomorzanin” bronił się dzielnie, ale sił wystarczyło tylko na rok tej nierównej walki. W 2003, konkretnie zaś 30 czerwca, kino ostatecznie zamknięto. Roku zabrakło więc do 90 urodzin instytucji. Ostatnim pokazem były „Godziny”, w reżyserii Stephena Daldry, z takimi gwiazdami jak choćby: Meryl Streep, Nicole Kidman i Edem Harrisem. Film niezły, więc i pożegnanie całkiem godne. Mimo to szkoda, że w ogóle musiało do niego dojść.

…i ponowne narodziny!

Bydgoszczanie pożegnali więc „Pomorzanina”, ale „Naptun-Film” zapewniał, że funkcja rozrywkowa  rychło powróci do budynku przy ulicy Gdańskiej. Na drzwiach zawieszono nawet kartkę, oznajmiającą, że to tylko… „przerwa urlopowa”! Wśród pomysłów dotyczących nowego zagospodarowania przestrzeni, które usłyszeć można było „na mieście”, przewijała się dyskoteka oraz restauracja czy pub. Niestety, „nieco” się w tym zakresie przeliczono, a obiekt wkrótce został sprzedany. Nabywcą okazał  się deweloper – Capital Park – ten sam, który kupił wcześniej dawny gmach kina „Polonia”, gdzie ostatecznie wybudowano „Rubinowy Dom”. Podobna inwestycja – oczywiście już bez wyburzeń – miała objąć właśnie „Pomorzanina”. Tutaj znaleźć miał się obiekt mieszkalny, z funkcją handlowo-usługową.

Główne drzwi do „Pomorzanina” jeszcze kilka lat temu wygladały tak…

Wszystko powyższe, rzecz jasna się nie udało, ale w dawnym kinie coś zaczęło się w końcu dziać. Niestety, raczej nie to, czego wszyscy fani historii miasta by sobie życzyli. Pomieszczenia, konkretnie dawny przedsionek i poczekania – bez sali i zaplecza technicznego – zostały zaadaptowane na… bazar. Pewnie wielu z Was pamięta jeszcze średnio estetyczne stragany z kiepskiej jakości towarem, perfumami czy innymi drobiazgami (czytaj: zwyczajny badziew). Pomieszczenia pozostawione handlarzom ulegały coraz większemu zniszczeniu, zaś dawniej reprezentacyjne wejście pokryto brzydkim graffiti. Trudno było to przyznać, ale legenda skończyła na bruku.

Ok, na całe szczęście wcale nie skończyła. Jest rok 2017, a obiekt kupuje kolejny, tym razem lokalny deweloper, czyli Grupa „Moderator”. W końcu otwarte zostają drzwi do sali kinowej. Jak się okazuje, niemal w ostatniej chwili. Wszystko przez to, że dach sali kinowej od dawna już był dziurawy, a do środka dostawała się woda. Sufit, ściany i podłogi są więc zdewastowane – wszędzie unosi się zapach zgnilizny, a stężenie szkodliwych substancji jest bliskie poziomu zagrożenia epidemiologicznego. Według niektórych, gdyby wejście „Moderator” miało miejsce dosłownie kilka tygodni później, nie byłoby czego zbierać – obiekt nadawałby się wyłącznie do wyburzenia.

Szczęśliwie, tak się jednak nie stało, a funkcja kulturalna szybko do „Pomorzanina” wróciła. Już w maju 2017 roku zorganizowano tutaj kilka wydarzeń, w tym także projekcji filmowych. Powołano także spółkę i fundację, które zająć miały się szeroko rozumianą rewitalizacją obiektu. Całość prowadzono zaś (i zresztą tak jest w dalszym ciągu) pod hasłem „Pomorzanin. Reaktywacja”. Tutaj też możemy znaleźć odniesienia filmowe!

A w ramach tej reaktywacji, przede wszystkim wymieniono całkowicie przeciekający dach, wyremontowano zaplecze sanitarne, a także instalacje elektryczną i grzewczą. Pozyskano sporo zewnętrznych środków finansowych, a liczba wydarzeń kulturalnych organizowanych w gmachu wciąż rośnie! W ostatnich latach gościły tutaj nawet tak duże wydarzenia jak: „Camerimage” (kiedy jeszcze festiwal odbywał się w Bydgoszczy), „Vintage Photo Festiwal” oraz „Przeźrocza”. Z „Pomorzaninem” kojarzone są także coraz mocniej takie inicjatywy jak: „Bydgoska Scena Barokowa” czy „Old Film Festiwal Bydgoszcz”. No i fajnie, bo dawny „Kristal” zdecydowanie zasługuje na długie i spokojne życie! No i przede wszystkim na szacunek!

Mamy 2022 roku, a „Pomorzanin” żyje! I całe szczęście!

Idea rozwoju kina – zresztą rozwoju, który będzie trwał na pewno jeszcze długo, bo i do zrobienia jest bardzo dużo –  jest jasna. Ma być to miejsce nastawione nie na aspekty komercyjne (co stanowić ma przeciwwagę na współczesnych multipleksów, których przecież w Bydgoszczy mamy już 3!), a bardziej na artyzm, sztukę wyższych lotów i doznania. Jak wskazują pomysłodawcy i realizatorzy projektu „Pomorzanin Rewitalizacja”,  ma być to „kino bez zapachu popcornu”. Myślę, że to idealnie oddaje kierunek zmian! Pozostaje nam trzymać kciuki za ich sprawne wdrożenie!

W kamienicy Mixa

Historia „Kristala”, a późniejszego „Pomorzanina”, jest niewątpliwie ciekawa. Interesujące są jednak także dzieje ich siedziby, a więc kamienicy stojącej przy ulicy Gdańskiej. Ta wybudowana została już w 1863 roku, na potrzeby niemieckiego przedsiębiorcy, Ernsta Mixa. Człowiek ten, prowadził dobrze prosperującą firmę, zajmującą się produkcją mydła i świec, które wytwarzane i przechowywane były właśnie tutaj – konkretnie zaś w pomieszczeniach na zapleczu dzisiejszej konstrukcji.

Na początku XX wieku budynek dwukrotnie poddano przebudowie – w 1905 i 1913 roku. W obu przypadkach przebudowa odbyła się według projektu Fritza Weidnera, człowieka który zaprojektował zresztą wiele innych kamienic w mieście, m.in. przy: Gdańskiej, Dworcowej czy Cieszkowskiego. Dzięki niemu, całość zyskała ostatecznie charakter wczesnego modernizmu z lekką domieszką secesji. Niestety, oryginalny charakter fasady, a także wiele detali, zniknęło po ostatnim, już powojennym remoncie.

Wejście do „Pomorzanina” w kamienicy Ernsta Mixa dziś wygląda już dużo lepiej

Wtedy też, za ciągiem kamienic przy ulicy Gdańskiej, wybudowano salę kinową. Wielu nie zdaje sobie sprawy, ale jest ona ustawiona równolegle do Gdańskiej, a więc nie stanowi przedłużenia kamienicy Mixa, tylko, mówiąc kolokwialnie, jej „odgałęzienie”. Doskonale widać to z „lotu ptaka”, czy choćby na zdjęciach satelitarnych Google Maps.

W późniejszych latach,  popularność obiektu sprawiła, że zainteresowało się nim wiele przedsiębiorstw czy instytucji. Z kinem idealnie uzupełniał się uruchomiony tutaj w 20-leciu międzywojennym „Bar Angielski”, przy którym w każdy czwartek odbywały się potańcówki do jazzowej muzyki bandu Orłowskiego. Niektóre pomieszczenia były przeznaczone także na wynajem, co przynosiło dodatkowe zyski. W ten sposób, swoją siedzibę znajdowały tutaj m.in.: dom towarowy  niemiecka Kasa Okręgu Bydgoskiego oraz Państwowy Bank Rolny. Jeszcze przed przebudową, działał tutaj z kolei dom handlowy „Modehaus Bromberg”.

Zresztą, potem też było ciekawie, bo przecież właśnie tutaj funkcjonował Klub Międzynarodowej Prasy i Książki, a potem w 1994 r.  w pomieszczeniach oficynowych, działalność rozpoczął klub „Mózg” (zresztą działający po dziś dzień). Doskonale pamiętam też, że  od strony dzisiejszej „Drukarni” (czy też może należałoby napisać „dawnej”) znajdował się punkt „Kodaka”, gdzie można było wywołać zdjęcia. Ciekawostką jest fakt, że w pomieszczeniach od strony ul. Gdańskiej znajdował się jeden z pierwszych (zdaje się, że czwarty) w Polsce „Rossmannów”.

A skoro miejsce to przyciągało gigantów, los sprawił, że swego czasu trafił tutaj także jeden z najbardziej zasłużonych bydgoszczan – sam Marian Rejewski, człowiek odpowiedzialny za rozszyfrowanie kodu Enigmy. W dawnej kamienicy Ernsta Mixa mieszkał od 1945 do 1969 roku, a dziś wspomnieniem po nim jest  pamiątkowa tablica przed wejściem do „Pomorzanina” oraz wielki i bardzo fajny (chyba jeden z ciekawszych w mieście) mural przy Placu Praw Kobiet.

Jest i Marian Rejewski!

Legenda od wewnątrz

Zostawmy jednak historię za plecami i oddajmy się teraźniejszości. Przecież sam do tego nawoływałem! Wejdźmy więc do „Pomorzanina”! A tam, wita nas wystrój, który pamięta jeszcze ostatnie sprzed zamknięcia, lata funkcjonowania kina. Ściany obłożone lamperią, pewnie z  lat 80. XX wieku i spore lustra w górnej części  – wszystko tak, jak pamiętam z końcówki ubiegłego wieku. Nowością są podwieszone pod sufitem, kolorowe, podświetlane chmurki, które dają naprawdę ciekawy efekt. Szczególnie, że w korytarzu za głównym wejściem panuje nieco tajemniczy półmrok.

W korytarzu i…

Natychmiast rzuca nam się w oczy (zresztą, to nie będzie jedyny raz w trakcie tej wizyty), jak bardzo niewielka to przestrzeń! Szczególnie w okolicach kasy, która, zachowana w oryginalnej formie, wciąż tkwi, wciśnięta w kąt na końcu korytarza.  Nieco więcej przestrzeni pojawia się dalej, w holu głównym, gdzie zachowało się kilka ostatnich (dokładniej: cztery) foteli ze starego wystroju „Pomorzanina”.

…poczekalni głównej

Są też „szafy” z bezpiecznikami, odpowiadającymi za: zasilanie, oświetlenie widowni i ogólne oraz kabiny. Oczywiście, znajdziecie na nich pokrętła, przypominające pulpity ze startrekowego „Enterprise’a”. Tego, do czego służą, możemy się dowiedzieć z jeszcze trzymających się ostatkiem sił, naklejek. Słowem: pełen oldschool!

„Enterprise – zgłoś się!”

Oczywiście, jest też kilka gablot, w których zgromadzono fotografie, sprzęt i różnego rodzaju gadżety sprzed lat. Całości klimatu dopełnia wspomniana już lamperia i nieco odrapane drzwi odgradzające korytarz od poczekalni. Jeśli przyjrzycie się uważniej, dostrzeżecie ponadto, że w korytarzu, pod relatywnie nową posadzką, skrywa się oryginalny wzór, zapewne pochodzący z lat 50. XX wieku!

Najważniejsze jednak dopiero przed nami! Oczywiście mowa o sercu każdego kina, czyli głównej sali. Ta w „Pomorzaninie” to obecnie mieszanka starego z nowym. Nowe są: podłoga (no bo tę starą trzeba było zdjąć), ekran, a także całe zaplecze techniczne, czyli: projektor, nagłośnienie i światło.

Cóż, ta przestrzeń wydawała się kiedyś znacznie większa!

Ale to nie wszystko, bo nowością świecą też fotele. Te historyczne, nie zniknęły wcale, z uwagi na ich zniszczenie, a po prostu przez to, że ktoś, podobnie jak większość wystroju sali, wyniósł po zamknięciu kina. Zresztą, wcale mnie to nie dziwi – przełom XX i XXI wieku to były dzikie czasy. Na szczęście, fotele, które stoją dzisiaj na sali kinowej, dopasowały się stylem do otoczenia. Przypominają zresztą te oryginalne, znane nam z okresu świetności kina, z tym że są zadbane i… niebieskie. Sprowadzono je z innych, zamkniętych sal kinowych w Polsce. Można powiedzieć, że to trochę taki kinowy „przeszczep”.

Stare, a raczej oryginalne, jest wszystko inne. Ściany i sufit wyglądają dokładnie tak samo (no ok, trochę bardziej nadgryzione przez ząb czasu), jak w dniu zamknięcia kina. I cały czas robią wielkie wrażenie! Są te specyficzne zdobienia i wysoki sufit. Całość – głównie właśnie z uwagi na tę górną część konstrukcji – robi ogromne, monumentalne wrażenie. W oczy rzuca się umieszczony na środku  sufitu charakterystyczny, owalny kształt. To po prostu… wywietrznik! W dalszej części artykułu znajdziemy się także po jego drugiej stronie.

Sufit wciąż robi wrażenie!

Co zwraca największą uwagę, kiedy człowiek wejdzie na salę po latach nieobecności? Bez wahania odpowiem, że niewielka przestrzeń. Kiedyś wydawała się doprawdy olbrzymia! I tak, wiem, że w momencie zamknięcia kina byłem jeszcze dzieckiem, ale sądzę, że większe znaczenie ma zestawienie tego obrazu z przeszłości z przestrzenią, której później wszyscy doświadczaliśmy w multipleksach. To trochę jak porównanie Balatonu na bydgoskich Bartodziejach z tym prawdziwym, na Węgrzech. Niby można, ale po co.

Najlepsze miejsca siedzące w „Pomorzaninie” to oczywiście balkon! Cóż za satysfakcja, że i tam można dzisiaj wejść! Moje początkowe obawy, związane z podejściem do jego krawędzi zostały rozwiane – całość została sprawdzona przez odpowiednie służby, więc nie ma prawa runąć w dół. W tym miejscu znów, z większą siłą, uderzyła mnie niewielka przestrzeń. Dosłownie kilka, może kilkanaście rzędów krzesełek! A kiedyś wydawało się, że jest ich bez liku!

Balkon szczęśliwie wciąż się trzyma!

Mimo to, z całym przekonaniem mogę stwierdzić, że filmy w „Pomorzaninie” wciąż można oglądać. Mało tego, ze względu na sentyment, jest to bardzo ciekawe przeżycie! A my, dzięki uprzejmości Marcina Pietrasa z projektu „Pomorzanin. Reaktywacja”, mieliśmy przyjemność zobaczyć tutaj reklamę „Persila” z 1935 roku. Mimo, że to produkcja, której głównym celem była promocja proszku do prania, to jednocześnie można powiedzieć, że to pierwszy film promocyjny… Bydgoszczy! W filmie pojawiają się bowiem liczne urywki z grodu nad Brdą, gdzie przecież mieściła się fabryka należąca do przedsiębiorstwa. Słowem – obejrzeliśmy legendarny film o legendarnym produkcie w legendarnym kinie! Czy „zajawkowicza” bydgoskiej historii mogło spotkać coś lepszego?

Ukryte piękno

No więc, chyba mogło, bo najciekawsze, jak zwykle zresztą, czeka nas za zamkniętymi drzwiami! Wchodzimy więc do kabiny projekcyjnej. A tam „atakuje” nas wystrój rodem z początku lat 90. XX wieku! Znajdujące się na ścianach olejna farba i płytki już w momencie zamykania kina musiały być przestarzałe. Na szczęście, dzisiaj tylko dodaje to całości klimatu. Ale ten budują tutaj przede wszystkim oryginalne, wciąż przytwierdzone do ziemi (i co najważniejsze, działające!) projektory! Te, skierowane są na niewielkie okienka w ścianie, za którymi znajduje się już sala kinowa. Na największym z nich znajduje się duże logo „Dolby Stereo”.

Piękne, stare…
…projektory!

Taki stary, niesamowicie kinowy klimat jest tutaj zresztą wszędzie! Biurka, fotele, toaleta, nawet telefon stacjonarny – wszystko to, zatrzymało się gdzieś na przełomie XX i XXI wieku. W jednym z pokoi technicznych dostrzegłem nawet wyrwaną kartkę z kalendarza na 2001 rok! Czekała na mnie 21 lat…

Najciekawsza okazały się jednak niepozorne, techniczne szafki. Wśród wielu leżących na niej taśm filmowych, kilkanaście przyklejone miało niewielkie karteczki. Po bliższym przyjrzeniu się, zauważyć można, że to nazwy marek i produktów. Taśmy te to nic innego, jak reklamy! Te, do „odtwarzacza” wsuwało się dawniej osobno,  wszak nie można było skorzystać z bardziej zaawansowanych, komputerowych technologii. Znaleźć można więc tutaj jeszcze reklamy: „Peugeot’a”, „Sprite’a”, „Carlsberga”, a także… „Idei” czy „Ery GSM”. Szczególnie dwie ostatnie, uświadamiają nam, jak wiele w otaczającej nas rzeczywistości przez te 20 z okładem lat się zmieniło.

Może reklamę?

Wielkie wrażenie robią także piwnice „Pomorzanina”. Tam, na bardzo dużej  powierzchni, rozciągają się dosłownie stosy skarbów! Dziesiątki szafek z różnego rodzaju dokumentami, stare, niema rozsypujące się w dłoniach dzienniki, szpule filmów, części zamienne do sprzętu kinowego oraz leciwe projektory, słuchawki i temu podobne.  

Upływ czasu? Zdecydowanie dostrzegalny!

Oczywiście, jest tego zdecydowanie więcej, w tym rzeczy doprawdy zaskakujące, jak np.: bliżej niezidentyfikowane butelki z dziwnymi płynami (na niektórych znalazłem daty, wskazujące, że pochodzą z lat 70. XX wieku), książki (rzuciła mi się w oczy taka, autorstwa… „Władysława Gomułki”) czy zachowane bilety wstępu do „Pomorzanina”. Raj dla kolekcjonerów i fanatyków historii miasta.

Piwnice pod „Pomorzaninem” mają niesamowity, mroczny klimat!

Zwieńczeniem naszej wizyty „za zamkniętymi drzwiami”, było wejście na dach. To, było możliwe dzięki wspinaczce po schodach,, wybudowanych na wewnętrznej klatce schodowej. W trakcie 14-letniej przerwy w działalności, miejsce to upodobały sobie podobno gołębie, przez co trudno było doprowadzić je do porządku. Niemniej, mimo że w dalszym ciągu jest tu mrocznie, to przynajmniej da się normalnie oddychać! Szczerze współczuję jednak ekipie sprzątającej. 

Sama konstrukcja dachu to rzecz doprawdy ciekawa. Jego zewnętrzna powłoka jest oczywiście nowoczesna, ale to co widzimy w środku, tj. w zasadzie na poddaszu, przypomina raczej tak często opisywane przeze mnie, kościelne przestrzenie nad sklepieniem. Tutaj również mamy misterną konstrukcję belkowania. Co ważne, wokół nich poprowadzono pomostki, dzięki którym, w wygodny i bezpieczny sposób, przechadzać można się po tej przestrzeni.  Pośrodku znajduje się zaś wielka „tuba”. To właśnie druga strona wspomnianego wcześniej wywietrznika. Tutaj zalecam jednak uważać – przy odrobinie braku koncentracji można wpaść do środka i wykonać bardzo widowiskowy i ostatni „stage diving”, wprost na środek sali  kinowej „Pomorzanina”.

Na poddaszu i…

A widok z dachu kina? Zaskakujący, bo takiej perspektywy się nie spodziewałem! Oczywiście, jest ona silnie ograniczona, przez znajdujące się obok kamienice, w tym Hotel „Pod Orłem”. Ale i tak jest ciekawie! Szczególnie interesująco prezentuje się zaplecze sąsiednich kamienic. Na jednej z nich dostrzec można silnie zdewastowane, trzymające się chyba tylko na słowo honoru, balkony. Rzecz jasna, balkony pozbawione balustrady!

… na dachu!

Skarbnica wspomnień

Powiedzmy to sobie wprost – „Pomorzanin” to dzisiaj przede wszystkim monstrualnych wręcz rozmiarów skarbnica wspomnień bydgoszczan. Wielu kojarzy kino z radosnymi czasami – kiedy bywali tutaj z rodzicami, dziadkami czy dziećmi. Dam głowę, że spory procent bydgoszczan swoje pierwsze seanse filmowe przeżywało właśnie tutaj.

Jak ważne i wspominane z jak wielkim sentymentem to miejsce, niech świadczy fragment tekstu Michała Orzechowskiego, jednej z głównych postaci projektu „Pomorzanin. Reaktywacja”, pt. „Pomorzanin – kino bez zapachu popcornu”. Wskazał on, że podczas jednego z pierwszych spacerów po kinie po jego ponownym otwarciu, pewna starsza pani zaprowadziła go na balkon i wyznała, że tam, w kącie sali, pierwszy raz w życiu się całowała. Po tym zwierzeniu oczywiście polały się łzy. No i wcale się nie dziwie – legenda wróciła, a wraz z nią masa wspomnień.

Niesamowicie jest znowu chodzić po tych korytarzach!

A skoro mam ten przywilej, że mogę pisać dokładnie o tym, o czym mam ochotę, pozwolę sobie na małą prywatę, czyli moje własne wspomnienia, związane z „Pomorzaninem”. Te rozpoczynają się w 1994 roku, kiedy to pierwszy raz w swoim życiu byłem w jakimkolwiek kinie. Film? Nie żartujmy – oczywiście „Król Lew”!  

Potem, w „Pomorzaninie” bywałem dość często z rodzicami lub babcią, a w trakcie kilku ostatnich lat funkcjonowania kina także ze szkołą. Nie pamiętam oczywiście wszystkich tytułów, ale z pewnością były wśród nich: „Godzilla” (ta z Jeanem Reno z 1998 r.), „Mroczne Widmo” (z cyklu „Gwiezdnych Wojen”, w 1999 r.), „Świąteczna Przygoda” (2000 rok – wybaczcie moje słowa, ale strasznie kiepski film) i „Kamień Filozoficzny” (z cyku „Harry Potter”, w 2001 roku), który chyba był ostatnim, który tutaj oglądałem. Tzn. ostatnim, do momentu seansu reklamy „Persila” w tym roku. 

A tę kasę pamięta pewnie każdy bydgoszczanin!

„Pomorzanina” jednak zawsze bardzo lubiłem. Jeszcze za moich czasów, a więc przez całe lata 90., było to zdecydowanie najlepsze kino w mieście. Pamiętam elegancki korytarz, duży ekran i wielką (tak mi się wówczas przynajmniej wydawało) sale na parterze. Jednak najfajniejszy zawsze był oczywiście balkon. Za każdym razem, kiedy dostawialiśmy miejsca w tej części kina, byłem po prostu przeszczęśliwy.

Ciekawym przeżyciem było każdorazowo także opuszczanie sali kinowej. Nie wychodziło się bowiem z tej samej strony, z której się wchodziło, co dla mnie, jako dla małego dziecka (szczególnie podczas pierwszych oglądanych tutaj filmów), było niezrozumiałe. W pozytywny sposób oczywiście. Wychodziło się bocznymi drzwiami, potem po schodach, aż do ulicy Parkowej. My, jako mieszkańcy Bartodziejów, zawsze wracaliśmy później przez park Kazimierza Wielkiego, a następnie Jana Kochanowskiego, na przystanek autobusowy. Stamtąd do domu wiózł nas już nieistniejący na tej trasie, autobus linii 60. Zdecydowanie zbyt duża liczba klasyków w jednym miejscu!

Zresztą, wyjście, o którym piszę wyżej, istnieje do dziś, ale wygląda na „zabite dechami”. Niestety, kojarzone jest obecnie z koczującymi tutaj od lat bezdomnymi. Ogarnięcie tego problemu to już jednak robota nie dla pracowników kina, a dla odpowiednich służb. Wyrażam naiwną nadzieję, że czytają.

Pamiętam, że w „Pomorzaninie” była jakaś strefa gastronomiczna, ale rzadko z niej korzystałem. Zapewne z uwagi na kwestie finansowe. Aby jednak mieć co jeść w trakcie seansu, chadzało się naprzeciwko, do istniejącego jeszcze ok. 2010 roku sklepu spożywczego. Zdaje się, że w jego miejscu działa dzisiaj księgarnia „Enigma”. Tam sporo było ciekawych słodyczy (na pewno pamiętam, że pierwszy raz w życiu jadłem tutaj batoniki: „Bounty” i „Snickers”), królowały jednak żelki. Ich wybór był spory, ale na filmy brało się głównie te ze specyficzną posypką, imitujące czerwone i czarne maliny.

Ostatnie, ale wciąż jaskrawe, czy też raczej należałoby napisać, intensywne wspomnienie, to zapach sali kinowej „Pomorzanina”. Trudno mi opisać, co to było, ale na pewno był specyficzny i, pewnie z uwagi na atmosferę miejsca, całkiem przyjemny. Szperając w źródłach, zauważyłem zresztą, że nie tylko ja go pamiętam. Niektórzy wskazują, że pochodził on z nieco leciwych już wówczas, rozkładanych foteli.

Później, przez lata przechodząc obok budynku, było mi po prostu smutno, że kina już nie ma. Jeszcze gorzej robiło się zaś, kiedy widziałem ustawione przed wejściem stragany oraz niszczejące, pomazane drzwi. Dlatego, kiedy usłyszałem, że „Pomorzanin” powstał z grobu, byłem szczęśliwy. A kiedy pierwszy raz, wreszcie, po wielu latach, przekroczyłem próg kina (zdaje się, że stało się to dopiero w 2018 roku), wszystkie wspomnienia wróciły z całą siłą. Łzy co prawda nie popłynęły (na całowanie byłem gotowy dopiero w czasach „Multikina”), ale twarz niewątpliwie rozjaśnił uśmiech.

Trzymajcie kciuki za „Pomorzanina”!

„Pomorzanin” to kawał historii naszego miasta. Dobrej historii. To, że wrócił na kulturalną mapę Bydgoszczy, oceniać należy wyłącznie dobrze. Zresztą, życzę mu, żeby pozostał na niej jeszcze przez wiele, wiele lat – opierając się wszelkim trendom, prawom rynku, kryzysom i innym, podobnym zjawiskom. Zdecydowanie bowiem na to zasługuje!

Pozostaje trzymać kciuki i życzyć powodzenia za inicjatywę, podjętą i kontynuowaną po dziś dzień przez ratowników kina. Oby na swojej drodze spotkali jeszcze wiele sukcesów! I obyśmy my, bydgoszczanie, mogli cieszyć się dostępem do tej historycznej – nie bójmy się tych słów – legendarnej instytucji!

Tyle, o dawnym „Kristalu”, a obecnym (i poniekąd także dawnym) „Pomorzaninie”. Przy okazji serdeczne podziękowania dla Marcina Pietrasa z projektu „Pomorzanin. Reaktywacja”, który oprowadził nas po kinie i przekazał wiele cennych informacji dotyczących jego historii oraz współczesności. Wiem, że długo czekałeś na ten materiał – mam nadzieję, że sprostał oczekiwaniom!


A my, dążąc do spełnienia Waszych oczekiwań, widzimy się w ramach cyklu „Bydgoszcz przez dziurkę od klucza” już za kilka dni! Do końca serii pozostały 4 odcinki! Jakie obiekty odwiedzimy? Tego, jak zwykle, dowiecie się po publikacji!

Piotr Weckwerth

Sprawdź też wcześniejsze odcinki cyklu, w których przedstawiliśmy:

1. WOJEWÓDZKĄ I MIEJSKĄ BIBLIOTEKĘ PUBLICZNĄ IM. DR. WITOLDA BEŁZY

2. KOŚCIÓŁ PW. JÓZEFA RZEMIEŚLNIKA

3. KOŚCIÓŁ PW. NAJŚWIĘTSZEGO SERCA PANA JEZUSA

4. KOŚCIÓŁ EWANGELICKO-METODYSTYCZNY

5. BYDGOSKI RATUSZ

6. GMACH SĄDU OKRĘGOWEGO

7. KOŚCIÓŁ KLARYSEK

8. EWANGELICKO-AUGSBURSKI KOŚCIÓŁ ZBAWICIELA

Projekt „Bydgoszcz przez dziurkę od klucza”, realizowany jest przez Fundację Krzewienia Kultury i Turystyki „Nad Rzeka”.

ZREALIZOWANO DZIĘKI WSPARCIU FINANSOWEMU
MIASTA BYDGOSZCZY

4 myśli na temat “„POMORZANIN” – BYDGOSZCZ PRZEZ DZIURKĘ OD KLUCZA #9

Dodaj własny

  1. Piotr Weckwerth Panie Piotrze, to opracowanie to prawdziwie praca doktorska! Ciekawe fotografie, penetracja szczegółów. Gratulacje!

  2. Tak, kino przyciągało…ja nie kupiłem mojego wymarzonego Waganta (rower z bydgoskiego Rometu). Za dzieciaka przyjechałem z tatą do kina Pomorzanin na Wejście Smoka z Brucem Lee ale było jeszcze trochę czasu więc wstąpiliśmy do Jedynaka (dom handlowy po drugiej stronie ulicy na rogu Gdańskiej i Dworcowej) a tam stały nowiutkie rowery, a że było ich całkiem sporo więc stwierdzilismy, że wrócimy po seansie. Niestety były to czasy niedoboru i po rowerach nic nie zostało…a film był z ograniczeniem wiekowym ale pani przymknęła oko, w innym wypadku może bym jednak wrócił z rowerem…

  3. Potwierdzam z tymi balkonami, a na początku były loże, nie pamiętam czy były droższe czy kto pierwszy ten lepszy? Chodziłem do Jedynki (1 LO na placu Wolności), więc dość często bywaliśmy w okolicznych kinach. Pewnego razu weszliśmy do Pomorzanina i okazało się, że są bilety na Konfrontacje (przegląd kilkanastu filmów). Zdecydowalismy się kupić i jak się okazało dopiero na wejściu mieliśmy miejsca na balkonie. Mało tego to były miejsca w lożach, czyli zupełnie na początku tych balkonów, najlepsze miejsca a cena chyba ta sama. Niestety tam chyba była tylko informacja która loża bez konkretnego miejsca. No i był pewien człowiek, który zawsze nas wyprzedzał i zajmował miejsce z przodu przy barierce. Ale i tak była duma, ze na balkonie, w loży!

Leave a Reply

Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d bloggers like this: