MŁYNY KENTZERA (HOTEL SŁONECZNY MŁYN) – BYDGOSZCZ PRZEZ DZIURKĘ OD KLUCZA

______________  

Doskonałe świadectwo przemysłowej historii Bydgoszczy oraz jej związków z wodą. Jednocześnie świetny przykład udanego procesu rewitalizacji, przystosowania zrujnowanych, nieużywanych budynków, do pełnienia nowej funkcji. Połączenie historii z nowoczesnością, a wszystko to w promieniach… słońca! Wszak mowa o dawnych Młynach Kentzera, dzisiaj znanych raczej jako hotel Słoneczny Młyn.

______________  

Zanim przejdziemy do właściwej części artykułu, przypominam (a tych, którzy trafili tutaj po raz pierwszy, informuję), że niniejszy materiał jest częścią większego, zapoczątkowanego jeszcze w 2021 r., cyklu. Dotychczas powstałe teksty, przeczytać możecie TUTAJ: Bydgoszcz przez dziurkę od klucza.

W kolejnych miesiącach i latach planujemy kontynuować cykl i odkrywać tajemnice ważnych, lecz nie w pełni dostępnych dla osób z zewnątrz, bydgoskich obiektów.

Dawno, dawno temu, w przemysłowej Bydgoszczy

Kierując się ulicą Jagiellońską w stronę Centrum, lub przeciwnie, na Bartodzieje bądź do Fordonu, tysiące osób, codziennie mija wielką, reprezentacyjną bryłę hotelu „Słoneczny Młyn”. Reprezentacyjną dziś i reprezentacyjną lat temu 150 z okładem, jednak jeszcze 30 lat temu bardzo zaniedbaną i raczej swym widokiem odstraszającą. Wszystko to wskazuje, jak bardzo była (i jest) ciekawa historia tego obiektu.

Podczas takiej obserwacji, niemal każdy dostrzeże, że budynek (czy też raczej zespół obiektów, ale o tym później), ma rodowód przemysłowy. Wskazuje na to kształt, materiał z którego powstał oraz położenie tuż przy rzece. „Magazyn, jakaś fabryka?” – rzuciłoby pewnie kilka zapytanych o to osób. I byliby blisko, bo przez lata, z powodzeniem działał tutaj sporej wielkości młyn.

Budynek, w niemal zupełnie innym kształcie, powstał w drugiej połowie XIX wieku. Źródła wskazują na 1862 roku, choć nie jest wykluczone, iż stało się to nieco wcześniej. Powstał, wpisując się w erę przemysłowego boomu Bydgoszczy, który miał miejsce u schyłku zaboru pruskiego. Wszak to właśnie wtedy powstały także Młyny Królewskie czyli Rothera, i to wtedy uruchomiono całą masę tartaków, fabryk maszyn i temu podobnych. Praca szła więc pełną parą (często dosłownie)!

Dzisiejszy Słoneczny Młyn pamięta czasy bydgoskiego przemysłowego boomu

Co istotne, szczególnie silnej industrializacji poddawano przedmieścia. Dzisiejszy Siernieczek i Bydgoszcz-Wschód (czyli dawne Kapuściska Dolne i Małe) były zdominowane przez tartaki. Na Szreterach, przez Niemców zwanych Schrottersdorf, postanowiono wybudować właśnie duży młyn. Warto dodać, że wówczas była to osobna miejscowość, włączona w granice miasta dopiero w 1920 roku, kiedy Bydgoszcz zdecydowanie rozszerzyła swoje granice. Wtedy na Szretery poczęto mówić Skrzetusko. I choć nazwa ta zachowała się w pamięci bydgoszczan, jest uwzględniana w różnego rodzaju publikacjach czy na mapach, oficjalnie zniknęła z podziału administracyjnego miasta.

Większość dawnego (a obecnego w naszych sercach i świadomości) Skrzetuska, na podstawie uchwały rady miasta  Nr XXXVII/1116/2001 z dnia 18 kwietnia 2001 r. wchłonęły Bielawy. Jednak co ciekawe, fragmencik w południowo-wschodniej części historycznego Skrzetuska, a więc właśnie teren obecnego Słonecznego Młyna, włączono w skład… Bartodziejów! Wiem, wiem, zaskakujące, a nawet trochę dziwne, jednak granice poprowadzono przedłużeniem ulicy Jana Pestalozziego, w kierunku Brdy.

„Polecam także nasz Instagram,
na którym pokazujemy kulisy tworzenia blogowych materiałów!”

Młyn Wolfena, Baerwaldów czy Kentzera?

Zadziwiające, jak upływ czasu wpływa na postrzeganie poszczególnych obiektów w przestrzeni miasta. A także na to, jak je nazywamy. Dziś, na obiekt przy ulicy Jagiellońskiej, większość bydgoszczan mówi po prostu „Słoneczny Młyn”, chociaż wielu starszych mieszkańców miasta używa jeszcze nazwy Młyny Kentzera lub Młyn na Szreterach (ewantualnie na Skrzetusku). Jednak, co ciekawe, biorąc pod uwagę przynależność budynku do poszczególnych przedsiębiorców, bardziej wskazana byłaby inna nazwa.

W momencie powstania, czyli w okolicach wspomnianego 1860 roku, właścicielami młyna byli Luis Wolfen i Maner Flieẞ, którzy znani byli głównie z produkcji papieru i papy. Pierwotna nazwa przyjęła więc dość zawiły kształt, czyli: Fabryka Papieru i Papy, Młyn Parowy w Szreterach Firma Wolfen&Flieẞ. I choć młyn nie był zbyt duży i z pewnością nie mógł konkurować z większymi odpowiednikami, radził sobie przynajmniej na tle nieźle, że pierwszym właścicielom udało się go sprzedać z zyskiem.

I to właśnie drugi właściciel – L. Berwald – dał kompleksowi prawdziwego kopa. Jegomość ten, zakupił obiekty w w 1892 roku. Wówczas to młyn został całkowicie zautomatyzowany. Po kilku latach, kompleksem zaczęli zarządzać bracia Willi i Moritz Bearwald, którzy przejęli stery firmy Baerwald&Co. Szybko postanowili wprowadzić prawdziwą rewolucje. Dodajemy udaną, bo wydajność wzrosła w 1907 roku do 30 ton pszenicy lub żyta na dobę! Wówczas w kompleksie pracowało ok. 40 pracowników, w tym: kierownik, mistrz jakości, czeladnicy, palacze oraz ponad 20 robotników. Wszystko zaczęło więc iść w dobrą stronę.

Pod zarządem braci w kierunku Brdy rozbudowano wybudowany jeszcze w latach 60. XIX w. spichlerz, ustawiono rampę rozładunkową, a także ułożono szyny kolejki wąskotorowej, której wagoniki ułatwiały rozładunek barek przy nabrzeżu. Powstała nowa kotłownia, wymieniono niemal cały sprzęt. W 1916 roku zbudowano zaś  jeszcze kolejny budynek magazynu zbożowego.

Przedsiębiorstwo więc stale się rozwijało, jednakże poprzez liczne przebudowy, utracono pierwotny wygląd kompleksu, a co za tym idzie, zniszczono ich oryginalny, zabytkowych charakter. Oczywiście, wówczas nikt się tym nie przejmował, bo liczyła się wydajność i potencjał ekonomiczny, jednak dziś możemy żałować.

Momentem przełomowy, szczególnie z punktu widzenia późniejszego przywiązania do nazwy, był 1938 rok. Wówczas, młyn zakupił Bronisław Kentzer – pochodzący spod Tucholi przedsiębiorca, mieszkający wtedy w Bydgoszczy przy ulicy Gdańskiej. Kentzer jeszcze bardziej podniósł wydajność młyna, mieląc każdego dnia ok. 50 ton zboża. Tym samym pokazał, że w grodzie nad Brdą, nie tylko Niemiec może być wziętym przedsiębiorcą. Szkoda, że panu Bronisławowi nigdy nie było dane w pełni rozwinąć skrzydeł.

Wspieraj “TURYSTYKĘ BEZ FILTRÓW” NA PATRONITE!
Zbieramy na kolejny film o Bydgoszczy🎥
https://patronite.pl/turystykabezfiltrow

Prosta droga ku upadkowi

Wszyscy wiemy, że jesienią 1939 roku rozpoczęło się wojenne piekło. Bronisław Kentzer, jako osoba kojarzona z bydgoską elitą, a także były powstaniec wielkopolski, został szybko złapany przez okupacyjne władze. 16 listopada 1939 roku, bestialsko zamordowano go prawdopodobnie w Dolinie Śmierci w Fordonie. Prawdopodobnie, bo ciała – podobnie jak wielu innych mieszkańców naszego miasta – nigdy nie odnaleziono. Jego nazwisko znajduje się jednak na pamiątkowej ścianie monumentu, wznoszącego się przy wejściu do tej skropionej krwią Polaków, dolinki.

Wraz z odejściem Kentzera, zaczął się najgorszy okres w historii przemysłowego kompleksu. W okresie okupacji, znajdował się on pod zarządem Niemców: Ericha Schemkego, a następnie Gustawa Hermela. Po wojnie zaś wcale nie było lepiej, bo zgodnie z socjalistycznym zwyczajem, obiekt upaństwowiono. Stał się więc wspólny, czyli tak naprawdę niczyj. W 1948 roku został oficjalnie przejęty przez Przedsiębiorstwo Przemysłu Zbożowo-Młynarskiego.

Co ciekawe, młyn próbował odzyskać brat Bronisława, Jan Kentzer, który przeżył wojnę. Potem próbowali także jego potomkowie, jednak sprawa, ze względu na liczne machinacje systemu, była z góry przegrana. Kompleks zaś, dzięki licznym modernizacjom, pełnił swoją funkcję do końca lat 90. XX wieku, w końcowej fazie „życia” mieląc nawet do 100 tysięcy ton zboża dziennie.

A potem? Potem, niezbyt godnym naśladowania wzorem wielu innych zabytkowych obiektów w mieście, zaczął najzwyczajniej w świecie… niszczeć. Wielu bydgoszczan pamięta jeszcze z pewnością nędzny widok ceglanego giganta, który robił szczególnie paskudne wrażenie od strony Brdy. Niezbyt dobra wizytówka miasta, witająca wszystkich podróżnych, wjeżdżających do centrum od strony Fordonu.

Państwo, w rękach którego wciąż znajdował się kompleks, próbowało pozbyć się tego nadgnitego jajka na różne sposoby. Niestety, przez dłuższy czas to się nie udawało. I kiedy wydawało się, że kolejny bydgoski zabytek, zwyczajnie się zawali, nastał rok 2006. Wtedy nadeszło wybawienie!

Zza chmur wychodzi… Słoneczny Młyn

Właśnie wtedy, niszczejące obiekty zakupiła Barbara Komorowska, osoba majętna i z wizją. Zresztą, wszyscy na pewno znacie przedsiębiorstwo, założone przez panią Barbarę w 1989 roku, czyli producenta jogurtów „Bakoma”. Teraz już wiecie, skąd kapitał na tak wielką, jak Słoneczny Młyn, inwestycję!

Prace budowlane ruszyły w 2007 roku i niestety rozpoczęły się od  wyburzenia najstarszej części kompleksu, czyli zabytkowego spichlerza z pruskiego muru. Nie były to jednak widzimisię inwestora, a fakt lat zaniedbań, które doprowadziły tę leciwą konstrukcję do fatalnego wręcz stanu.

Co ciekawe, dobrze pamiętam, jak po tej pierwsze fazie robót, inwestycja stanęła na dobrych kilka miesięcy. Wówczas w mieście mówiono, że być może jednak nie uda się jej dokończyć, że może zabrakło funduszy, albo pomysłodawca się rozmyślił. Wszak wielokrotnie widzieliśmy już podobne sytuacje, toteż nasza nadzieja nie raz została wystawiona na próbę. Tutaj, na szczęście, było inaczej.

Prace wznowiono w końcówce 2007 roku i od teraz wszystko szło już jak należy. Gruntownej modernizacji i restauracji poddano więc dwa, pochodzące z 1916 roku, budynki, stojące równolegle do Brdy i ulicy Jagiellońskiej. Podobne działania podjęto w kontekście dużo młodszego, stojącego bliżej Fordońskiej, któremu nadano charakteru bardziej historycznego, spójnego ze starszymi sąsiadami. Dzięki temu, po dziś dzień, w bryle budynku dostrzeżecie charakterystyczne, dwie wieżyczki. Zachował się także wysoki komin kotłowni.

Obecnie, gmach główny to de facto trzy osobne niegdyś budynki. Dwa najstarsze połączono nowoczesnym, ale stylizowanym fragmentem budowli. To właśnie tam znajdował się zabytkowy spichlerz szachulcowy. W trakcie prac budowlanych, przestrzeń ta ziała pustką, co dostrzec można jeszcze na archiwalnych zdjęciach. Jako że dwa sąsiednie budynki miały różną wysokość poziomów, w środku dostrzeżecie jeszcze (jeżeli dobrze się przyjrzycie) pochylnie, dzięki którym różnica ta (niewielka, ale jednak) została zniwelowana. Przyznanie, że to ciekawe rozwiązanie!

Hotel uruchomiono w 2008 roku, ale całość prac zakończono w 2009 roku. I trzeba przyznać, że wykonano tutaj kawał dobrej roboty. Nie dość, że niszczejące kiedyś obiekty, dziś cieszą oczy, to jeszcze uporządkowano cały okoliczny teren. Można więc rzec, że Młyny Kentzera dostały nowe, lepsze życie.

„Słoneczny Młyn” zaprasza

Dziś „Słoneczny” to 4-gwiazdkowy hotel, jeden z 7 tego typu w Bydgoszczy (pamiętajmy przy tym, że jedyny 5-gwiazdkowiec to „Bohema”, przy ul. Konarskiego). W środku „kryje” się 96 pokoi (w sumie mogących pomieścić ok. 190 osób), w tym typu: single, duble, twin, junior suite, family (apartamenty) oraz deluxe. Co ciekawe, jeden, 2-piętrowy apartament znajduje się także w wieży, od strony ulicy Jagiellońskiej. Jeżeli jako dziecko mieliście marzenie o zamieszkaniu w wieży, teraz możecie je, w pewnym sensie, spełnić!

Widok z pokoi hotelowych to zresztą bardzo mocna strona hotelu. Wiadomo, że  z jednej strony króluje ulica Jagiellońska, co niektórym może się nie spodobać. Jednakże, dostrzec można tutaj kilka ciekawych miejsc. W oczy rzucają się choćby zabudowania „Pasamona”, „Osiedle Paryskie”, a także biurowiec „Asseco” i „Aura Towers”. Dalej, przy al. Kardynała Wyszyńskiego wznoszą się ku niebu wieżowce zachodniej części Bartodziejów. Dla miłośników miasta ciekawy, pozwalający spojrzeć na tę część Bydgoszczy z nieco innej perspektywy, widok.   

Druga strona to  piękny, zielono-niebieski obrazek.  Widzimy więc błękitną wstęgę Brdy, a także znajdującą się po drugiej stronie, dziką (dosłownie, bo przecież sporo tam bagienek, wysokich zarośli i średnio przystosowanych do ruchu pieszych ścieżek) przestrzeń Parku Centralnego na Babiej Wsi. Po powstaniu kąpieliska – oczywiście o ile inwestycja doczeka się realizacji – ta sielanka może się skończyć. Jednak czas pokaże, czy zagości tutaj rekreacja.  Podnosząc głowę wyżej, dostrzeżemy wysoką skarpę Zbocza Bydgoskiego, a na niej wieżowce Wzgórza Wolności, Wyżyn i Kapuścisk.

Bardzo przyjemny jest taras, położony między budynkiem hotelem a Brdą. Przez cały rok dojdziecie przez niego na nadbrdański bulwar, gdzie znajduje się także pływająca przystań Tramwaju Wodnego (ogólnodostępna, w każdej chwili można tam wejść). Tylko uważajcie na stopy – czasami, w okresach dużych opadów, znajduje się pod wodą! Ostatnio zaś bywał nieprzejezdny w związku z trwającymi obok pracami retencyjnymi. Wracając jednak na taras, polecam wszystkim odwiedzić to miejsce w okresie letnim i zamówić posiłek w hotelowej restauracji. Tłumów nie ma, za to widoki przednie!

Poza restauracją, która bezpośrednio graniczy z tarasem, jest także lobby bar oraz strefa SPA. Oczywiście są również sale konferencyjne – konkretnie 5, w tym największa, mogąca pomieścić kilkaset osób – przygotowana z prawdziwym rozmachem. Rzadko używany, toteż mało znany, jest z kolei VIP-club, w którym w oczy rzuca się niewielki bar i zawieszona na suficie… dyskotekowa kula. Klimat nieco retro!

Być może niektórzy pamiętają, że przez kilka lat (od 2013 r.), w niewielkim budynku, stojącym na terenie hotelu (ale nie połączonym z głównym gmachem), działał honorowy konsulat Węgier. Dziś znajdują się tutaj już tylko pomieszczenia gospodarcze.

Stylowo i pałacowo

Same wnętrza hotelu – poza ceglanymi ścianami – w niczym nie przypominają już o dawnej, przemysłowej funkcji obiektu. No, chyba że mowa o kominie – ten, poza tym co widzimy na zewnątrz – dostrzec można także ze środka budynku – dosłownie przecina bowiem kilka pomieszczeń, a jego obwód to dobrych kilka metrów.  

Nie oznacza to jednak, że te przestrzenie są nieciekawe. Przeciwnie – króluje tutaj styl charakterystyczny dla początku XX wieku. Wprawne oko dostrzeże elementy art deco i secesji. Wprawna dusza, poczuje zaś przytulny, nieco pałacowy, szlachecki klimat. Dosłownie wszędzie wiszą obrazy – współczesne, acz stylowe (wiele z nich nawiązuje do bydgoskich motywów), w lobby zaś umieszczono piękne, różnokolorowe witraże. Pałacowy klimat tworzą także korytarze, na których można się dosłownie zgubić – widać, że włożono tutaj sporo pracy, aby połączyć poszczególne części budynku.  

Bardziej współcześnie jest oczywiście w pokojach, choć i tutaj króluje klasyka – w każdym są dla przykładu dywany i to takie, przygotowane przy użyciu techniko węzła smyrneńskiego i wykonane w 100-procentach z wełny. Każdy pokój jest inny. Podobnie jak korytarze poszczególnych pięter, które odróżnia nawiązująca do pór roku, kolorystyka!

Hotel wyróżnia się także doprawy olbrzymim lobby oraz odchodzącymi od niego imponującymi, marmurowymi schodami z kutymi poręczami. Prawdziwą atrakcją obiektu jest jednak z pewnością ogromniasty żyrandol, który przechodzi przez wszystkie 5 poziomów hotelu, sięgając aż parteru. Przygotowano go przy użyciu 90 tysięcy (!) niewielkich, ręcznie nawlekanych kryształków. No cóż, to nie była raczej szybka robota.  

Odwiedźcie i wspomnijcie przemysłową historię!

Jeśli jesteście spoza Bydgoszczy, śmiało korzystajcie z noclegu w obiekcie. Standard i położenie z pewnością Was zadowoli. Jeżeli zaś mieszkacie w grodzie nad Brdą, koniecznie udajcie się czasami do tutejszej restauracji, wypijcie kawę (latem koniecznie na tarasie nad Brdą!), i spoglądając na pędzącą ku Brdyujściu wodę, zadumajcie się nad historią tego miejsca, tak silnie związaną z historią miasta.

Uświadomcie sobie, jak wielkie zmiany zaszły tutaj, i w ogóle, na terenie całego miasta. Jak niegdyś królował tutaj przemysł, wielkie maszyny mieliły tony ziarna, a wokół nich uwijała się grupa odzianych w robocze uniformy, pracowników. Czyż są miejsca, w których lepiej widać upływ czasu, a także to, jak bardzo zmienia się z biegiem lat, otaczająca nas rzeczywistość, aniżeli dawne fabryki?

Przemysł to drugie imię Bydgoszczy. Pamiętajcie o tym będąc tutaj, w Słonecznym Młynie (czy też w Młynach Kentzera), a także w wielu innych zabytkach postprzemysłowych na terenie miasta. Przecież to nasze wspólne dziedzictwo.

Piotr Weckwerth

Zdjęcia: Inna Yaremchuk

Polecam także nasz Instagram,
na którym pokazujemy kulisy tworzenia blogowych materiałów!

ZREALIZOWANO DZIĘKI WSPARCIU FINANSOWEMU MIASTA BYDGOSZCZY

logo TURYSTYKĘ BEZ FILTRÓW

Wspieraj “TURYSTYKĘ BEZ FILTRÓW” NA PATRONITE!

X