Druga część materiału, poświęconego bydgoskiemu Cmentarzowi Nowofarnemu, czyli nekropolii niezwykle historycznej, związanej z losami naszego kraju i miasta. W tym odcinku, przedstawimy Wam sylwetki kilkunastu zasłużonych postaci, które tutaj spoczywają. A wszystko to oczywiście w ramach cyklu „Bydgoszcz przez dziurkę od klucza”.
Zanim przejdziemy do właściwej części artykułu, przypominam (a tych, którzy trafili tutaj po raz pierwszy, informuję), że niniejszy materiał jest częścią większego, zapoczątkowanego jeszcze w 2021 r., cyklu. Dotychczas powstałe teksty, przeczytać możecie TUTAJ: Bydgoszcz przez dziurkę od klucza.
W kolejnych miesiącach i latach planujemy kontynuować cykl i odkrywać tajemnice ważnych, lecz nie w pełni dostępnych dla osób z zewnątrz, bydgoskich obiektów.
Spis treści:
- Trudna sprawa
- Jan Teska (1876-1945)
- Władysław Piórek (1852-1926)
- Edmund Nartowicz (1928-2015)
- Tadeusz Skarbek-Malczewski (1873-1929)
- Konrad (1910-1992) i Rajmund (1929-1945) Pałubiccy
- Adam Grzymała Siedlecki (1876-1967)
- Witold Bełza (1886-1955)
- Jan Maciaszek (1876-1932)
- Jan Biziel (1858-1934)
- Józef Święcicki (1859-1913)
Trudna sprawa
Cóż, znowu przyszło dokonać ciężkiego wyboru. No bo jak, pośród setek, jeśli nie tysięcy osób, które w mniejszym lub większym stopniu, wpłynęły na losy Bydgoszczy, a nawet Polski, wskazać wąską grupę tych, których uważam za najbardziej zasłużone? Jak zrobić to w taki sposób, aby nie urazić żadnych środowisk, rodzin, miłośników? Otóż odpowiedź jest prosta: nie da się tego zrobić.
W związku z tym, pozbawiony jakiegokolwiek ciśnienia w tym względnie, w tym, oraz kolejnym artykule, przedstawię xx zasłużonych osób, spoczywających na Cmentarzu Nowofarnym, które wybrałem absolutnie subiektywnie. Po prostu, według własnego widzimisię – czyli tak, jak lubię najbardziej. Oczywiście, nie zamierzam tutaj odstawiać cyrków, także miejcie pewność, że będą to osoby, które bezwzględnie wyróżniły się swą działalnością na tle wielu innych bydgoszczan.
Sprawa jest nieco (ale tylko nieco) ułatwiona, bo w poprzednim odcinku cyklu (TUTAJ), opisałem sylwetkę założyciela cmentarza i proboszcza parafii farnej, ks. Ryszarda Markwarta. Wspomniałem także o bohaterach wojennych (z okresu I i II wojny światowej, Powstania Wielkopolskiego i wojny polsko-bolszewickiej) oraz duchownych.
Teraz zaś ruszam na krótki spacer po cmentarzu i wspominki o dawnych, wielkich bydgoszczanach. Zapraszam, chodźcie razem ze mną! W tym odcinku przespacerujemy się aleją główną (zwaną także – jak najbardziej słusznie – aleją zasłużonych), a także jej najbliższymi okolicami.
Zwiedzanie Bydgoszczy z przewodnikiem! Odkryj tajemnice bydgoskich osiedli z Piotrem Weckwerthem – pasjonatem historii i znawcą miasta. Zadzwoń lub napisz i umów się na wycieczkę: +48 884002977, turystykabezfiltrow@gmail.com
Jan Teska (1876-1945)
Blisko wejścia głównego na cmentarz, tuż obok ks. Ryszarda Markwarta, spoczywa Jan Teska. Ten pochodzący z wielkopolski publicysta, to prawdziwa legenda bydgoskiego dziennikarstwa. Człowiek, który trafił do Bydgoszczy w wieku 31 lat (w 1907 r.), już wtedy mając spore doświadczenie w działalności publicystycznej. Jego teksty pojawiały się m.in. w „Pracy” w Poznaniu, „Gazecie Polskiej” w Kościanie, czy „Gazecie Gnieźnieńskiej” (co oczywiste) w Gnieźnie.
Prawdziwy „wystrzał” talentu, nastąpił jednak właśnie w Bydgoszczy. To tutaj, Teska założył w rzeczonym 1907 r., legendarny (jak się później okazało) „Dziennik Bydgoski”. A żeby wyjaśnić, jakiego rodzaju było to pismo, niech posłuży cytat z samego Teski, który stwierdził, że wydaje je: „Aby stworzyć nową placówkę obrony narodowej i sypać nowy szaniec przeciw zalewowi niemczyzny tam, gdzie ona z największą siłą ona uderza w nasze progi”. Słowem: nasz dziennikarz był zagorzałym patriotą i dążył do wzmocnienia nastrojów niepodległościowych wśród Polaków.

A skoro tak, szybko zdobył wśród bydgoszczan popularność. Został nawet sekretarzem Rady Ludowej, prezesem Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”, a później wszedł także w skład delegacji, przejmującej władze w mieście z rąk Niemców. Jego dziennik osiągał zaś naprawdę wielkie zasięgi – w szczytowym momencie podobno drukowano do 50 tys. egzemplarzy dziennie! Teska prowadził też wydawnictwo i (co nie może dziwić, biorąc pod uwagę nazwę) drukarnię pn. „Drukarnia Bydgoska” (tutaj pojawiały się często zmiany właścicielskie, ale w praktyce to Teska niemal zawsze był „u steru”).
Warto pamiętać, że pierwsza siedziba „Dziennika Bydgoskiego”, mieściła się w kamienicy przy ul. Jana Kazimierza (skrzyżowanie z ul. Długą), gdzie dziś znajduje się pamiątkowa tablica. Potem przeniosła się na ul. Poznańską 14-16, gdzie uruchomiono też drukarnię. Niestety, ta została zdemolowana przez niemieckich okupantów.
Co ciekawe, jeszcze w trakcie I wojny światowej, kiedy Teska został wcielony do armii pruskiej, nie porzucił on całkowicie publicystyki. Przeciwnie – słał do redakcji sprawozdania z linii frontu, które musiały stanowić dla czytelników nie lada sensację. Istotne jest też to, że wówczas, redakcją zajmowała się jego żona (również bardzo zasłużona osoba, jednak pochowana w Warszawie), Wincentyna Teska. Ona oraz Stefania Tuchołowska, która pełniła nawet przejściowo funkcje redaktora naczelnego gazety, uznawane są dzisiaj za kobiety, które przetarły szlak, pokazały swoim następczynią, że „słabsza” płeć słabszą jest często tylko z nazwy.

Niestety, jako jednoznacznie kojarzony z Polską, a także niechęcią do Niemców, Teska był od pierwszych dni okupacji poszukiwany przez Gestapo. Przeżył konflikt, walcząc nawet w Powstaniu Warszawskim, ale zmarł krótko po jego zakończeniu – podobno w wyniki przeżyć powstańczych – w Trojanowie pod Warszawą. Dziś jest patronem jednej z fordońskich (na Przylesiu) ulic.
Władysław Piórek (1852-1926)
Niemal naprzeciwko Teski, spoczywa Władysław Piórek. To kolejna postać, która przywędrowała do grodu nad Brdą z Wielkopolski, mianowicie z Ostrowa Wielkopolskiego. Do Bydgoszczy trafił w 1885 r., aby otworzyć prywatny gabinet lekarski przy Wełnianym Rynku 8. Szybko zaczął też robić karierę w systemie medycyny państwowej – uzyskał tytuł radcy sanitarnego i tajnego radcy sanitarnego.

Udzielał się na niwie niepodległościowej – jako członek Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” czy w Towarzystwie Kupców Polskich. Współpracował także z ks. Markwartem przy wznoszeniu kościoła pw. Świętej Trójcy. Zaś po 1920 r. i powrocie Bydgoszczy w granice Rzeczypospolitej, został naczelnym lekarzem Kasy Chorych.

Za swoje zasługi, Piórek został pierwszym (!) po powrocie Bydgoszczy do macierzy, Honorowym Obywatelem miasta i po dziś dzień pozostaje jedną z 19 (nie licząc tych z okresu pruskiego), osób w tym gronie. Władysław Piórek jest oczywiście patronem jednej z ulic – w Fordonie (tuż obok ul. gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”), zaś na kamienicy przy ul. Focha 22, w miejscu gdzie nasz bohater mieszkał, znajdziecie pamiątkową tablicę.

Tutaj warto dodać, że córka Władysława, Wanda, w latach 1923-1926, wraz z mężem, Franciszkiem Górskim, mieszkała na Madagaskarze, przez co po powrocie (po śmierci męża) przylgnął do niej przydomek „Królowa Madagaskaru”. Jeszcze ciekawiej jest, kiedy dowiemy się, że jedna z córek Wandy, czyli wnuczek Władysława Piórka, Zofia, została później żoną innego zasłużonego bydgoszczanina – Mariana Turwida! O nim jednak w dalszej części materiału.
Edmund Nartowicz (1928-2015)
Cofnijmy się nieco w stronę wejścia na cmentarz i przyjrzyjmy się imponującemu, narożnemu pomnikowi z czarnego kamienia. Tutaj leży syn ziemi białoruskiej – urodzony w Białohrudzie, w dawnym województwie nowogródzkim. O kim mowa? O Edmundzie Nartowiczu, który zanim w 1953 r. trafił do Bydgoszczy, kształcił się na Akademii Medycznej w Gdańsku. Szybko okazało się, że jest utalentowany, więc objął stanowisko asystenta na Oddziale Chorób Wewnętrznych w Szpitali Wojewódzkim (dzisiejszym szpitalu Jurasza).

Potem kariera p. Edmunda przebiegała w sposób wręcz podręcznikowy. Od 1959 r. był on ordynatorem swojego oddziału, a w 1966 r. uzyskał tytuł doktora nauk medycznych. Kiedy w Bydgoszczy powstała filia Akademii Medycznej (początkowo podległa pod Gdańsk), powierzono mu prowadzenie Kliniki Chorób Wewnętrznych, a następnie Katedry i Kliniki Kardiologii i Chorób Wewnętrznych. W 1996 r. o Nartowiczu mogliśmy już mówić jako o profesorze.
Wszystko to nie powinno dziwić, wszak Nartowicz był pionierem w dziedzinie pracy z chorymi z problemami kardiologicznymi i nerkowymi (nefrologia). Dość powiedzieć, że na początku lat 70. XX w. dzięki jego staraniom, w Szpitalu Wojewódzkim powstał Oddział Intensywnego Nadzoru Kardiologicznego i oddział wszczepiania kardiostymulatorów. Potem, z jego inicjatywy wdrożono jeszcze m.in.: telefoniczny system nadzoru EKG (badający stan pacjentów przebywających w domach), a także stacja dializ oraz Pracownia Kardiologii Inwazyjnej.

Jako wykładowca na Akademii Medycznej im. Ludwika Rydygiera, działał niemal do końca swych dni (a warto pamiętać, że zmarł w 2015 r., w wieku 87 lat). Dzięki jego opiece, specjalizację z zakresu chorób wewnętrznych zdobyło 56 lekarzy, a 14 zostało doktorami nauk medycznych. Liczbę jego publikacji naukowych, ocenia się na ponad 200. Pochowany został z żoną, Alicją z d. Stefańską, również lekarzem, do tego wieloletnią ordynator Oddziału Niemowlęcego Wojewódzkiego Szpitala Dziecięcego w Bydgoszczy, uznawaną za pionierkę kardiologii dziecięcej.
Tadeusz Skarbek-Malczewski (1873-1929)
Po księdzu Markwarcie, funkcję proboszcza parafii farnej w Bydgoszczy, pełnili kolejno: Józef Jagalski oraz Eduard Becker, aż wreszcie, w 1921 r., przyszedł czas na Tadeusza Skarbek-Malczewskiego. Tutaj znowu mamy do czynienia z wielkopolaninem, gdyż przyszły ksiądz urodził się w Smolarach, obecnie znajdujących się w powiecie gnieźnieńskim, a do 1998 r. w mogileńskim (wówczas było to województwo bydgoskie). Ta nominacja nie wzięła się znikąd. Wszak w okresie Powstania Wielkopolskiego, Skarbek-Malczewski był jednym z jego liderów w Witkowie.

Okres, w którym przyszło mu działać w Bydgoszczy, sprawił, iż zmuszony był do intensywnego „sprzątania” i naprawiania tego, co zniszczyli zaborcy. No i to właśnie zrobił – i to bardzo skutecznie. Za jego kadencji dokonano resakralizacji i remontu kościoła klarysek, a także ponownego poświęcenia kościoła garnizonowego. To on był inicjatorem budowy Domu Katolickiego przy ul. Grodzkiej (dziś zwanego raczej Domem Polskim), a także jednym z inicjatorów budowy bazyliki mniejszej pw. św. Wincentego a Paulo (był obecny w trakcie ceremonii poświęcenia kamienia węgielnego) oraz kościoła pw. Stanisława Biskupa i Męczennika na Siernieczku. Również dzięki niemu uruchomiono kaplicę w Internacie Kresowy (dziś to komisariat policji przy ul. Chodkiewicza).
Nie sposób przecenić tego, co Skarbek-Malczewski zrobił dla budynku fary, czyli katedry pw. św. Marcina i Mikołaja. To właśnie on był człowiekiem, który „przywrócił do życia” ukryty przez lata pod warstwami farby, obraz Matki Bożej Pięknej Miłości (zwany także Matką Boską z Różą). To jednak jeszcze nie wszystko, bo dzięki jego staraniom, w 2023 r., na dzwonnicy katedry zawisły 2 dzwony, oryginalnie znajdujące się w Kamieńcu Podolskim (z twierdzy oraz kościoła dominikanów). Te trafiły nad Brdę na mocy Traktatu Ryskiego, kończącego wojnę z bolszewikami.

Tadeusz Skarbek-Malczewski zmarł po ciężkiej chorobie w 1928 r. Dziś wspomnieniem po nim jest nazwa małej uliczki, odchodzącej od Starego Rynku (tej, przy której stoi siedziba biskupa bydgoskiego).
Konrad (1910-1992) i Rajmund (1929-1945) Pałubiccy
Pozostajemy przy głównej alei cmentarza, czyli alei zasłużonych. Tutaj, w pobliżu kościoła pw. św. Krzyża, spoczywają dwaj bracia: Konrad i Rajmund Pałubiccy. Jednego z nich – konkretnie Rajmunda – możecie kojarzyć z patronatem ulicy w Fordonie, jednak to drugi – Konrad – osiągnął zdecydowanie więcej. Skąd więc taki stan rzeczy?
Zdecydował ślepy los, który Rajmundowi po prostu nie dał szans na jakąkolwiek karierę. 1 maja 1945 r., na stadionie bydgoskiej Polonii, był on jednym z wielu, maszerujących podczas manifestacji harcerzy. Okrutnym zrządzeniem losu, w pobliżu znalazł się pijany czerwonoarmista, który strzelając na wiwat, trafił właśnie Pałubickiego, a także Henryka Józefowicza. Obaj chłopcy zmarli, a ówczesna prasa rozpisywała się potem o „skrytobójczych strzałach” i „jednostkach wrogich społeczeństwu”, mając na myśli oczywiście żołnierzy Armii Krajowej. Prawda wyszła na jaw dopiero lata później. Wspomnieniem po tych wydarzeniach jest tablica, umieszczona na płocie stadionu (od strony ul. Sportowej).

Jakże tragicznym chichotem losu jest to, że dokładnie tego samego dnia, tj. 1 maja, stanowisko referendarza w Wydziale Kultury i Sztuki Pomorskiego Urzędu Wojewódzkiego, objął starszy brat Rajmunda, Konrad (urodzony w 1910 r., mieszkający w Bydgoszczy od 1918 r.). Jako że był wykształconym muzykiem i kompozytorem, potem szybko awansował i został kierownikiem oddziału, a także zaczął uczyć w Miejskim Konserwatorium Muzycznym, a następnie w Liceum Muzycznym.
Zasłużył się także tym, że współtworzył Orkiestrę Radiową i Pomorską Orkiestrę Symfoniczną oraz działalnością w Bydgoskim Towarzystwie Muzycznym czy w Komitecie Obchodów 600-lecia nadania praw miejskich Bydgoszczy. I to właśnie te obchody przyniosły mu największą sławę, a być może należałoby nawet napisać: nieśmiertelność.

Wówczas ogłoszono bowiem konkurs na nowy hejnał miejski. Pałubicki zgłosił się i wygrał rywalizację z niemal 30 innymi kompozytorami. Do dziś, melodia jego autorstwa, powstała na podstawie motywów kaszubskich, grana jest z wieży kościoła klarysek 3 razy dziennie: o 12:00, 15:00 i 18:00 (choć był czas, że grano ją 4 razy). Obecnie jest to oczywiście odtworzenie, czyli dźwięk „z puszki”, jednak do 1993 r. zatrudniany był w tym celu hejnalista – ostatnim (i tym, który nagrał obecną wersję hejnału), był Henryk Drążek.
Sam Pałubicki, jako osobowość świata muzyki, został w latach 50. zatrudniony w Państwowej Szkole Muzycznej w Sopocie, a następnie Akademii Muzycznej im. Stanisława Moniuszki w Gdańsku, gdzie przez lata pełnił ważne funkcje. Wciąż jednak związany był z Bydgoszczą, m.in. z Bydgoskim Towarzystwem Naukowym. Kiedy zmarł w 1992 r. w Trójmieście, jego ciało sprowadzono do miasta i pochowano właśnie tutaj, na Cmentarzu Nowofarnym.
Adam Grzymała Siedlecki (1876-1967)
Vis-à-vis Pałubickich, spoczywa jedna z moich ulubionych postaci, związanych z Bydgoszczą. Prawdziwy człowiek renesansu, czyli Adam Grzymała-Siedlecki. Ten gość wymyka się jednoznacznej klasyfikacji, dlatego należy wymienić przynajmniej kilka z jego licznych funkcji. A więc: krytyk literacki i teatralny, pisarz, tłumacz, prozaik, reżyser, działacz społeczny, pisarz i archiwista. Trochę tego było.
Najciekawsze jest to, że Grzymała trafił do Bydgoszczy w 1922 r., jako 46-latek. Pochodził spod Krakowa, z którym związany był później także zawodowo (choć w jego życiu pojawiała się także stolica). Dobrze rozwijał karierę, zostają m.in. dyrektorem Teatru im. Juliusza Słowackiego w Grodzie Kraka. Do Bydgoszczy trafił bodaj dlatego, że widział tutaj dogodne warunki do rozwoju – miasto wracało po latach w granice Rzeczypospolitej, to i miejsce dla ludzi kultury się znalazło! Sam mówił później, że argumentem było także to, iż niegdyś mieszkali tutaj jego przodkowie. „Pociąga mnie ziemia na której siedzieli i pracowali przodkowie moi. Nie bez znaczenia jest waga polityczna i strategiczna regionu. I najważniejsze – dostrzegam tutaj dogodne warunki dla spokoju, niezbędnego w pracy literackiej”.

Jeszcze przed przeprowadzką, w 1917 r., mieszkając w Krakowie, przez zrządzenie losu, Grzymała-Siedlecki wszedł w posiadanie ksiąg sygnowanych przez… Włodzimierza Lenina! Zbiór (8 książek i 4 czasopisma) z niemal pół tysiącem odręcznych uwag Lenina, nabył od sprzedawcy w jednym z krakowskich sklepików. Ten owijał wyrwanymi z nich stronicami artykuły spożywcze, absolutnie nie mając pojęcia z czym ma do czynienia. Szybko okazało się, że to „Stenograficzne sprawozdania Dumy Państwowej rosji”. Po osiedleniu się nad Brdą, Grzymała-Siedlecki, przekazał te artefakty Bibliotece Miejskiej i jej dyrektorowi Witoldowi Bełzie, który ponoć przetrzymywał je w ogniotrwałej szafie. Niestety, po II wojnie światowej, nowa władza oddała je w „bratnie”, radzieckie ręce.
Grzymała, jako patriota, włączył się w Bydgoszczy w program „Pokazywania Pomorzu Polski i Polsce Pomorza”, zachęcając do odwiedzin w tej części kraju. Poza tym, należał do Komitetu Budowy Pomnika Henryka Sienkiewicza w Bydgoszczy, któremu liderował dyrektor Miejskiej Biblioteki, dr Witold Bełza. Zaowocowało to wybudowaniem pierwszego na polskich ziemiach pomnika wielkiego pisarza, który powstał na skraju Parku Jana Kochanowskiego. O tym jednak niżej.

Pisał felietony dla: „Rzeczpospolitej”, „Kuriera Poznańskiego” czy „Głosu Narodu”. Napisał też książkę – na podstawie własnych korespondencji z wojny polsko-bolszewickiej – pn. „Cud Wisły”. Z kolei na deskach bydgoskiego teatru wystawiano sztuki jego autorstwa. Były to m.in.: „Spadkobierca”, „Podatek majątkowy”, „Pani ministrowa” oraz „Ich synowa”.
Z miasta wyjechał w 1934 r., ale wrócił do niego po II wojnie światowej. Po ciężkich doświadczeniach (utrata żony, przetrzymywanie w areszcie na Pawiaku), zaskakująco szybko doszedł do siebie. Znów zaczął publikować, został także kierownikiem Oddziału Literatury i Teatru w Wydziale Kultury i Sztuki Pomorskiego Urzędu Wojewódzkiego. Zamieszkał przy ul. Libelta, gdzie dziś znajduje się jego Izba Pamięci, ale tablicę pamiątkową poświęconą jego osobie znajdziecie także przy ul. Płockiej (tam mieszkał w 20-leciu międzywojennym). Co ciekawe, patron dzisiejszej ulicy na osiedlu Wyżyny, zmarł w 1967 r., dokładnie w swoje 91 urodziny.
Witold Bełza (1886-1955)
Smutne jest to, że aby odnaleźć jednego z najwybitniejszych bydgoszczan XX w. (piszę to z pełnym przekonaniem), musimy nieco oddalić się od alei zasłużonych. Idziemy między szeregiem grobów, aby dotrzeć do nagrobka wieloletniego (w latach: 1920-1939 oraz 1945-1952) dyrektora Miejskiej Biblioteki, czyli Witolda Bełzy. Czy fakt, że został pochowany tutaj, jest wynikiem decyzji politycznej, nie wiem, ale to bardzo możliwe. Po II wojnie światowej, został on bowiem uznany za wrogiego nowemu systemowi i usunięty ze stanowiska.
Otrzymał za to „bajeczną” propozycję pracy jako pomoc naukowa w czytelni. Przy okazji wyrzucono go z mieszkania przy ul. Adama Asnyka. Właśnie wtedy, czyli u schyłku życia, przeniósł się na ul. Gdańską, gdzie dziś znajduje się tablica pamiątkowa. Niestety, niedługo później, bo w 1955 r., zmarł. A wówczas w bydgoskiej prasie nie pojawił się nekrolog. Ani jeden nekrolog.

Brak patronatu nad ulicą w Bydgoszczy, to już z kolei nieco inna historia. Dawna ulica Bełzka (niezła zamiana, przyznacie), odnosząca się do miejscowości Bełz (dzisiaj to Ukraina, kiedyś stolica województwa bełzkiego i miasto które odłączono od Polski dopiero w 1952 r.), nosi od lat 30. XX w. imię Władysława Bełzy. To stryj naszego Witolda, przez lata związany ze Lwowem i tamtejszym Ossolineum, a także twórca wiersza, który zna prawie każdy Polak, tj. „Katechizm polskiego dziecka” („Kto Ty jesteś? Polak mały”). Trochę szkoda, bo mimo wielkich zasług Władysława, dla nas – bydgoszczan – to jednak Witold jest ważniejszy. Bo nasz! Na szczęście, dyrektor został upamiętniony jako patron Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej, choć stało się to dopiero w 2002 r.
Wyżej określiłem Bełzę mianem „nasz”, ale jednak przyznać należy, że był to człowiek „z importu”. Urodził się bowiem w Warszawie, a uczył w Chyrowie (dziś to Ukraina), studiował we Lwowie, a do Bydgoszczy trafił po 1920 r., na fali repolonizacji miasta. Od razu otrzymał nominację dyrektorską i rozpoczął żmudny proces przekształcania placówki w polską instytucję kulturalną. Dziś często się o tym zapomina, ale za jego czasów do biblioteki spłynął naprawdę szeroki strumień polskojęzycznych publikacji (przy czym wcześniej była to ledwie kropla w morzu książek niemieckich), a także polska kadra. Biblioteka naprawdę zaczęła rosnąć w siłę.

To właśnie wówczas, do bydgoskiej książnicy trafiło wiele bezcennych eksponatów. Mowa tutaj np. o listach i autografach królewskich (z „autografami” m.in.: Władysława Łokietka, Jana III Sobieskiego), a także teatraliach sprezentowanych przez Adama Grzymałę-Siedleckiego. Ponadto, udało się sprowadzić rękopisy takich twórców jak np.: Jan Kasprowicz, Maria Konopnicka, Henryk Sienkiewicz, czy Stanisław Wyspiański. Były także księgi sygnowane przez Lenina, o których wspominałem wyżej.
To oczywiście nie wszystko, bo Bełza był także pomysłodawcą odsłonięcia pierwszego na polskich ziemiach, pomnika Henryka Sienkiewicza! Ten stanął w 1927 r. w parku Jana Kochanowskiego, ale zanim do tego doszło, powołany został cały komitet, który przez kilka lat (od 1924 r.) zbierał na ten cel środki, prowadził działania dyplomatyczne, próbując nakłonić do wsparcia władzę. Pozostałością po działalności tej grupy, jest piękna tablica (autorstwa Jakuba Joba), wisząca w holu gmachu głównego Biblioteki. Dziś w miejscu dawnego monumentu stoi jego nowa wersja (oryginał poległ w „walce” z okupantami) z lat 60. XX w.
Kolejną – taką, którą umieścić należy na szczycie listy – zasługą dr Bełzy, jest odkrycie dla bydgoszczan, zbiorów bernardynów. Klasztor bernardynów istniał w Bydgoszczy od przełomu XV i XVI w., a dziś jedyną pozostałością po nim jest kościół garnizonowy oraz nazwa ronda bernardyńskiego. Ale są także księgi – konkretnie zaś ponad 1 300 ksiąg, które z klasztornej biblioteki (oczywiście bardzo okrężną drogą), trafiły właśnie do gmachu Biblioteki. Dyrektor Bełza wpadł zaś na pomysł przygotowania „Bibliotheca Bernardina”, czyli miejsca, w którym są (po dziś dzień zresztą) przechowywane.
Jan Maciaszek (1876-1932)
W ostatnim, tj. usytułowanym najbliżej kościoła św. Krzyża, grobowcu rodzinnym, spoczywa pierwszy po powrocie Bydgoszczy w granice Rzeczypospolitej, prezydent miasta. Jan Maciaszek, bo o nim mowa, to człowiek, który urodził się w Lesznie i pobierał edukację w Berlinie, aby następnie zostać szefem wydziału bezpieczeństwa Rady Ludowej w Poznaniu. Nic zresztą dziwnego – był wszak zasłużonym powstańcem wielkopolskim. Rada ta, wyznaczyła go więc, jako zaufanego człowieka, na prezydenta Bydgoszczy.
Maciaszek przyjął stanowisko, odbierając 19 stycznia 1920 r. klucze do miasta, od ostatniego burmistrza niemieckiego, Hugo Wolffa. No i zaczęło się świętowanie – Bydgoszcz, po 148 latach, wreszcie była polska! Rychło okazało się jednak, że kolorowo nie jest, i raczej prędko nie będzie, bo kształtujący się dopiero organizm państwowy, zmagał się z wieloma problemami natury gospodarczej i społecznej.

Wielu bydgoszczanom nie w smak było to, że w mieście wciąż jest duża grupa Niemców. Paradoksem było jednak to, że często byli to przedsiębiorcy, poważni pracodawcy, toteż trudno było mówić o ich całkowitym wydaleniu z miasta. Dochodziło więc do aktów przemocy i wandalizmu względem niemieckich instytucji (m.in. redakcja „Volkszeitung” przy ul. Pomorskiej oraz wydawnictwo „Deutsche Rundschau” przy ul. Dworcowej). Sprawy zaczęły przybierać niebezpieczny obrót.
Sam Maciaszek został nawet oskarżony o zdradę, kolaborację z Niemcami, co – jako że mówimy o Powstańcu Wielkopolskim – zakrawało na sporych rozmiarów absurd. Rozpoczęły się manifestacje, a w trakcie jednej z nich, w czerwcu 1921 r., rozwścieczony tłum… wyciągnął prezydenta z ratusza. Raczej siłą, niż dyplomacją.
Co planowano tym osiągnąć, pozostanie tajemnicą, ale zdaje się, że motłoch planował „osadzić” Maciaszka w areszcie. Niemniej, daleko z prezydentem nie doszli, bo na ul. Jana Kazimierza, zostali zaatakowani przez ułanów, którzy ranili wielu z nich, a jednego nawet zabili. Prezydent został oswobodzony, ale to było dla niego zbyt wiele. Jeszcze tego wieczoru ustąpił z urzędu. Obowiązki prezydenta przejął wówczas Tadeusz Chmielarski. Pełnoprawnego gospodarza miasta, czyli Bernarda Śliwińskiego (co swoją drogą okazało się trafną decyzją), wybrano zaś dopiero w maju następnego roku.

Maciaszek, po opisanej kompromitacji, wykazał się jednak prawdziwie żelaznym charakterem. Nie umknął z miasta, a został, mierząc się z krytyką. Otworzył prywatną kancelarię adwokacką przy ul. Gdańskiej, która z czasem zaczęła cieszyć się mianem bardzo jakościowej. Paradoks dziejów jest zaś taki, że w 1932 r., kiedy zmarł, postrzeganie jego osoby było już zupełnie inne, niż w 1921 r. W nekrologach, publikowanych w bydgoskiej prasie, pojawiały się wyłącznie pochwalne wzmianki.
Dziś ul. Jana Maciaszka to jeden z najważniejszych traktów bydgoskiego Miedzynia. Ponadto, sala sesyjnej miejskiego ratusza otrzymała patronat dawnego prezydenta, a od 2004 r. znajduje się w niej spiżowa tablica, poświęcona właśnie Maciaszkowi. Na zaprojektowanej przez Urszulę Walerzak tablicy zamieszczono cytat: „Był to mąż prawy, nieugięty, charakter nieskazitelny”.
Jan Biziel (1858-1934)
Co ciekawe, kiedy Maciaszek rezygnował z piastowania funkcji prezydenta, tę zaproponowano… lekarzowi! Nie byle jakiemu jednak, bo samemu Janowi Bizielowi, człowiekowi zasłużonemu miastu tak bardzo, że nikogo ta propozycja nie dziwiła. Wszak to on, jako prezes Polskiej Rady Ludowej, witał 20 stycznia 1920 r., polskie wojsko, które wjeżdżało triumfalnie na Stary Rynek. Później był Biziel także członkiem Tymczasowej Rady Miejskiej.
Zresztą, Biziel nie bał się okazywać swoich patriotycznych postaw i w trakcie zaborów. Towarzystwo Przemysłowe, Towarzystwo Rzemieślników, Towarzystwo Robotników Polsko-Katolickich – to tylko niektóre organizacje, w których się udzielał. Warto także dodać, że to z jego inicjatywy w 1911 r. powstała Księgarnia Bydgoska, a w 1917 r. wchodził on w skład komitetu obchodów setnej rocznicy śmierci Tadeusza Kościuszki.

Przede wszystkim jednak, nasz bohater był lekarzem. A fachu uczył się w Lipsku, zaś praktyki pobierał u prawdziwego mistrza, czyli Ludwika Rydygiera, w Chełmnie. W 20-leciu międzywojennym został zaś naczelnikiem miejskiej lecznicy (znajdującej się wówczas jeszcze w budynku dawnego klasztoru klarysek, przy ul. Gdańskiej, dziś siedzibie Muzeum Okręgowego). Następnie, w drugiej połowie lat 20. XX w., otworzył prywatny gabinet lekarski.
W mieście znany był ze swojej działalności dobroczynnej – za darmo leczył potrzebujących, w czasie Powstania Wielkopolskiego opiekował się żołnierzami, często zaś ratował ich od wcielenia do pruskiej armii, ułatwiał przedostanie się na front, aby wesprzeć walczących rodaków (wystawiał m.in. fałszywe dokumenty, wypisywał ze szpitala). Potwierdzają to słowa prezydenta Leona Barciszewskiego, który podczas pogrzebu Biziela w 1934 r., powiedział, iż ten: „niczym nie gardził więcej jak blichtrem zewnętrznym, od niczego więcej nie stronił i uciekał jak od rozgłosu i popularności. Cicho i niepostrzeżenie sunął ulicami miasta Bydgoszczy, niosąc dniem i nocą wszystkim, którzy go wzywali, pomoc fizyczną i ukojenie duchowe”. Lekarz zmarł po udarze mózgu.

Dziś wszyscy znamy Szpital Uniwersytecki nr 2 im. Jana Biziela oraz ulicę, którym doktor patronuje. Mniej znany jest za to fakt, iż Biziel był drugim w II Rzeczypospolitej, po wspomnianym wyżej Władysławie Piórku, bydgoszczaninem z tytułem Honorowego Obywatela Miasta – przyznanym w 1930 r. Tablicę poświęconą jego pamięci, znaleźć można na kamienicy przy ul. Cieszkowskiego 20, gdzie lekarz przez lata mieszkał.
Grób Jana Biziela i jego żony Marii (z domu Badelt), znajdziecie na początku jednej z bocznych alei, odchodzących od głównej „ulicy” cmentarza.
Józef Święcicki (1859-1913)
Nieco za aleją zasłużonych, po lewej stronie (spoglądając od strony wejścia głównego na cmentarz), znajduje się grób rodzinny familii: Figiel oraz Gontarz. Przechodząc tędy, łatwo przeoczyć niewielką, umieszczoną na ziemi tabliczkę. Jeśli jednak już nam się to uda, wytężając wzrok przeczytamy: „Tu spoczywa bydgoski budowniczy, Józef Święcicki”. Tak, ten Święcicki.
No właśnie – zastanawialiście się kiedyś, gdzie znajduje się grób jednego z najwybitniejszych (lub – jak twierdzi wielu – najwybitniejszego) bydgoskich architektów? Ja tak, ale przez lata go nie widziałem, spotykając się tylko z lakoniczną informacją, iż Święcicki spoczywa na Cmentarzu Nowofarnym. Jakieś zdjęcia? Kompletnie brak!

Okazało się, że wynikało to z faktu, iż przez wiele lat po prostu nie wiedziano, gdzie dokładnie grób architekta się znajdował. Dziś wydaje się to nieprawdopodobne, ale przez lata, Święcicki był po prostu zapomniany. Dlaczego? Wydaje mi się, że z uwagi na fakt, iż po prostu kojarzony był z okresem zaboru pruskiego – wszak to wówczas żył, więc logiczne, że musiał współpracować z tamtejszą władzą. A socjalistyczna władza, raczej nie lubiła takich person. Niemniej skala zapomnienia, zamiecenia pod dywan dokonań architekta, wręcz poraża.
Jeżeli kogoś dziwi moje (nomen omen) zdziwienie, niech spojrzy sobie na listę dokonań Święcickiego. Liczba projektów, które wdrożył (głównie w Bydgoszczy, ale nie tylko), obejmuje kilkaset (min. 200) budynków. Bydgoskie śródmieście (m.in. ulice: Gdańska, Cieszkowskiego, Dworcowa, Pomorska, Śniadeckich), obfituje w kamienice, które wyszły spod jego ręki. Wiele budynków to konstrukcje niemalże kultowe, jak choćby: kamienica z wieżyczką przy Placu Wolności, budynek Hotelu Pod Orłem czy zaprojektowany, a następnie zamieszkiwany przez niego, budynek ul. Gdańskiej 63, na którego fasadzie dostrzec można jeszcze insygnia architekta: cyrkiel i ekierkę.
To, że Święcicki powrócił z mroków zapomnienia jest zasługą dwóch pań. Pierwsza z nich to Bogna Derkowska-Kostkowska, która badała dzieje architekta od 2001 r., a w 2016 r. wydała poświęconą mu książkę. Z kolei fakt odnalezienia grobu Święcickiego to zasługa p. Ewy Arkuszewskiej oraz grupy młodzieży z MDK nr 3 przy ul. Stawowej. Po przeczesaniu opasłych archiwów udało się im zlokalizować grób, ale okazało się, że leżące tam osoby nie są nawet ze Święcickim spokrewnione.

Prawdę mówiąc nie wiem na pewno (ale podejrzewam), że kości architekta już nawet w grobie nie ma. Kiedy likwidowano grób, starym „chrześcijańskim” zwyczajem najpewniej się ich pozbyto. Kiedy do tego doszło? Również trudno powiedzieć.
Niemniej, pamiątkowa tablica – ustawiona zresztą przez dwie zasłużone odkrywczynie (tj. panie: Arkuszewską i Derkowską-Kostkowską), stanęła tutaj dopiero w 2006 r. Niesamowite, biorą pod uwagę fakt, jak bardzo doceniany jest obecnie Święcicki. Ulicy jego patronatu co prawda wciąż nie ma (właśnie z powodu „wymazania” architekta z historii miasta), był jednak rok jego imienia. A przy ul. Cieszkowskiego, naprzeciwko dawnego mieszkania, od kilku lat podziwiać możemy mural, przedstawiający tę wielką postać.
Skalę talentu i osobowości Święcickiego podkreśla także to, że poza zawodem architekta, robił wiele innych rzeczy. Po pierwsze, prowadził działalność charytatywną, finansując ochronki, lecznice czy kościoły. Mało tego, był osobą niezwykle twórczą – napisał dwie sztuki teatralne, a także wydał… przewodnik turystyczny po Bydgoszczy! Tak jest, można powiedzieć, że zajmował się więc także promocją turystyczną miasta, zanim to było modne.
I w jego przypadku, mieliśmy do czynienia z okrutnym chichotem losu. W 1913 r., mając 54 lata, wyruszył do Berlina. Tam, przy wchodzeniu do metra, potknął się tak nieszczęśliwie, że uderzył głową w jakiś twardy element. Uraz okazał się tak poważny, że Święcicki zmarł w pokoju hotelowym.
Tutaj kończymy drugi epizod materiału, poświęconego Cmentarzowi Nowofarnemu. Już niebawem trzecia i ostatnia część, w której nieco zboczymy z głównej alei nekropolii i odwiedzimy nagrobki innych – często niemniej zasłużonych dla miasta – person. Zapraszam już teraz!
Piotr Weckwerth
