BARTODZIEJSKIE MRÓWKOWCE –  BYDGOSZCZ PRZEZ DZIURKĘ OD KLUCZA

______________  

Wzbudzają skrajne emocje. Dla jednych to przykład socjalistycznego, mało atrakcyjnego i przede wszystkim mało wygodnego budownictwa. Inni dostrzegają w nich inspiracje zaczerpnięte od słynnych, europejskich architektów. Jakkolwiek je odbieramy jedno jest bezdyskusyjne. Na stałe wpisały się w krajobraz osiedla Bartodzieje, stając się poniekąd ich wizytówką. Przed Państwem słynne „mrówkowce”!    

______________  

Zanim przejdziemy do właściwej części artykułu, przypominam (a tych, którzy trafili tutaj po raz pierwszy, informuję), że niniejszy materiał jest częścią większego, zapoczątkowanego jeszcze w 2021 r., cyklu. Dotychczas powstałe teksty, przeczytać możecie TUTAJ: Bydgoszcz przez dziurkę od klucza.

W kolejnych miesiącach i latach planujemy kontynuować cykl i odkrywać tajemnice ważnych, lecz nie w pełni dostępnych dla osób z zewnątrz, bydgoskich obiektów.

Mrówkowce, galeriowce, a może superjednostki?

Nie sposób ich nie zauważyć. Długie na niemal 200 metrów, wybudowane względem siebie równolegle, stanowiące swego rodzaju „bramę” wjazdową na Bartodzieje od strony centrum Bydgoszczy. Milczący świadkowie niemal całej współczesnej historii Bartodziejów i jednocześnie czynnik do  późniejszego rozwoju tego terenu, jako ważnego osiedla mieszkaniowego.

Wszystko powyższe, odnosi się do dwóch najbardziej charakterystycznych budynków na Bartodziejach, a więc bliźniaczych wieżowców, stojących przy ulicy Marii Skłodowskiej-Curie (choć w oficjalnych dokumentach urzędowych, widnieją trzy wersje nazwy tej ulicy, ale zostawmy to sobie na inną opowieść!), pod numerami: 25 i 56. Budynków, które noszą kilka powszechnie znanych i ciekawych przydomków.

Chyba najpopularniejszy to termin „mrówkowce”. I tutaj pojawiają się dwie teorie co do pochodzenia tej nazwy. Pierwsza mówi o tym, że narodziła się ona wraz z plagą mrówek faraona, nawiedzających te olbrzymie konstrukcje. W latach 70., 80. i 90. XX wieku obecność w naszych domach tych owadów, nie była przecież niczym dziwnym, a wręcz normą, w odniesieniu do budynków wielorodzinnych (w naszym bloku przy ul. Bartosza Głowackiego 41, te „przyjemniaczki” urzędowały chyba w każdym mieszkaniu).

Inni mówią, że to po prostu zasługa liczby mieszkańców, którzy tutaj mieszkali. Wszak bloki projektowano każdorazowo na niemal 1 600 mieszkańców! A biorąc pod uwagę, jak bardzo przeludnione były lokale mieszkaniowe w okresie PRL-u, sądzę, że w przypadku każdego z bloków, spokojnie mogły „pęknąć” 2 tysiące! Z pewnością więc pasowało tutaj potoczne stwierdzenie: „Ludzi u nas jak mrówków!”.

Jakkolwiek by nie było, w powszechnym użyciu była także druga nazwa. Mianowicie: galeriowce! Tutaj wątpliwości już nie ma – geneza tej nazwy to po prostu zasługa faktu, że do większości mieszkań zlokalizowanych w wieżowcach, wchodzi się z długich galerii, czyli po prostu wspólnych balkonów. Rzecz dziwaczna, ale przez to swoje dziwactwo, w pewien sposób atrakcyjna.

Trzecią, dziś już rzadziej wykorzystywaną nazwą jest: superjednostka. Dlaczego „super”, widać gołym okiem, jednak nazwa ta miała także znacznie głębsze, rzekłbym strategiczne. A wszystko dlatego, że władze miejskie postrzegały…

Polecam także nasz Instagram,
na którym pokazujemy kulisy tworzenia blogowych materiałów!

Superjednostki jako impuls dla rozwoju Bartodziejów!

Zabawne, że wśród nas wciąż jest bardzo wiele osób, które pamiętają jeszcze Bartodzieje, jako przedmieścia, teren, na którym dominuje niska, rozproszona zabudowa. Mało tego, do końca lat 60. XX wieku, niczym dziwnym nie był tutaj widok gospodarstw rolnych i pól uprawnych. Było spokojnie i odludnie. W zasadzie tylko w południowej części osiedla (bo od 1920 roku była to przecież oficjalnie część Bydgoszczy), przy drodze wiodącej do Fordonu, było bardziej „miejsko”.

Wszystko zmieniło się wraz z przyjętym przez Prezydium Miejskiej Rady Narodowej Generalnym Planem Rozbudowy, który zatwierdzono w 1965 roku. Miasto, poszukujące przestrzeni dla rozrastającej się, powojennej społeczności, postanowiło, że Bartodzieje staną się jednym z największych osiedli w mieście. No i – jak wiemy – to się ziściło, a krajobraz tego miejsca, uległ niesamowitej wręcz metamorfozie.

Swoją drogą, w dokumentach biura, które przygotowywało projekt wieżowców, znalazła się informacja, iż jest to wschodni skraj Bydgoszczy. Cóż, to tylko potwierdza powyższą tezę, iż Bartodzieje były osiedlem peryferyjnym. Osiedle jednak miało się zmienić, a dźwignią dla tej zmiany, miały być właśnie superjednostki. Ich „moc” miała promieniować na okoliczny teren, sprawiać, że ten będzie się rozwijał. Bloki miały być też swego rodzaju centrami życia rekreacyjno-usługowego, o czym nieco niżej.

Co by nie mówić o założeniach projektantów, które wyglądały na nieco megalomańskie, w pewnym sensie wizja się ziściła. Od 1970 do 1990 roku, liczba mieszkańców Bartodziejów wzrosła o ok. 300 procent, z 10 do 30 tys. osób. Dziś osiedle zamieszkuje ok. 23 tysiące osób, co wciąż sprawia, iż jest to jedna z największych bydgoskich jednostek pomocniczych miasta.

Dziś mrówkowce, z racji na otoczenie, nie szokują już tak obserwatorów jak to miało miejsce niegdyś. Szczególnie w pierwszych latach, kiedy wokół istniało jeszcze sporo gospodarstw rolnych i niewielkich domostw. Wówczas kontrast był olbrzymi. Dosłownie zderzenie dwóch, kompletnie różnych, światów. Pytanie czy ci dawni mieszkańcy Bartodziejów, wiedzieli, że spoglądają na konstrukcje, inspirowane działaniami słynnego architekta? Wszak pierwowzorem, który później na polskie standardy przerobili pracujący przy superjednostkach architekci był…

Le Corbusier i jego Jednostka Mieszkaniowa

Kiedy opowiadam o tym w trakcie wycieczek po Bartodziejach lub po prostu, w zwykłej rozmowie, gdy temat zejdzie na budownictwo mieszkaniowe, ludzie raczej niedowierzają. Albo przynajmniej dziwnie na mnie patrzą. Ok, wcale się nie dziwię, bo brzmi to nieprawdopodobnie. Nic jednak na to nie poradzę, że bartodziejskie superjednostki bywały już kilkukrotnie celem wycieczek zagranicznych miłośników modernistycznego (czy też raczej brutalistycznego) budownictwa.

Dlaczego? Ano dlatego, że tworząc ich projekt, inspirowano się działalnością Charlesa-Édouarda Jeanneret-Grisa, znanego powszechnie jako Le Corbusier. Ten Francuz szwajcarskiego pochodzenia, najczęściej nazywany jest architektem, ale tak naprawdę był prawdziwym człowiekiem renesansu – urbanistą, publicystą, planistą, malarzem i plastykiem. Jego wizję, dotyczącą architektury mieszkaniowej, widać w niemal każdym europejskim (i nie tylko) mieście.

Nazywany czasem „papieżem modernizmu” (!) Le Corbusier, był też najprawdziwszym wizjonerem – człowiekiem poszukującym najkorzystniejszych, z punktu widzenia społeczeństwa, rozwiązań w mieszkalnictwie. Przy tym często za nic miał krytyczne głosy środowiska czy zwykłych obywateli. Parafrazując Taco Hamingwaya: „Nie biegał za trendem, a tworzył trendy”.

Jego Opus Magnum to tzw. Jednostka Mieszkaniowa, czyli w oryginale Unité d’habitation (nie liczcie na to, że poprawnie wypowiedziałbym tę nazwę). Budynek miał według Le Corbusiera zaspokoić wszelkie potrzeby współczesnego (czyli ówczesnego) społeczeństwa. Wizja ta spodobała się państwu, toteż architekt, mimo sprzeciwu społeczeństwa, otrzymał zlecenie jego budowy w Marsylii. W ten sposób, w latach 1947-1952, powstała właśnie Jednostka Mieszkaniowa, oficjalnie nosząca miano Cité radieuse (Promieniste Miasto). Jak się potem okazało, było to wydarzenie, które wpłynęło na losy krajobrazu miejskiego w wielu miastach, w tym również Bydgoszczy.

Oryginalna Jednostka Mieszkaniowa istnieje po dziś dzień i jest realną atrakcją turystyczną Marsylii. Zresztą, krótko po powstaniu, bo w 1964 roku, została… zabytkiem architektury! Nie ma się co dziwić, bo wciąż  wygląda iście kosmicznie, a co dopiero mówić o czasach, w których powstała. Sam twórca, próbując wyjaśnić światu, czym właściwie jest blok, twierdził, że całość stanowi wielki eksperyment. Jednostka miała być samowystarczalnym osiedlem (czy też miastem w mieście), w którym znalazło się wszystko to, co do życia przeciętnego mieszkańca Marsylii, było niezbędne.

Konstrukcja ma 137 metry długości, 56 metrów wysokości i 18 pięter. Stoi na kilkunastu masywnych filarach, pod którym znajduje się wykorzystywana w sposób rekreacyjny, a także jako parkingi, przestrzeń. Zresztą te filary, mimo wielkiej masy budowli, sprawiają, iż wydaje się ona nieco „lżejsza”. Podpory mają jednak co dźwigać, bo w środku znajduje się 337 dwukondygnacyjnych mieszkań (które bywają nazywane „zawieszonymi w powietrzu willami”), o różnych rozmiarach i układach. W sumie, pomieścić mogły one w założeniu nawet 1 600 mieszkańców.

Do wnętrza lokali, wchodzi się z szerokich korytarzy, które Le Corbusier nazywał wewnętrznymi ulicami. Co ciekawe, te znalazły się tylko na co trzecim piętrze! Do tego budynek wypełniony został po brzegi  usługami. Zaplanowano: sklepy spożywcze, piekarnię, pralnię, fryzjera, przedszkole, a nawet restaurację. A co z dużym, płaskim dachem? Otóż, tam umieszczono: ogród, basen i siłownię! Całkiem przyjemnie.

Ta swoista „maszyna do mieszkania” to oczywiście konstrukcja żelbetowa. Przy tym jednak, zastosowano zmyślny trik, dodający całości nieco kolorytu. Szary, brutalny beton urozmaicono kolorowymi ścianami loggi.

Ze względu na swoją oryginalność, Unité d’habitation  stała się inspiracją dla wielu innych inwestycji. Powstawały one w Europie zachodniej, m.in. w Berlinie, gdzie istnieje tzw. berlińska jednostka mieszkaniowa, czyli „Corbusierhaus”.

Mamy Le Corbusiera w Bydgoszczy

Oczywiście, trendy przeniknęły także do socjalistycznej wówczas Polski. Superjednostki powstały więc m.in. w Gdańsku (słynny falowiec) czy w Katowicach. Ale nie tylko, bo przecież i u nas, właśnie na Bartodziejach, widać ślady wielkiego, architektonicznego świata! Niestety, problem w tym, że pierwotna, jakże szczytna idea Francuza, została „nieco” okrojona. Niektórzy żartują nawet – ale ja się z nimi nie zgadzam – że to „bieda version”, albo „Le Corbusier w wersji demo”. Oczywiście, „to nie ludzie, to wilki!”.

Prawda jest  taka, że mówimy o okresie głębokiego PRL-u, czasach, w których dostęp do usług był na tyle ograniczony, że lokowanie ich w takiej skali jak w Marsylii, w obrębie wieżowca, raczej nikomu się nie śniło. Zresztą, tutaj dążono do jak największej optymalizacji przestrzeni, toteż zamiast szerokich korytarzy (te są raczej mocno klaustrofobiczne), utworzono większą liczbę mieszkań. Rolę wspólnego korytarza miały zaś pełnić podłużne galerie, z których zaplanowano wejścia do mieszkań. Nie udało się także usadowić bloków na filarach, jednak namiastką prześwitów, miały być obustronne klatki, którymi, niby tunelami, można się było przedostać (zresztą, jeżeli zna się kod do klatki, jest tak i dziś) na drugą stronę konstrukcji.

W rezultacie, oba mrówkowce zostały przygotowane na niecałe 1 600 mieszkańców, mając kubaturę niemal 84 tysięcy m3. Ich długość to  197,88 metrów, szerokość maksymalnie wynosi 15,38 metrów, a wysokość 34,95 metrów (13 kondygnacji, w tym piwnica, wysoki parter i 11 pięter). Mieści się w nich 458 mieszkań, głównie M3 i M4, ale i M2 i M5. Czyli, mimo że są znacznie niższe, niż Le Corbusier’owski blok i tylko nieco dłuższe, mogą pomieścić większą liczbę mieszkańców. Cóż, to akurat zasługa braku dwupoziomowych mieszkań, szerokich korytarzy i dużych lokali usługowych. To jeszcze można przeżyć, szkoda tylko tego dachu…

No dobra, to gdzie te punkty zbieżne? Przede wszystkim surowa, betonowa elewacja. Przecież mrówkowce przez lata były totalnie szare, co momentami aż biło po oczach. Potem pojawiły się kremowo-brązowe barwy (tak to przynajmniej oceniam swym męskim, niedoskonały okiem), a dopiero następnie obecne, już po-termomodernizacyjne. Również wspomniane galerio-balkony, imitować miały loggie z marsylskiego wieżowca. No i sam kształt – podłużny, ze znajdującymi się na szczycie, prostokątnymi nadbudówkami, skąd można (oczywiście mając klucze) wyjść na dach. Szczególnie duże podobieństwo dostrzeżcie z kolei spoglądając na mrówkowce od strony północnej lub południowej (czyli patrząc nie na długość, a na szerokość). Tutaj konstrukcje są niemal identyczne.

 

Projekt? Miastoprojekt!

Mrówkowce pewnie nawet by nie powstały, gdyby nie słynny „Miastoprojekt”. Właściwie wówczas, w latach 60. XX wieku, oficjalna nazwa tej instytucji, której siedziba mieściła się w kamienicy przy ulicy Jagiellońskiej 12,  brzmiała: Biuro Projektów Budownictwa Ogólnego (dodatek „Miastoprojekt” pojawił się nieco później). W przedsiębiorstwie pracował inżynier Andrzej Modrzejewski i to właśnie on był głównym projektantem bartodziejskich superjednostek.

Swoją drogą, postać to nieco w Bydgoszczy zapominana, a przecież zrobił dla niej naprawdę dużo. Wiadomo w jakich czasach i pod jaką władza przyszło mu pracował, ale z drugiej strony, co miał niby robić, skoro był architektem? To spod jego „ołówka i linijki” wyszły mrówkowce, i choćby osiedle Wyżyny, które powstało nieco później. Szkoda, że zapominamy o takich postaciach, dzięki którym wielu z nas wciąż ma dach nad głową… I żeby było jasne, fanem PRL-u, ani blokowisk nie jestem (piszę to, bo na bank ktoś zdążył już sobie dopisać w głowię taką historię), ALE, potrafię w sposób obiektywny docenić pracę, którą Modrzejewski i cała ekipa „Miastoprojektu” wykonała, w trakcie tworzenia projektu, a następnie wznoszenia wieżowców.

Wspomnijmy ich więc, skoro już prawie nikt inny tego nie robi! Kierownikiem pracowni oraz projektantem instalacji elektrycznych w galeriowcach był A. Karpiński. Projektantką konstrukcji pani E. Trzeszczkowska, instalacje gazowe i wentylacje przygotował S. Cichoński oraz W. Olek, natomiast za kalkulację kosztów odpowiadał A. Ryger. W ten sposób, w latach 1968 i 1969 powstały projekty, a dosłownie chwilę później (w 1969 r. i 1971 r.) ich namacalne efekty. Swoją drogą obok, bliżej jednak dzisiejszej ul. Gajowej, powstał kolejny mrówkowco-galeriowiec (Marii Skłodowskiej-Curie 50), jednak już nie tak imponujący, bo stanowiący tylko połowę superjednostek (niektórzy żartobliwie twierdzą, że to „dziecko” dwóch większych sąsiadów).

Co ciekawe, w dokumentacji projektowej, wieżowce nazwano oficjalnie: Budynek Mieszkalny Nr 1 na Oś. Bartodzieje I (to odnośnie budynku przy ul. Marii Skłodowskiej-Curie 25) oraz Budynek Mieszkalny nr 2 na Oś. Bartodzieje I (w odniesieniu do wieżowca przy ul. Marii Skłodowskiej-Curie 56, a więc nad Balatonem). Nazewnictwo to wskazywało, że Bartodzieje planowano zapewne podzielić na kilka części, oznaczanych następnie kolejnymi cyframi rzymskimi. Ciekaw jestem, czy moja rodzinna ulica Bartosza Głowackiego (a raczej jej nowsza część), byłaby II, III czy może już IV Bartodziejami?  

Szacunek, o którym piszę wyżej, jest o tyle uzasadniony, że projektantom jednak udało się trochę fajnych wzorców od zachodnich projektantów przemycić. Na myśli mam choćby teorię Modrzejewskiego, którą nazwał „rozłupanym orzechem”, w której wieżowce miały być skorupką, a wszystko pomiędzy nimi – place zabaw, zieleń, usługi – miąższem. No i, co ciekawe, usługi się pojawiły – choć w okrojonym stopniu. Chodzi o niewielkie lokale znajdujące się przy wejściach do poszczególnych klatek. Od zawsze były to głównie: salony fryzjerskie, krawcowe czy magle (choć w latach 90. XX wieku, pod numerem 56 działał nawet sklep z grami video). Zresztą te które działają dziś, również pełnią podobne funkcje (choć są i nowsze, jak fryzjer, ale dla piesków).

Z tą zielenią udało się na tyle, że faktycznie, po zachodniej stronie obu gigantów znajdują się niewielkie skwerki i trochę drzewek (szczególnie przed numerem 56), jednak z drugiej mamy przecież Balaton, a więc dawną gliniankę. A ta, już po zamknięciu sąsiedniej cegielni, zaczęła, najpierw w sposób dziki, a potem już oficjalnie (konkretnie zaś od 1974 roku) pełnić funkcje rekreacyjne! Wystarczyło więc zejść z wieżowca na dół, założyć strój kąpielowy i już można było się pluskać! Wszak przez lata funkcjonowało tutaj popularne (i to – spoglądając na stare zdjęcia –  bardzo) kąpielisko. Zimą, po zamarzniętej tafli jeziorka, śmigało się na łyżwach, a niektórzy grali nawet w hokeja. Warto dodać, że u podnóża bloków (również od wschodu) jest sporo małych ogródków, pielęgnowanych przez mieszkańców mieszkań położonych na najniższej kondygnacji (wraz z wejściami do parterowych mieszkań),

Wspieraj “TURYSTYKĘ BEZ FILTRÓW” NA PATRONITE!
Zbieramy na kolejny film o Bydgoszczy🎥
https://patronite.pl/turystykabezfiltrow

Przeciekawe archiwa

Dziś raczej nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale to, jak mrówkowce wyglądają, to jak prezentują się wewnątrz, a także fakt, iż w ogóle wciąż stoją, nie zawaliły się Wam na głowy i pewnie postoją jeszcze przez kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset lat, to zasługa misternie przygotowanych planów.

Człowiek się nad tym nie zastanawia, szczególnie w dobie komputeryzacji, ale przygotowanie projektu takiego wieżowca, musiało w tamtych dawnych czasach trwać dosłownie wieki! Przecież wszystkie dokumenty, a przede wszystkim rysunki techniczne, tworzono ręcznie. A wierzcie mi, liczba dokumentów, niezbędnych do powstania konstrukcji takich jak galeriowce, a także ich szczegółowość, wręcz przyprawia o zawrót głowy!

Skąd to wiem? Ano stąd, że dzięki uprzejmości Spółdzielni Mieszkaniowej „Zjednoczeni” (wielkie, wielkie dzięki!) miałem szansę poszperać trochę w dokumentacji, dawniej należącej właśnie do „Miastoprojektu”. Firma bowiem, mimo, że przetrwała transformację systemową i przekształciła się w spółkę, a na dodatek wciąż działa, już nie stacjonuje w Bydgoszczy. Archiwum zostało w dużej mierze zlikwidowane i „rozeszło” się w różne strony. Na szczęście, część – tę, która dotyczy obszaru Bartodziejów, a więc i mrówkowców, przejęli właśnie „Zjednoczeni”.

Same tylko dokumenty dotyczące mrówkowców, to kilkanaście wielkich pudeł, pełnych skoroszytów. A z nich wynika, że dosłownie każda ściana, każdy strop, podłoga, drzwi (wyobraźcie sobie, że w oryginalnym projekcie, w wieżowcach było 9 rodzajów drzwi i każdy miał dla siebie wybrane miejsce!), mają swoje odpowiednie parametry. Nie mówię już nawet o fundamentach, kanalizacji, instalacjach gazowych, wentylacji i innych, bo do każdej znajdziemy szereg opisów, obliczeń i rysunków. Mi najbardziej spodobały się wielkie schematy, obrazujące cały blok lub ogólne plany zagospodarowania przestrzennego (na niektórych widać oba mrówkowce, a nawet fragment glinianki). Te wielkie rysunki utworzono na ogromnych, rozkładanych niby harmonijka arkuszach, w całości osiągających rozmiary nawet 2 metrów długości.

Z dokumentów dowiedzieć można się wielu ciekawych rzeczy. Oczywiście są podstawy, jak to, że wieżowce wzniesiono z prefabrykowanych, żelbetonowych płyt, o grubości 8 centymetrów. Stropy i schody? Oczywiście też płyty prefabrykowane, z kolei fundamenty wieżowców żelbetowo-wylewane. I tak dalej, i tak dalej. Gdybyście tylko chcieli, dowiedzielibyście się, jak wygląda (a przynajmniej, jak wyglądała w oryginale) boazeria u sąsiada z 5 piętra. I taką szczegółowość to ja lubię!

Jak wspomniałem, mrówkowce budowano na „odludziu”, w miejscu, gdzie wcześniej nie było zbyt wielu budynków. Jakieś jednak były, a dokumentacja techniczna budynków wskazuje, że proces wznoszenie blok pod numerem 56 (czyli tego nad Balatonem), trochę się wydłużył, bo czekano z rozbiórką zabudowań gospodarczych, należących do (jak wskazano) obywatela Bindera. Ta, miała zostać dokonana w I kwartale 1969 roku, dopiero po otrzymaniu przez tego jegomościa mieszkania (jak rozumiem, w ramach rekompensaty) na Miedzyniu. Ciekawe, czy ów człowiek, lub jego rodzina jeszcze mieszka w Bydgoszczy i zna szczegóły sprawy? Jeżeli tak, i ktoś z Was właśnie to czyta, dajcie znać!

Pół wieku później

Dziś mrówkowce wyglądają już nieco inaczej niż w pierwszych latach swego „życia”. Szarość elewacji zniknęła pod termomodernizacją, a nadbalatoński galeriowiec urozmaicono z kolei różnokolorowymi akcentami, co miało nieco nawiązać do kolorystyki oryginalnej, Le Corbusier’owskiej Jednostki Mieszkaniowej.

Wciąż trwa wymiana starych dźwigów windowych, choć te leciwe (nie oryginalne, ale z lat 80. XX wieku i z kabinami z początku XXI wieku), jeszcze w kilku klatkach znajdziecie. Nowe są zdecydowanie mniejsze, ale zapewniają możliwość wejścia do nich z poziomu chodnika, nie zaś z wysokiego parteru, jak to było w przeszłości (swoją drogą, w tamtych latach podejście do osób z niepełnosprawnościami było kompletnie nieludzkie).

Zmienia się oczywiście ich otoczenie – wciąż pięknieje i rozwija się park nad Balatonem, a na obu skrajach „mrówkowcowej ściany”, stoją już, i w dalszym ciągu budują się, nowe osiedla mieszkaniowe. Te na północy powstały/powstają na terenie dawnej piekarni oraz w miejscu, gdzie kiedyś stał legendarny sklep meblarski „Jacek”. Południe to już przestrzeń, na której jeszcze kilka lat temu funkcjonował sklep ogrodniczy.

Swoją drogą, kontrast między nadbalatońskim galeriowcem, a sąsiednim apartamentowcem, noszącym nazwę – nomen omen – „Balaton”, jest wręcz uderzający. Nie mówię tylko o sferze wizualnej, ale także… cenach. W jednym mamy bowiem najdroższe ceny za metr kwadratowy na osiedlu, w drugim najtańsze.

Galeriowce wciąż inspirują do pracy twórczej. Kiedyś, przez lata mieszkał tutaj przecież słynny fotograf, jeden z najważniejszych przedstawicieli swojego fachu, we współczesnej historii Bydgoszczy, Jerzy Riegel. Zresztą, zdarzało mu się także uwiecznić na zdjęciach mrówkowce i Balaton. Z kolei w 2019 roku, graficzka dr Aleksandra Sojak-Borodo, uruchomiła w Galerii Miejskiej BWA (artykuł o instytucji możecie przeczytać TUTAJ), wystawę, poświęconą właśnie nadbalatońskiemu galeriowcowi.

I tak, wiem, że wielu mieszkańców galeriowców narzeka na komfort życia w tych wieżowcach. Bo mały metraż, bo kupa ludzi, bo drzwi wejściowe od strony balkonu, co sprawia, że bywa chłodno, no i wreszcie bo małe okienka właśnie od galerii. Rozumiem to, ale jednocześnie wiem – bo widzę to na własnym przykładzie – że trawa jest zawsze bardziej zielona u sąsiada, niż u nas, toteż życie w innym budynku, wcale nie musiałoby być bardziej komfortowe. Wiele (nie wszystko naturalnie) zależy od nas samych.

Słowo na koniec

Na koniec nieco prywaty. Widok mrówkowców/galeriowców/superjednostek towarzyszył mi od najwcześniejszych lat życia. Mieszkając przy ulicy Bartosza Głowackiego, Balaton był przecież w dzieciństwie jednym z najważniejszych miejsc spacerów. Potem, w wieku nastoletnim i we wczesnej dorosłości, miejscem spotkań towarzyskich, głównie oczywiście z płcią przeciwną.

Spoglądając na mrówkowce zwykle czułem – tak, przyznaję – niechęć, a nawet lekki strach. No bo wielkie to i jakieś takie mroczne (wtedy królowała jeszcze szarzyzna). Wydawało mi się (dopiero po latach zrozumiałem, że było to bardzo krzywdzące), że mieszkają tutaj jacyś „dziwni” ludzie. Bloki więc po prostu „były”, nie przywiązywałem do nich większej uwagi. A już na pewno nie darzyłem sympatią.

Dopiero potem, kiedy pod numerem 25 mieszkał mój ówczesny dobry kolega, a następnie i sympatia (pozdrawiam oboje, mimo że moje drogi z jednym i z drugą kompletnie się rozjechały), nieco zmieniłem zdanie. Blok jak blok, nic w nim strasznego, ale i nic specjalnego. Tak wówczas myślałem.

Ale później przyszedł mój „blogowy” przełom czyli zaangażowanie się w turystykę osiedlową. Kiedy zacząłem kopać w historii Bartodziejów (a przecież to od nich i od Okola zaczął się cykl „Bydgoskie osiedla BEZ FILTRÓW”) i okazało się, że mrówkowce to jednostki super-ciekawe, a do tego inspirowane Le Corbusierem – którego twórczość przecież znałem i ceniłem – spojrzałem na temat zupełnie inaczej.

Dziś widzę, że wieżowce i Balaton to może dziwna, ale za to unikatowa mieszanka. Krajobraz jedyny w swoim rodzaju, wyjątkowy. I szczerze mówiąc, za nic bym go nie zmienił. To historia naszego osiedla, naszego miasta, odzwierciedlenie wydarzeń (w tym politycznych), których doświadczyliśmy jako społeczeństwo. I tak, wiem, mieszkanie w nich do najwygodniejszych nie należy, dlatego podkreślam, że mówię wyłącznie jako obserwator i miłośnik historii oraz architektury. No i lokalny patriota Bartodziejów!

Polecam także nasz Instagram,
na którym pokazujemy kulisy tworzenia blogowych materiałów!

Doceńcie więc je i Wy, kiedy będziecie przechadzali się po nadbalatońskim parku. Może zrobią na Was takie wrażenie, jak na moim ojcu, kiedy ten zobaczył je po raz pierwszy, na początku lat 70. XX wieku? Wówczas, mieszkając jeszcze na Wilczaku przy ulicy Ciepłej, jako nastolatek jechał w odwiedziny do kolegi, mieszkającego na nowo powstającym osiedlu Bartodzieje. Zbliżając się do osiedla, tata już z daleka zobaczył (wszak wokół było niewiele innych budynków, mogących je przesłonić) dwa wielkie, równolegle do siebie ułożone wieżowce. Mówił, że wtedy wydawało mu się, że to wielka, betonowa brama wjazdowa na osiedle. I w zasadzie miał rację. Tutaj zaczyna się jedna część historii Bartodziejów i kończy druga.

Dzięki za obecność i czytanie!

Piotr Weckwerth

Zdjęcia: Inna Yaremchuk

ZREALIZOWANO DZIĘKI WSPARCIU FINANSOWEMU MIASTA BYDGOSZCZY

logo TURYSTYKĘ BEZ FILTRÓW

Wspieraj “TURYSTYKĘ BEZ FILTRÓW” NA PATRONITE!

X