Jedno z niewielu bydgoskich osiedli, na których wyraźnie poczuć można lokalną tożsamość oraz silne poczucie odrębności, niezależności względem pozostałej części miasta. Obszar, który przez lata funkcjonował jako osada, pełniąca funkcję zachodniej „bramy wjazdowej” do Bydgoszczy, dziś staje się osiedlem niemalże centralnym. Swoista mieszanka jednorodzinnych domów, leciwych kamienic oraz terenów zielonych, urozmaicona barwami błękitu, w postaci Brdy i Kanału Bydgoskiego. Wciąż nieodkryte przez bydgoszczan, a przecież skrywające wiele interesujących miejsc i historii. Takie właśnie jest Czyżkówko, które odwiedzimy w ramach kolejnego odcinku cyklu „Bydgoskie osiedla BEZ FILTRÓW”!
Zanim zaproszę Was do właściwej części artykułu, przypominam (a tych, którzy trafili tutaj po raz pierwszy, informuję), że niniejszy materiał jest częścią większego, zapoczątkowanego jeszcze w 2021 r., cyklu. Do tej pory w ramach „Bydgoskich osiedli BEZ FILTRÓW” – bo tak nazywa się ta seria – ukazało się 20 artykułów. W kolejnych miesiącach i latach planujemy kontynuować cykl i docelowo opisać wszystkie (a jest ich dokładnie 29!) bydgoskie jednostki mieszkaniowe.
Dotychczas powstałe teksty, przeczytać możecie TUTAJ: bydgoskie osiedla BEZ FILTRÓW.
Zapraszam do lektury – zarówno starszych tekstów, jak i niniejszego, dotyczącego osiedla Czyżkówko.
Czyżkówko czy nie?
Z granicami Czyżkówka jest dokładnie tak, jak z granicami wszystkich pozostałych bydgoskich osiedli. Czyli zasadniczo większość się zgadza – tj. pokrywa z tym, jak położenie jednostki odbierają wieloletni mieszkańcy – ale jednak nie w 100 procentach. Wynika to głównie z aspektów historycznych, np. takich jak fakt, iż większa część obszaru obecnego osiedla Flisy, przez setki lat należała właśnie do Czyżkówka. O tym jednak pisałem już w materiale poświęconym właśnie Flisom (TUTAJ).
W tym miejscu warto więc tylko wspomnieć, że pierwotna uchwała (z serii tych z lat 90. XX w., a więc w większości obowiązujących w Bydgoszczy do dziś), wyznaczająca granicę Czyżkówka, uwzględniała fuzję z Flisami. Mowa o dokumencie z 15 października 1992 r., który tworzył osiedle… Czyżkówko-Flisy! Taki układ przetrwał krótko (i słusznie), bo ledwie trzy lata, a korektę wprowadzono już 25 października 1995 r. Uchwalono dokument, wydzielał dwie osobne jednostki: Czyżkówko i Filsy.

Według uchwały, o której mowa wyżej, Czyżkówko zamyka się w graniach, które przedstawię Wam w formie „spaceru”. Ruszamy z punktu wysuniętego najdalej na północ, przy skrzyżowaniu ulic: Smukalskiej i Opławiec, kierując się na południe wraz z biegiem Brdy. Tak docieramy aż do skrzyżowania z nowym odcinkiem Kanału Bydgoskiego. Następnie, brzegiem Kanału idziemy na zachód, ale nie, jak mogłoby się wydawać, do styku z historycznym odcinkiem tej drogi wodnej, a do ul. Grunwaldzkiej – wszak na południu mamy już Flisy. Dalej docieramy do granic miasta, a więc ściany lasu, oddzielającego Czyżkówko od Osowej Góry. Idąc tymże lasem, czyli równolegle do ulic: Wyrzyskiej, a następnie Deszczowej i Koronowskiej, trafiamy na miejsce startu naszej „wędrówki”.

W zasadzie rzecz jest więc dość intuicyjna, poza fragmentem, funkcjonującym dzisiaj jako Flisy. Niektórzy publicyści dopisują też do Czyżkówka fragmenty Okola (w ujściowym odcinku Flisa, a więc przy dawnym młynie Petersona), a także osiedla Miedzyń-Prądy, w okolicach stadionu Gwiazdy. Dziś można to potraktować jako ciekawostkę, ale wynika to bezpośrednio z historii. Przed wiekami, południową granicą Czyżkówka był bowiem skraj Pradoliny Toruńsko-Eberswaldzkiej, zwany potocznie Wzgórzami Miedzyńskimi, wschodnią zaś mniej więcej dzisiejsza ulica Kraszewskiego. Potem jednak przyszły wielkie inwestycje: powstanie obu nitek Kanału Bydgoskiego oraz połączenie kolejowe, które determinowały odłączenie od Czyżkówka sporych terenów.

Zwiedzanie Bydgoszczy z przewodnikiem! Odkryj tajemnice bydgoskich osiedli z Piotrem Weckwerthem – pasjonatem historii i znawcą miasta. Zadzwoń lub napisz i umów się na wycieczkę: +48 884002977, turystykabezfiltrow@gmail.com
Czyżkówkowy zawrót głowy
W tym miejscu wypadałoby wyjaśnić, skąd wzięła się nazwa osiedla. Niestety, już na wstępie mocno Was rozczaruję. Nie ma i nie było jednej wersji dot. pochodzenia nazwy, toteż nic nie można powiedzieć z pełnym przekonaniem. Tym bardziej, że nazwa obszaru ewoluowała tak wiele razy, że doprawdy może przyprawić o ból głowy.
Etymologii nazwy, dopatrywano się więc w suchych, sosnowych lasach, rosnących w najbliższych okolicach osady, a dzisiejszego osiedla, co przełożyło się na utworzenie określenia: Szuszkowo (i podobnych) lub w znajdujących się w tychże lasach, szyszkach. Ta druga opcja miałaby zaś doprowadzić do powstania nazwy Szyszkowo (i podobnych). Inna wersja mówi o właścicielu tych ziemi, o nazwisku Suszka lub Suska.

Jeżeli chodzi o legendarne przekazy (takie zawsze muszą się przecież pojawić), należy zajrzeć do zbioru Wincentego Sławińskiego, pn. „Babia Wieś, z legend podmiejskich starej Bydgoszczy”. W słynnej pracy, przedstawiono opowieść, w której młody rycerz zabłądził na terenach położonych na zachód od miasta i trafił do mieszkającego tutaj kowala. Jego córka, która oczywiście wpadła w oko młodzieńcowi, bawiła się podczas pierwszego spotkania z ptaszkiem. Niewybredne komentarze proszę zachować dla siebie – chodziło o prawdziwego ptaszka, czyżyka. Z jakichś powodów, rycerz ów, chcąc napisać potem list do dziewczyny, która zdobyła jego serce, wskazał jak miejscowość doręczenia „Czyżkówko”. Dość pokrętne, przyznacie. W tym samym opowiadaniu pan Sławiński przedstawił także rymowankę: „Jeśli waszmość boli główka, jedź na łowy do Czyżkówka”.
Wracając jednak na ziemię, czyli do faktów, należy odnotować nazwy miejscowości, które zachowały się w dokumentach. I teraz uwaga, bo zaczyna się prawdziwy roller coaster: Szuszkówko, Suskowa, Szyszkowa, Szuszkuwka, Szuszkowka (przed zaborami), Ciskowe, Cziskowe, Cyskowa, Czyskowke, Czyszkowko (w trakcie zaborów). I weź tu człowieku zrozum, co, jak i kiedy!
W końcu jednak, swoim zwyczajem, Niemcy kompletnie zmienili nazwę podbydgoskiej osady. Od drugiej połowy XIX w. był to więc Jägerhof. Tę nazwę można przetłumaczyć np. jako Myśliwski Dwór, albo Myśliwski Dom, co niezaprzeczalnie odnosi się do faktu okalania przez lasy. A skoro lasy, to – szczególnie w tamtych czasach – miejsce pracy myśliwych.

Jeżeli spojrzycie na stare (te poniemieckie) mapy, możecie zdziwić się jeszcze bardziej. Było bowiem tak, że w skład Czyżkówka wchodziło kilka mniejszych siedlisk. Były to: Wolken (potem Chmury – stąd nazwa ulicy: Chmurna), Kleinau, Wilhelmstahl, Vorwerk czy Forst Jagerhof.
Polecam także nasz Instagram,
na którym pokazujemy kulisy tworzenia blogowych materiałów!
Przez wieki, przez Czyżkówko
Czyżkówko pojawia się na kartach historii w 1489 r., w dokumencie lustrującym ziemie, podlegające pod starostwo bydgoskie. Pierwsze konkrety, „czytelnicy” poznają jednak nieco później, bo w 1514 r. Wtedy jasnym już było, że mieszkało tutaj 12 rodzin, a także działała: karczma i folusz. We wsi był także młyn, ale nieczynny.
Osada rozwijała się głównie w okolicach traktów, wiodących w stronę Nakła (a więc obecnej ul. Grunwaldzkiej) oraz Koronowa (dzisiejsza ul. Koronowska). Wiele ważnych dla historii Czyżkówka miejsc i obiektów, znajdowało się po drugiej – tej, podlegającej obecnie pod osiedle Flisy – stronie ul. Grunwaldzkiej. Sporo działo się także przy ul. Młyńskiej, czyli na obecnym Okolu. To trochę krzyżuje mi plany, dot. opisu historii tych ziem, jednak jakoś sobie z tym poradzimy.
W czasie potopu szwedzkiego, podobnie jak wiele innych podbydgoskich osad, Czyżkówko zostało zmiecione z powierzchni ziemi, jednak (w porównaniu do sporej części z nich) szybko się odrodziło. We wsi utworzono folwark, który od 1713 r. podlegał pod Jana Krystiana Kriga, a tuż przed zaborami pod Jana Dammera. Punktem przełomowym było jednak przekopanie Kanału Bydgoskiego, w latach 1773-1774 r. i jego następstwa.

Gdyby nie Kanał, który sam w sobie wpłynął na rozwój gospodarczy Czyżkówka, do wsi nigdy nie trafiłby Ernst Conrad Peterson. Ten bowiem, jak wiadomo, przybył do miasta pod koniec XVIII w., i wkrótce przejął funkcję inspektora Kanału Bydgoskiego, a także przyczynił się do powstania plantów nad tymże. Potem jednak „poszedł w biznes”. I to poszedł tak mocno, że wkrótce on i jego rodzina, stali się prawdziwymi magnatami. W dużej części, dzięki zasobom Okola i Cyżkówka, którym jednakże wzięty biznesmen oddał z nawiązką to, co wziął.
Stało się bowiem tak, że Ernst Conrad, a potem jego potomkowie, byli właścicielami folwarków: Czyżkówko i Okole. Na pograniczu tych dwóch jednostek znajdowały się wspomniane już młyny przy obecnej ul. Młyńskiej, które Peterson unowocześnij i których zwiększył wydajność. Do tego dołożył m.in.: gorzelnię, browar, szkołę ludową, ochronkę, szpital, a także sporo domów mieszkalnych. Również on, był inspektorem budowy drogi, dzisiaj zwanej Grunwaldzką, a wówczas Berlińską, którą ukończono w latach 20. XIX w. Człowiek orkiestra.

Potem włościami tymi zarządzali potomkowie Ernsta Conrada: syn Wilhelm, wnuk Ernst Heinrich oraz prawnuk Julius Otto. Najbardziej złotymi zgłoskami zapisał się Ernst Heinrich, którego uznaje się za pierwszego w historii Bydgoszczy, budowniczego osiedla robotniczego! W ramach jego działań powstały bowiem 24 domy (w każdym znajdowały się po 2 pokoje i kuchnia), dla pracowników petersonowskich przedsiębiorstw. Niektóre z tych budynków wciąż dostrzec można przy takich ulicach Czyżkówka jak: Chojnicka, Łąkowa czy Łanowa. Większość z nich została przebudowana, otynkowana, jednak pozostał jeden w stanie oryginalnym – szukajcie go pod adresem: Chojnicka 15. Tylko bądźcie uważni, bo w sezonie wiosenno-letnim, łatwo przeoczyć go wśród otaczającej go zieleni.

W latach 30. XIX w. mieszkało tutaj ok. 500 osób, ale 30 lat później już ok. 800. Przyrost był spory, toteż w pierwszej dekadzie XX w. mieliśmy tutaj ponad 2 tys. mieszkańców – oczywiście w większości Niemców. Czyżkówko, wówczas liczące 382 ha, trafiło w granice Rzeczypospolitej 20 stycznia 1920 r., a Bydgoszczy, 1 kwietnia 1920 r., wraz z wieloma innymi dawnymi, podmiejskimi gminami, a dziś osiedlami. Oczywiście, potem jeszcze przez długi czas, krajobraz osiedla zdecydowanie bardziej przypominał wieś, aniżeli miasto.
Czyżkówko to ludzie
Jest w Bydgoszczy kilka osiedli, których największą siłą zawsze byli i wciąż są ludzie. Tutaj, w jakiś dziwny, niezrozumiały dla mnie sposób, mieszkańcy mieli wpływ na zwyczaje, rozwój usług, ba, nawet architekturę i przemysł. Tutaj wreszcie, wyraźnie odczuwalny był – i nadal jest – lokalny patriotyzm, przywiązanie do małej ojczyzny. Początkowo rozumianej jako osobna miejscowość, dziś jako osiedle dużego miasta.

Wszystko zaczęło się jeszcze przed zaborami, od wspomnianych już zarządców folwarku i kontynuowane było później, już po zmianie przynależności państwowej miasta, głównie za sprawą rodu Petersonów. Ale przecież poza nimi, na Czyżkówku działała cała masa innych przedsiębiorców i społeczników, osiągających spore sukcesy. Swoją cegielnię na północno-wschodnim skraju osiedla, prowadził przecież od początku XIX w. Ludwik Bollmann, a potem jego potomkowie, zaś na początku XX w. przejął ją Hermann Gelhorn.
Osobną grupę tworzyli restauratorzy. Przy skrzyżowaniu ul. Elbląskiej i Grunwaldzkiej, w połowie XIX w. swój lokal otworzył Paul Dikert. Co ważne, restauracja połączona została z destylarnią alkoholu, co niewątpliwie zwiększało jej atrakcyjność. Jeszcze słynniejszy był kolejny właściciel lokalu czyli Max Kruger – ten sam, który był właścicielem „Kaiser Sale”, a więc restauracji na Wilczaku, przy ul. Wrocławskiej, w miejscu której stoi dzisiaj „Park Hotel”. Co ciekawe, ten lokal, w różnych wydaniach, i pod różnym zarządem (oczywiście po II wojnie światowej, w polskich rękach), przetrwał do lat 80. XX w. jako bar „Czyżkówko”. Restauracja, działała także przy ul. Koronowskiej 5 – początkowo prowadzona przez Wilhelma Petersona potem Ernsta Mentzela. Zapamiętajcie ten adres – wróci do nas w dalszej części opowieści. Podobnie jak Emil Kleinert, czyżkówkowianin z krwi i kości.
Po 1920 r. miejsce Niemców, zaczęli w naturalny sposób zajmować Polacy. Dawną restaurację Krugera prowadził początkowo Antoni Falkowski, a potem Leon Glapa i Ludwika Rutkowska. Tę przy Koronowskiej 5 przejął Tomasz Drzewiecki. Kulinarne tradycje Czyżkówka „na zewnątrz” reprezentował Stanisław Nowak, który zarządzał lokalem, działającym w samej Hali Targowej!
Byli na Czyżkówku także piekarze i cukiernicy. Przy Koronowskiej działały 2 tego typu lokale: pod numerami 4 i 17. Pierwszy zresztą, uruchomiony przez Carla Wilma w 1906 r. – co jest ewenementem, nie tylko na skalę bydgoską – działa do dziś, jako najstarsza nieprzerwanie funkcjonująca w Bydgoszczy piekarnia. Oczywiście dziś jest już w innych rękach, konkretnie zaś rodziny Grzechnik.

Drugiego lokalu już dawno nie ma, ale na ścianie kamienicy pod numerem 17 zachowały się nieźle dostrzegalne litery, układające się w słowo „Cukiernia”. Słodkości powstawały także przy ul. Wiejskiej (na styku z ul. Grunwaldzką). Tam, od 1963 r. działalność prowadził Edward Tyburek, a potem jego syn Czesław. Ten drugi, zasłynął potem jako biznesmen (związany m.in. z „Centrostalem”), a także człowiek prowadzący działalność charytatywną, wspierający wiele inicjatyw związanych z Czyżkówkiem (tutaj wymienić można choćby rewitalizację cmentarza przy ul. Chojnickiej).

Wielką estymą, cieszyli się oczywiście właściciele sklepów kolonialnych, czyli – przekładając na dzisiejsze słownictwo – sklepów wielobranżowych. Takowe znajdowały się głównie przy ulicach Grunwaldzkiej i Koronowskiej, a wśród ich właścicieli wymienić można choćby (pomiędzy wieloma innymi): Marię Zacharyasz, Marię Pischel, Klemensa Bileckiego, Mariana Grupę czy Feliksa Wiśniewskiego. Sklep rzeźnicki prowadził przy Grunwaldzkiej 187 Adolf Buchholz, a potem Czesław Jezierski. I tak dalej, i tak dalej.
Jest jednak kilka osób, które wymienić należy osobno, gdyż zasłużyli się lokalnej społeczności w sposób szczególny. Jedną z nich jest z pewnością Antoni Słaboszewski, który zaraz po powrocie Bydgoszczy do macierzy, zostawił dobrze prosperujący biznes restauracyjny w Dortmundzie i przyjechał do miasta nad Brdą. I tutaj rozpoczął prowadzenie interesów, m.in. uruchamiając sklep kolonialny (ul. Grunwaldzka 183, potem przejęty przez córki – budynek istnieje do dziś, po „flisackiej” stronie Grunwaldzkiej). Jako że był człowiekiem obytym, natychmiast otrzymał funkcję naczelnika obwodu, tj. zarządcy Czyżkówka. Walnie przyczynił się on do wybudowania kaplicy, a następnie kościoła katolickiego oraz cmentarza, a także uruchomienia sławetnego chóru (o wszystkich więcej piszę w dalszej części artykułu). Słaboszewski pozostał na ukochanym Czyżkówku i po śmierci (1942 r.), spoczywając na cmentarzu przy ul. Chojnickiej.

Działaczem społecznym co się zowie, był także Walerian Hypszer (początkowo nazywał się Huebscher, ale – jak mniemam – zmienił nazwisko, aby brzmiało bardziej polsko). Ten człowiek, znany był przede wszystkim jako nauczyciel w czyżkówkowskiej szkole katolickiej. A pracował w niej od pierwszego dnia „polskości” Bydgoszczy, czyli 1 kwietnia 1920 r., jako kierownik. Co prawda, w latach 30. XX w. zrezygnował z tej funkcji, jednak uczył w szkole aż do 1964 r. Dzięki swej zawodowej długowieczności, zwany był czasami „dziadkiem Hypszerem”. To głównie dzięki niemu placówka wciąż się rozwijała – dosłownie, jako budynek i w przenośni – pod względem jakości kształcenia. I on działał oczywiście w komitecie budowy kaplicy i kościoła. Zasłużył się Czyżkówku tak bardzo, że od 2002 r., w wyniku plebiscytu, jego imię nosi most, spinający Jachcice i Cyżkówko. Hypszer spoczął na Cmentarzu Nowofarnym.

Są i postacie współczesne, choćby Marek K. Jeleniewski, chyba najbardziej aktywny propagator dziedzictwa osiedla w ostatnich dekadach. Wszak to on podjął wiele inicjatyw, zmierzających do upamiętnienia ważnych postaci Czyżkówka czy jego historii – choćby zgłoszenie kandydatury Waleriana Hypszera jako patrona mostu, ustawienie pomnika, upamiętniającego cmentarze ewangelickie przy ul. Siedleckiej. On stworzył wiele artykułów, dot. Czyżkówka i on (bo któżby inny), jest autorem jedynej książki o osiedlu, wydanej w 2020 r. przez wydawnictwo „Margafsen”. Tutaj warto podkreślić, że Czyżkówko jest jednym z zaledwie 5 osiedli w Bydgoszczy, które doczekało się własnej publikacji książkowej (Stary Fordon, Nowy Fordon, Jachcice, Łęgnowo, Czyżkówko).
Swoje wspomnienia, dot. historii Czyżkówka, w niezwykle ciekawy sposób eksponuje na facebook’owych grupach, p. Rajmund Szychowski, związany z osiedlem od ponad 80 lat. Część z nich wykorzystałem przy tworzeniu rozdziału dot. dawnych, ewangelickich cmentarzy znajdujących się przy ul. Siedleckiej (o nich też piszę niżej).
Stąd, na szerokie wody (często dosłownie), wypłynęło wielu sportowców, jak choćby: hokeista Polonii Bydgoszcz, Marian Feter (kadrowicz, olimpijczyk z 1972 r.) czy Jan Świątkowski (wioślarz, wielokrotny mistrz polski, olimpijczyk z Helsinek z 1952 r.). Warto wspomnieć także o Stanisławie Olędzkim, wychowawcy szkolnym, który przeniósł się do Bydgoszczy już jako dojrzały człowiek, a będąc na emeryturze, dał się poznać jako artysta. Przy ul. Siedleckiej 15 otworzył galerię sztuki, gdzie eksponował dzieła wykonane przy wykorzystaniu… korzeni drzew!
Wielu zasłużonych osób związanych z Czyżkówkiem nie wymieniłem, gdyż po prostu nie sposób kogoś nie pominąć. Przedsiębiorcy wywodzili się ze środowisk związanych m.in. z: Fabryką Zapełek, Zjednoczonymi Zakładami Rowerowymi (późniejszy „Romet”), Bydgoską Fabryką Urządzeń Chłodniczych („BYFUCH”) czy „Elektromontażem”, ale według współczesnej nomenklatury mowa już o terenie Flisów.
Gazociąg własnymi rękoma
W powyższym rozdziale, celowo pominąłem jedną z kluczowych, dla współczesnego charakteru Czyżkówka, osób. Osobę, która kierowała działaniem, tylko potwierdzającym tezę postawioną w tytule poprzedniego rozdziału (tj. „Czyżkówko to ludzie”). I tak, dobrze myślicie, na myśli mam p. Władysława Horabika i głośną sprawę społecznej budowy czyżkówkowskiego gazociągu.
W latach 80. XX w. Cyżkówko wciąż postrzegane było jako peryferyjne osiedle miasta. I w myślach mieszkańców wielu innych osiedli, i w głowach władz. Dość powiedzieć, że mieszkańcy nie mieli dostępu do gazu. Czekali i czekali na ruch ze strony miasta, ale zniechęceni biernością, po prostu wzięli sprawy w swoje ręce. 19 czerwca 1982 r. zawiązano więc Społeczny Komitet Budowy Gazociągu „Czyżkówko”. Sukcesu raczej nikt się nie spodziewał, bowiem wcześniej, czyn społeczny, polegający na położeniu 200-metorowego odcinka wodociągu, trwał na osiedlu… 5 lat.
Niemniej, z gazociągiem i tak postanowiono spróbować. W zarządzie komitetu zasiedli więc: sekretarz Grzegorz Dombek i skarbnik Józef Brauza. Jednak najważniejszym człowiekiem, sercem przedsięwzięcia i jego głównym inicjatorem, był Władysław Horabik. Tytaniczna praca zespołu, a także nieprzebranych rzeszy czyżkówkowian, którzy pracowali oczywiście w czynie społecznym, z wydatną pomocą lokalnych przedsiębiorstw, sprawiła, że do 1985 r., położono niemal 40 km gazociągu (!). W ten sposób w gaz zaopatrzono ponad tysiąc domów, położonych przy 56 ulicach.

Komitet, po fachowo wykonanej robocie, zakończył działalność w 1988 r. I słowo „fachowo” przypadkiem tutaj nie jest, bo – choć nie sposób tego dokładnie zmierzyć – tutejszy gazociąg był zapewne największą, najszybciej i najtaniej wykonaną w czynie społecznym tego typu inwestycją w Polsce. Mało tego, działa po dziś dzień, mimo że przed rozpoczęciem budowy, inicjatorzy inwestycji nie mieli pojęcia o konstrukcjach takich jak ta. Douczyli się jednak, otoczyli specjalistami, a także potrafili zmotywować sąsiadów. No i udało się!
To, że p. Horabik tak mocno zaangażował się w budowę gazociągu, dziwić raczej nie powinno. A to dlatego, że określić należy go mianem prawdziwego człowieka renesansu. Od lat prowadzi firmę ubezpieczeniową, a do tego jest mecenasem sportu co się zowie. Powołał do życia i sponsorował takie amatorskie drużyny jak: „Horabik Ubezpieczenia” (siatkówka męska), „Horabik Lejdis” (potem występujące jako „Bluszczowa Rzeka”), „Horabik – Iskra” (piłka nożna męska). Do tego przyczynił się do organizacji w naszym mieście wielu amatorskich wydarzeń sportowych.
To nie wszystko, bo jest i p. Horabik… poetą! Jego twórczość możecie znaleźć na stronie internetowej www.horabik.pl. Tutaj warto jednak wspomnieć, że spora jej część odnosi się do idei tzw. „Bluszczowej rzeki”, której to rzeczony twórca jest chyba największym współczesnym propagatorem. Określenie „Bluszczowa rzeka”, odnosi się (jak pisałem już w artykule poświęconym Jachcicom) do Brdy. W przeszłości używali go m.in.: Tadeusz Nowakowski, Leon Wyczółkowski czy Jan Paweł II.
Z „Bluszczową Rzeką” spotkacie się na Czyżkówku, tuż przy jego styku z Jachcicami. Mowa o kładce nad Brdą, zwanej (jakże by inaczej) „Kładka nad Bluszczową Rzeką”. Kładkę wybudował KPEC, podczas tworzenia nowego ciepłociągu, przy okazji tworząc także przejście dla pieszych. Na tablicy, stojącej przy wejściu na konstrukcję od strony Jachcic, przeczytacie właśnie jeden z wierszy p. Władysława Horabika!

Pozwolę sobie zacytować: „Witam Cię! – Bluszczowa Rzeka. Ciebie z bliska i z daleka! Proszę, zabierz z tych podróży promyk słońca, zapach róży, woń konwalii, smak poziomek, leśną cisze, w bluszczach domek, szmery fal i piasku złoża, rwące nurty, łany zboża, koncert polnym sopran dzwonka, głosy łąki, śpiew skowronka, kamyk podróżami gładki, przypływ zdrowia, pejzaż rzadki”.

Ewangelicy…
Pisałem o tym wielokrotnie, więc nie będą się zbytnio powtarzał. Okres zaborów to czas, w którym w mieście wybudowano wiele protestanckich świątyń. Obecnie, niemal wszystkie (za wyjątkiem: Kościoła Zbawiciela przy Placu Zbawiciela przy skrzyżowaniu ulic: Warszawskiej i Fredry oraz Kościoła Ewangelicko-Metodystycznego przy ul. Pomorskiej), służą katolikom, a wiedza o ich protestanckich korzeniach, w społeczeństwie jest raczej nikła.
Podobnie jak w kontekście funkcjonowania ewangelicko-unijnego zboru na Czyżkówku. A takowy istniał, pod obecnym adresem: ul. Koronowska 14. Niewielki jednonawowy kościółek z wieżyczką (w niej znajdował się dzwon), a także sąsiednia pastorówka, powstały w 1909 r. Była więc to trzecia od końca, świątynia protestancka, powstała w obecnych graniach Bydgoszczy w okresie zaborów. Przedostatni był zbór w Łęgnowie (obecnie kościół pw. Matki Boskiej Królowej Polski) powstały w 1911 r., a ostatni kościół pw. św. Jana Apostoła (dziś pw. św. Wojciecha) przy ul. Kanałowej, który wzniesiono w 1913 r.

Świątynia była niewielka – jednorazowo mogła pomieścić ok. 400 osób. W środku znajdowały się malowidła, witraże, a także organy z legendarnej firmy Paula Voelknera – a należy pamiętać, że posiadanie takowych, było swego rodzaju prestiżem. Obiekt zaprojektował Ismar Hermann – ten sam, który działał przy wnoszeniu świątyń: św. Józefa Rzemieślnika przy ul. Toruńskiej (wówczas św. Józefa), Miłosierdzia Bożego przy ul. Nakielskiej i Marcina Lutra na Szwederowie (ten już niestety nie istnieje).
Kościół podlegał rzecz jasna pod parafię ewangelicko-unijną – początkowo tę okolską, a od 1903 r. już lokalną, czyżkówkowską. Wtedy też postanowiono, że tutejsi wierni zasługują na własny budynek sakralny – wcześnie spotykali się w różnych miejscach, głównie w szkole. W okresie tym, pastorami na Czyżkówku byli: Hugo Flatau, Franz Sichtermann oraz Richard Kutzer.

Historia parafii zakończyła się, co oczywiste, wraz z zakończeniem II wojny światowej, a raczej „wyzwoleniem” (wybaczcie, ale to było przejście z jednej okupacji do drugiej) miasta. Wtedy budynki zboru zostały przekazane parafii pw. św. Antoniego z Padwy. Następnie, przez lata działał tutaj magazyn, a budynek kościoła został – napiszmy to wprost – oszpecony. Istnieje co prawda po dziś dzień, ale już dawno bez charakterystycznego dachu i dzwonnicy, a jedynie jako prostokątna bryła. Od lat 80. XX w. w tym miejscu działa przedszkole.
Dawny budynek pastorówki bardziej przypomina pierwowzór – widocznie nie „raził” tak oczu nowej, ludowej władzy. Dziś funkcjonuje tutaj placówka pomocy potrzebującym: Centrum Pomocy im. św. Brata Alberta. Placówkę prowadzi Zgromadzenie Zakonne Sióstr Albertynek. Spokojnie możecie wejść na podwórko placówki, zerknąć na obiekt i wspomnieć dzieje czyżkówkowskich ewangelików. Tuż obok stoi także (znajdując się w rękach prywatnych) dawny dom parafialnego organisty.


Sprawdź nasz kanał na YouTube!
…katolicy…
Zmiana przynależności państwowej miasta, spowodowała zmianę w strukturze wyznaniowej miejscowości, a raczej osiedla (wszak mówimy o procesie, który rozpoczął się w 1920 r.). W 1923 r., odpowiadając na potrzeby „tubylców”, powołano komitet budowy kaplicy rzymskokatolickiej. Jego liderem został Stanisław Brandowski, dziennikarz publikujący na łamach „Dziennika Bydgoskiego”. Oczywiście, w grupie znaleźli się także „wszyscy święci”, a więc ówcześni liderzy Czyżkówka, z Walerianem Hypszerem i Anotnim Słaboszewskim na czele. W archiwach zachowały się informacje, że członkowie grupy spotykali się w sklepie Słaboszewskiego, przy ul. Grunwaldzkiej 183.
Szybko postanowiono, że dobrym miejscem na umieszczenie w nim miejsca kultu, będzie budynek restauracyjny przy ul. Koronowskiej 5. „Za Niemca”, lokal był znany jako „Jagerhof” lub „Villa Jagerhof”, a po 1920 r. analogicznie, lecz po polsku: „Czyżkówko” lub „Willa Czyżkówko”. Kiedy tylko podjęto decyzję, że to odpowiednia lokalizacja, mieszkańcy rzucili się na pomoc, zbierając fundusze, umożliwiające przejęcie nieruchomości. Swoją cegiełkę (a raczej pokaźną cegłę) dołożył do tego sam Franz Peterson, który skupował od członków komitetu zboże, w nieco zawyżonej cenie. Uzyskane w ten sposób fundusze przeznaczono właśnie na wykupienie działki i budynku.
Oczywiście, transakcja się powiodła, a kaplicę oddano w ręce wiernych 19 lutego 1924 r. W środku umieszczono obraz autorstwa Józefa Grabowskiego, malarza i przy okazji mieszkańca Czyżkówka. Na obrazie znalazł się św. Antonii, patron kaplicy (albo, jak mawiano czasami w mieście „kościółka”). Istnieje prawdopodobieństwo, że ten Antoni to „sprawka” Antoniego Słaboszewskiego, który w ten sposób unieśmiertelnił (proponując taki patronat) własną osobę. W sumie, fajna sprawa – popieram! Co ciekawe, do budynku trafiło wyposażenie z irwingiańskiej kaplicy na Wilczku przy ul. Miedza (dziś w dawnej kaplicy znajduje się sala gimnastyczna Technikum Fryzjerskiego).

Należy pamiętać, że kapliczka podlegała pod parafię Świętej Trójcy. Czyżkówko nie było więc w tej sferze niezależne. Mało tego, proboszcz z chwytowskiej parafii, ani myślał o rozłamie na swoim terenie. I tutaj znów, sprawy w swoje ręce wzięli czyżkówkowanie, konkretnie zaś Słaboszewski, Jezierski i Brandowski, którzy złożyli wizytę… biskupowi Antoniemu Laubitzowi. Nie wiem, co mu powiedzieli, ale najważniejsze, że im się udało, a parafia pw. św. Antoniego z Padwy stała się faktem w 1929 r. Później utworzenie parafii, Gniezno potwierdziło jeszcze w 1933 r.
I wtedy znowu się zaczęło. No bo jak to? Parafia bez pełnoprawnego kościoła? Ponownie utworzono więc komitet budowy, tym razem kościoła, a nie kaplicy, znów zrzeszono lokalnych „bossów”. Szefem komitetu został Józef Zacharyasz (prywatnie zięć Słaboszewskiego), znowu zaczęły się zbiórki. I wreszcie się udało – w 1935 r. zakupiono działkę u zbiegu ul.: Głuchej i Nad Torem. Co ciekawe, zakupiono ją od Klary Peterson! Jak już wspomniałem, historia Czyżkówka bez Petersonów byłaby niepełna.

W latach 1936-1939 udało się wznieść całą świątynie w stanie surowym. Projekt stworzył poznański architekt, Stefan Cybichowski, ten sam który wcześniej m.in.: zaprojektował kościół na Szwederowie pw. Matki Boskiej Nieustającej Pomocy, a także prowadził prace przy remoncie Klarysek.
Na Czyżkówku prace były na ukończeniu – konkretnie zaś budowano sklepienie – kiedy wybuchła wojna. W jej trakcie kościół przetrwał chyba tylko cudem, bo Niemcy chcieli go wyburzyć, ale ostatecznie – dzięki sprytnym zabiegom ks. Bernarda Polzina, utworzono tutaj magazyn narzędzi budowlanych. Wykańczanie budynku ruszyło zaraz po „wyzwoleniu” miasta. Ślady tegoż, wieża kościoła pamiętała potem przez długie lata – do momentu otynkowania w 2019 r., wyraźnie można było dostrzec ślady ostrzału.

Wierni z Czyżkówka, od kiedy tylko mogli, a więc od momentu opuszczenia miasta przez Niemców, do grudnia 1945 r., chadzali na nabożeństwa do dawnej kaplicy, przy ul. Koronowskiej. Ta potem przez lata niszczała, aż ok. 10 lat temu rozebrano ją (na Google Street znajdziecie jeszcze zdjęcia z 2012 r., na których widać budynek – załączam niżej), a w jej miejscu postawiono nowoczesny blok mieszkaniowy. Tak właśnie zakończyła się historia budynku, wzniesionego jeszcze przez ród Petersonów.


Powojenne prace remontowe w kościele św. Antoniego z Padwy trwały jeszcze wiele lat. Konsekracji świątyni dokonano 1 grudnia 1945 r. i podobno była to pierwsza poświęcona świątynia po zakończeniu okupacji. To oczywiście nie był koniec, bo potem dodawano jeszcze liczne elementy takie jak: ambona (1949 r.: Alfons Licznerski, autor projektu Teatru Pomorskiego), ołtarz główny (1951 r., Kazimierz Lipiński) czy polichromię (1967 r.). De facto kościół wciąż nie został ukończony. Do otynkowania pozostało wszak prezbiterium świątyni.


Dziś kościół jest naprawdę ładny – wnętrze może pozbawione jest przepychu, ale ocenić je należy jako estetyczne. Odnośnie wspomnianego wyżej tynku, zdaję sobie sprawę, że to rzecz ważna, choćby z uwagi na kwestie ogrzewania itp. Mimo to, bardzo żałowałem utraty pamiątki historii, w postaci śladów ostrzału. Bo przecież, mimo że to historia tragiczna, to jednak nasza, polska i bydgoska.
…i ich miejsca spoczynku
Skoro były świątynie, prędzej czy później pojawić musiały się także cmentarze. I to całkiem sporo, przede wszystkim w kontekście pochówków ewangelików. My jednak zaczniemy „od końca”, czyli od najmłodszej nekropolii na osiedlu – cmentarza katolickiego przy ul. Chojnickiej. Ten powstał w 1930 r., a więc krótko po powołaniu niezależnej parafii św. Antoniego z Padwy na Czyżkówku. Uprzednio, mieszkańców wsi, a potem osiedla, chowano głównie na cmentarzu Starofarnym przy ul. Grunwaldzkiej.

Cmentarz jest dość charakterystyczny – wytyczony na płaskim jak stół terenie, przez co wydaje się być wciśniętym między zabudowania ulic: Chojnickiej z jednej strony i Podniebnej z drugiej. Całość liczy ok. 1,6 ha i mimo współczesnego – na pierwszy rzut oka – charakteru, znajdziecie tutaj jeszcze całkiem sporo nagrobków z 20-lecia międzywojennego. Najstarsze pochodzą z lat 30. XX w. Jest też kostnica, w powstałym na początku istnienia cmentarza, dawnym grobowcu rodziny Kocikowskich.

Co ciekawe, do czasu powstania tamtejszej parafii, pod parafię św. Antoniego z Padawy podlegał także swego czasu cmentarz na Prądach, przy ul. Tańskich. Nawet biorąc to pod uwagę, przewagę mają na Czyżkówku cmentarze ewangelickie. Wyobraźcie sobie bowiem, że takowe istniały tutaj aż 3. Pardon: istnieją, bo przecież „zmiecenie” nagrobków z powierzchni ziemi, niczego nie zmienia, bez odpowiednio przeprowadzonej ekshumacji.
Zacznijmy od cmentarza, położonego najdalej na południe. Znajdował się on w miejscu, w którym dzisiaj istnieje park i… plac zabaw, między ulicami: Nad Torem i Siedlecką. Jego północny skraj sięgał przedłużenia ul. Głuchej. Dziś nie ma tutaj nagrobków – te się nie zachowały, a czasy cmentarza pamiętają tylko nieliczne drzewa. Wielki żal, bo z pewnością wciąż spoczywa tutaj wielu bydgoszczan – Niemców, ale bydgoszczan. Na pewno wiemy, że pochowano tutaj Emila Kleinerta, znanego restauratora – właściciela lokalu, znajdującego przy IV śluzie (tego samego, który obecni właściciele od paru lat, bezskutecznie próbują zaadaptować na potrzeby teatru). To, że jego grób bezpowrotnie zniknął, jest dla mnie nie do pomyślenia.

Cmentarz, mimo że zdecydowanie zlokalizowany na Czyżkówku, od początku służył gminie Okole, czyli Shleusenau. Powstał ok. połowy XIX w. i w szczytowym momencie zajmował obszar ponad 1 ha. Ten cmentarz był zdecydowanie bogatszy, aniżeli sąsiedni – w oczy rzucały się zdobienia, eleganckie pomniki. Na jego terenie znajdował się także przynajmniej jeden grobowiec oraz studnia. Oficjalnie zlikwidowany rozporządzeniem z 1964 r., jednak wtedy nie było już po nim niemal śladu.

Nieco dalej, ale wciąż w tym samym parku (na północ od przedłużenia ul. Głuchej), znajdował się od drugiej połowy XIX w., cmentarz gminy Czyżkówko. Tutaj sytuacja jest analogiczna jak w przypadku „sąsiada” – nagrobków brak, został drzewostan. Ten cmentarz był nieco mniejszy od „sąsiada”, licząc ok. 0,8 ha. Tutaj znajdowały się minimum 2 grobowce, kaplica cmentarna i studnia. Również zamknięto go oficjalnie w 1964 r.
Według wspomnianego już p. Rajmunda Szychowskiego, w dzieciństwie mieszkającego po sąsiedzku i chadzającego obok cmentarzy do szkoły, jeszcze na początku lat 50. XX w. nekropolie były otoczone ceglanymi murami. Chyba nikt nie wiedział do końca, jak pochodzić do kwestii niemieckich nekropolii, bo przez długi czas, stały odłogiem – bez ingerencji ze strony polskich mieszkańców. Niestety, z czasem zaczęto traktować je jako dzikie śmietniska, a nawet… publiczną toaletę. Mur zniszczyli mieszkańcy, pragnąc zdobyć cegły, mające potem posłużyć ich własnym celom. Prawdopodobnie tak samo „skończyły” cmentarne grobowce i kaplica.

Pan Rajmund był także świadkiem ostatecznej, fizycznej likwidacji cmentarzy. Niestety, bo lepiej by było, gdyby nigdy do niej nie doszło. Na szczęście, bo dzięki tej obserwacji, wiemy dziś, jakie metody wówczas stosowano. Otóż, w kilka dni, latem 1957 r., większość ludzkich szczątków po prostu wykopano, i załadowano do cynkowych trumien. Co istotne, kopali pilnowani przez strażników… więźniowie! Kości wrzucano naturalnie do trumien byle jak, nie patrząc na to, czy to szczątki jednej czy kilku osób. O wielu mogiłach zapomniano – przez lata znajdowały się jeszcze w parku, zapewne ulegając ostatecznej likwidacji sporo później. Wspomnienia p. Rajmunda znajdziecie na grupie facebook’owej: Bydgoszcz-Czyżkówko oraz na profilu „Stowarzyszenie Lapidaria. Zapomniane cmentarze Pomorza i Kujaw”. Ja, po przeczytaniu ich, byłem wstrząśnięty. Okrucieństwem, brakiem ludzkich odruchów, jakimi wykazały się ówczesne władze miasta. Po prostu brak słów.
Tutejsze cmentarze doczekały się na szczęście upamiętnienia. Skromnego bo skromnego, ale lepsze to, niż nic. W 2006 r., z inicjatywy p. Marka Jeleniewskiego, w północnej części parku (tj. na terenie cmentarza należącego do gminy Czyżkówko), ustawiono niewielki monument. Może w najbliższych latach – jako że sprawa powoli (bardzo mozolnie, ale jednak) przebija się do świadomości mieszkańców miasta – uda się postawić bardziej godny pomnik lub tablicę informacyjną?

Najmniejszy, w szczytowym momencie liczący 0,06 ha, cmentarz, powstał na skraju dzisiejszego osiedla, na terenie dawnej osady Wolken (później zwanej Chmury), a więc w północnej części ul. Siedleckiej. To również XIX-w. cmentarz, który oficjalnie zakończył swój „żywot”, podobnie jak pozostałe, w 1964 r. Ten cmentarz był najuboższy ze wszystkich, ale – co paradoksalne – jako jedyny z nich przetrwał do dziś. Przynajmniej w pewnym sensie, bo znaleźć możecie tutaj kilka, mocno zdewastowanych, nagrobków. Pewnie dlatego, że cmentarz znajduje się w lesie, z dala od zabudowań. Warto dodać, że wiosną 2023 r., teren dawnej nekropolii został uporządkowany przez p. Marka Jeleniewskiego i pracowników Miejskich Wodociągów i Kanalizacji. Super, że takie akcje, coraz częściej mają miejsce!


Zagłębie… chóralne
To pewnie zaskoczy wielu bydgoszczan i miłośników miasta, ale Czyżkówko ma duże zasługi w rozwoju bydgoskiej… muzyki chóralnej! Tak jest, dobrze to przeczytaliście. Wszak właśnie tutaj, 30 marca 1924 r. zawiązano chór, nazwany początkowo Kółkiem Śpiewaczym „Czyżkówko”. Swoją drogą, warto wspomnieć, że wiceprezesem został (skąd ten człowiek brał czas i siły?) Antoni Słaboszewski.
W 1926 r. chór zyskał nazwę „Arion”, a także związał się z Pomorskim Związkiem Śpiewaczym. Dwa lata później zapadła wielce istotna, z uwagi na późniejsze wydarzenia, decyzja o przystąpieniu do Związku Chórów Kościelnych. Tym samym, chór znalazł się pod bezpośrednim zarządem kościoła. W związku z tym, w 1929 r., świecką nazwę „Arion” zmieniono na Towarzystwo Śpiewu Św. Cecylia.
Wtedy też, niemal 100 lat temu, powstał sztandar chóru, który – co zaskakujące – przetrwał do dziś! Znajdziecie go na piętrze gmachu Akademii Muzycznej im. Feliksa Nowowiejskiego, przy ul. Słowackiego. Pisałem o tym w artykule poświęconym temu gmachowi, czyli TUTAJ. Chór grywał oczywiście głównie u siebie, czyli na Cyżkówku – w szkole oraz w kaplicy przy ul. Koronowskiej. Bywało i tak, ze występował w innych bydgoskich świątyniach lub na okolicznościowych wydarzeniach.

Było na tyle dobrze, że w końcu – jak to w życiu bywa – coś musiało pójść nie tak. No i poszło, a raczej doszło – do klasycznego konfliktu na linii: władza świecka, władza kościelna. Czyżkówkowskiej parafii niezbyt podobała się samodzielność zarządu chóru, toteż zażądała usunięcia ówczesnego dyrygenta, Alfonsa Lampkowskiego, co spotkało się natychmiastową i stanowczą z odmową. Efekt? Zakaz wstępu do kaplicy parafialnej. Nie wpłynęło to jednak na grupę negatywnie, a wręcz przeciwnie – ta szybko rosła i zyskiwała uznanie.
Po wojnie chór powrócił pod starą nazwą „Arion” i trafił pod skrzydła Bydgoskiego Towarzystwa Muzycznego. Jego domem było już nie Czyżkówko, a nowo powstała Filharmonia Pomorska, gdzie grupa zaczęła działać jako pełnoprawny chór. Niestety, jego historia zakończyła się po 66 lat od powołania, w sezonie 1989/1990. Szkoda, bo w tym roku moglibyśmy świętować 100 lecie zespołu.

Opisana wyżej rozłąka czyżkówkowskiego chóru z kościołem, sprawiła, że na osiedlu „wyrosła” kolejna grupa muzyczna. Chórzyści, którzy dalej chcieli działać pod egidą parafii, założyli więc w 1932 r. chór św. Cecylii. Ta organizacja przetrwała aż do lat 70. XX w. choć i w jej szeregach zdarzały się konflikty. Dla przykładu, w 1935 r., ¾ członków opuściło skład chóru.
Co ciekawe, chór św. Cecylii zdołał po latach wrócić do żywych. W 2014 r., z inicjatywy proboszcza parafii św. Antoniego z Padwy, Janusza Konysza, udało się to doprowadzić do skutku. Dyrygentem został parafialny organista Paweł Pawłowski, który pełni tę funkcję po dziś dzień.
Dom (z) papieru
To, że na Czyżkówku funkcjonowała, jeszcze całkiem niedawno, papiernia, wie większość bydgoszczan. Ale fakt, że przemysł papierowy, zawitał tutaj już w połowie XVII w., jest znacznie mniej znany. Przywilej, umożliwiający uruchomienie takiego biznesu, w 1646 r. starosta Franciszek Ossoliński, przekazał Andrzejowi Paulusikowi. Potem, w 1723 r., analogiczne prawo otrzymał Jan Sommer, a w źródłach zachowały się także informacje, o papierni, prowadzonej przez Petersonów. Ta znajdowała się przy ul. Młyńskiej, a więc w kompleksie, kojarzonym dzisiaj głównie z młynami. To już jednak – jak wspomniałem wcześniej – teren współczesnego Okola.

Legendarnym, bo i pamiętanym przez wielu współczesnych bydgoszczan, był jednak kompleks, powstały w latach 1920-1921 r., przy ul. Siedleckiej. Ten, utworzono na dużym terenie, dawniej wykorzystywanym przez cegielnie niemieckiego przedsiębiorcy, Gelhorna. Po niej została wykorzystywana przez cegielnię glinianka. Zresztą, ten staw przy ul. Siedleckiej, istnieje po dziś dzień. Oczywiście, jego okolice są dość mocno zarośnięte, jednak w kilku miejscach bez problemu dojedziecie aż do samej wody.

Wracając jednak do papierni, to ta początkowo otrzymała nazwę „Papiernia Wielkopolska”. Służył jej cały kompleks budynków, w tym wiele dużych hal produkcyjnych, kominy, wieża ciśnień, port, a nawet bocznica kolejki wąskotorowej. Co ciekawe, po likwidacji „ciuchci”, w 1969 r., nad Kanałem powstał most, doprowadzający tutaj tradycyjną kolej. Ten istnieje do dziś, ale już tylko jako bardzo zaniedbana kładka, dzięki której dojdziecie na Okole, do ul. Nadrzecznej. Po stronie okolskiej zachował się nasyp kolejowy, który wiedzie aż do funkcjonującej linii, wiodącej do stacji Bydgoszcz Główna. Wśród zrujnowanych budynków papierni, znaleźć można zaś jeszcze świadczące o istnieniu bocznicy, fragmenty szyn oraz podkładów.



Dość szybko papiernia osiągnęła status kluczowego dla Rzeczypospolitej przedsiębiorstwa, produkując ok. 20% całego papieru na terenie państwa. Jakie to były liczby? Całkiem spore, bo 25 ton w skali dnia! Zaskakujące, ale mimo początkowych sukcesów, szybko pojawiły się problemy, i na początku lat 30. XX w., przedsiębiorstwo udało się uratować tylko dzięki władzom miasta. Cóż, mówimy wszak o czasach wielkiego kryzysu.

Po wojnie sytuacja się unormowała, a kompleks przyjął nazwę Bydgoskich Zakładów Papierniczych, a potem dodano do tego jeszcze słowo: „Papirus”. Wszystko „grało i buczało”, aż do transformacji systemowej, po której (jak wiele innych) przedsiębiorstwo nie poradziło sobie z nową rzeczywistością. Syndyk upadłościowy przejął teren w 2003 r. i wkrótce firma przestała istnieć.

Pamiętam dobrze, jak ponure wrażenie robiła papiernia od strony Brdy, w ostatnich latach funkcjonowania. Z rur, odprowadzających zapewne ścieki lub wodę poprodukcyjną, sączyły się do Brdy jakieś niezbyt przyjaźnie wyglądające płyny. Odtąd zaczynał się ten „mniej czysty” – mówiąc eufemistycznie – miejski fragment Brdy. Większość budynków zniszczono, ponoć niektóre przy użyciu dynamitu. Zostało kilka, a ich stan woła o pomstę do nieba. Wciąż bez problemu można do nich dojść (np. od strony Jachcic, za pomocą opisanej niżej „Kładki nad Bluszczową Rzeką”), bo teren nie jest ogrodzony. Lepiej nie wchodźcie jednak do budynków, bo te grożą zawaleniem. Sam teren od lata traktowany jest zaś jako… dzikie wysypisko. Tak jest, w latach 20. XXI w. mamy jeszcze w Bydgoszczy takie miejsca. A miało powstać tutaj osiedle mieszkaniowe…

Szkoda tego papierniczego dziedzictwa. Tym bardziej, że ludzie z Czyżkówka naprawdę wiązali swoje życia z firmą. To, że wielu z nich tutaj pracowało to jedno, ale przy zakładzie działały m.in. dom kultury oraz klub sportowy. Przechrzczony na „Pole Wańczury” (od nazwiska jednego z dyrektorów), trawiasty teren, w pobliżu ewangelickich cmentarzy (dziś jest tutaj jezdnia), zajęło wybudowane przez pracowników boisko. Mało tego, w 1929 r., na terenie papierni powstał jedyny w ówczesnym województwie bydgoskim, kryty kort tenisowy. To w zasadzie był kaprys dyrektora Siody, bo jego córka, Zofia, była wyróżniającą się w skali kraju juniorską.

Inne ciekawe miejsca
W opisanych wyżej rozdziałach, nie sposób było „przemycić” wszystkich ciekawych obiektów i miejsc osiedla. I tak, oznacza to, że jest ich tutaj bardzo wiele. Zaskakujące, prawda? Jest przecież choćby kapliczka św. Józefa, stojąca w ogrodzie domu przy ul. Siedleckiej 138. To miejsce kultu św. Józefa, które ustawił tutaj wspomniany już zięć Antoniego Słaboszewskiego, Józef Zacharyasz. W ten sposób, chciał podziękować swojemu patronowi za ocalenie, w trakcie II wojny światowej.

Na południowym skraju osiedla, tuż przy Kanale, znajduje się z kolei… wieżyczka czołgu. Tak jest – mowa o modelu T-34 czyli „Rudy”, który upamiętnia wiekopomny moment z historii bydgoskiej kinematografii. Przecież właśnie tutaj (tj. na sąsiedniej śluzie Okole), w sierpniu 1968 r., nagrywano jeden z odcinków „Czterech pancernych i psa”. Mowa o epizodzie „Wysoka fala”, w którym Bydgoszcz zagrała niemieckie miasteczko Ritzen. W serialowej rzeczywistości, Franciszek Pieczka, czyli Gustlik, wysadził śluzę przy użyciu panzerfausta, a następnie woda zalała Rybi Rynek. Nasi bohaterowie, niby wczesne wcielenia „Rambo”, przepłynęli potem Brdą na barce, oczywiście pozostając nietkniętymi.

Tyle o filmowej rzeczywistości, ale w 2021 r., w tym miejscu miały miejsce wydarzenia realne, choć przypominające nieco film. W pobliżu lufy „Rudego” znajdowała się bowiem skrytka, w której dilerzy przechowywali… amfetaminę! Mało tego – polica znalazła tutaj aż 6 kg tego specyfiku! Cóż, przestępcy wyszli pewnie z założenia, że najciemniej jest pod latarnią, tj. pod lufą czołgu.
Nie sposób byłoby nie wspomnieć o obiekcie kluczowym, rzec można strategicznym, dla naszego miasta. O czym mowa? O stacji wodociągowej „Czyżkówko” oczywiście. Ta powstała w 1957 r., a w kolejnych dekadach wciąż była unowocześniana, dzięki czemu dzisiaj zapewnia 2/3 wody pitnej dla bydgoszczan. Tutejsze ujęcie wody, widać idealnie od strony Brdy (np. płynąc kajakiem), wszak to właśnie królowa borowiackich rzek, dostarcza życiodajny płyn do tutejszych zbiorników.
A propo wody, bardzo urokliwe są oczywiście nabrzeża Brdy i Kanału Bydgoskiego (nowej nitki). Miejscami mocno zarośnięte, dające wrażenie, jakbyśmy znajdowali się w dzikich ostępach, a nie na terenie dużego osiedla mieszkaniowego. Najpiękniej jest oczywiście nad Brdą – im dalej na północ, tym lepiej. Wszak mamy tutaj do czynienia z rzeką, o charakterze niemalże górskim, pięknie wijącą się w dolince. Jeżeli zaś chodzi o kąpiel w Brdzie, to bodaj najbardziej urokliwą plażą na terenie osiedla, jest ta, przy ul. Karolewskiej, tuż za nowymi blokami.


Nie samą Brdą i Kanałem Bydgoskim człowiek jednak żyje. Co prawda na niewielkim odcinku, ale jakże istotnym, przez Czyżkówko przepływa przecież słynny Flis! Słynny z wielu powodów, również dlatego, że pisałem i mówiłem o nim (w trakcie wycieczek) tak wiele, razy, że tym razem odpuszczę sobie szczegóły. W każdym razie, na Czyżkówko wpływa pod ul. Grunwaldzką (tuż obok ul. Flisackiej, zbudowano most, którego na co dzień raczej się nie zauważa), a następnie przecina ulicę Koronowską i zmierza (obok stacji Orlen) ku Kanałowi Bydgoskiemu.

I tutaj zaczyna się najciekawsze, bo właśnie w graniach Czyżkówka (no i Okola) znajduje się się konstrukcja wyjątkowa – akwedukt, którym Flis przepływa pod Nowym Kanałem Bydgoskim! Właściwie mowa tutaj o syfonie, gdyż miano akwedukt przysługuje większym rozwiązaniom tego typu, niemniej fakt jest faktem. Konstrukcję utworzyli jeszcze zaborcy, kiedy oddawali do użytku nową nitkę Kanału, najwidoczniej nie chcąc zmieniać biegu Flisa. Ten przecież, dostarczał wodę do obiektów, stojących przy ul. Młyńskiej. Niezwykłą konstrukcję syfonu, a także ostatnie metry Flisa na Czyżkówkach, zobaczycie z bliska, schodząc pod most św. Antoniego z Padwy. Bez najmniejszych problemów, możecie to zrobić idąc od strony Witolda Pileckiego.


Bardzo fajny klimat znajdziecie także w lesie, okalającym Czyżkówko. Ta zielona oaza, pozwala na rowerowe (lub, jeżeli macie trochę czasu i kondycję, również piesze) wycieczki na Osową Górę czy do Smukały. A na skraju kompleksu, przy ul. Wyrzyskiej, traficie na Wały Kujawskie! Ta owiana legendą konstrukcja, która ciągnie się do tego miejsca, aż od ul. Przejście na skraju Flisów, ma prawdopodobnie XVI w. rodowód. Przez lata twierdzono nawet, że mogą być i kilkaset lat starsze, a do tego wybudowano je jako konstrukcję obronną, jednakże tutaj raczej powinniśmy mówić o granicach – oddzielających dobra: miejskie, szlacheckie i kościelne. Oczywiście, do dziś przetrwała niewielka część dawnych wałów – wiele fragmentów poległo wraz z rozwojem infrastruktury, m.in. ul. Grunwaldzkiej.
Wiele nie zostało także po bytności na osiedlu słynnej ciuchci, a więc kolejki wąskotorowej. Warto jednak wspomnieć ją, choćby w kilku słowach, bo to przecież rzecz niemalże kultowa. Ta przejeżdżała przez teren Czyżkówka już na długo przed jego przyłączeniem do Bydgoszczy, bo od 1895 r. Najpierw jeździła ul. Grunwaldzką do wysokości ul. Wiejskiej, a potem zakręcała w stronę ul. Koronowskiej. Podczas okupacji przebudowano trasę, w taki sposób, aby jeździła ul. Głuchą, a po wojnie, dzięki wybudowanemu mostowi nad Kanałem, skręcała w ul. Nad Torem (która zresztą zawdzięcza temu rozwiązaniu swoją nazwę).

Kolejkę zlikwidowano w 1969 r., a dziś przypominają o niej dwie, stojące na osiedlu tablice: Czyżkówko (pod kościołem pw. św. Antoniego z Padwy) oraz Cyżkówko-Las, przy skrzyżowaniu ulic Koronowskiej i Chmurnej. Niektóre przęsła płotu, otaczającego ogródki działkowe przy ul. Siedleckiej, wykonane są z dawnych szyn, po których jeździła ciuchcia. Tyle, poza wspomnieniami, zostało.

Osiedle willowe?
Na koniec słowo o klimacie współczesnego Czyżkówka. Co zobaczyłby postronny obserwator, rzucony na przypadkową uliczkę tej części Bydgoszczy? Zapewne ciągnące się przez kilometry, rzędy klockowatych, jedno lub kilkurodzinnych domostw. Nie mówię oczywiście, że to coś złego – taka specyfika osiedla.

Przede wszystkim bowiem, uliczki przy których dominuje taka zabudowa (a więc m.in.: Chojnicka, Łąkowa, Wiejska, Pszeniczna, Karsińska, Burzowa, Żnińska, a po wschodniej stronie ul. Nad Torem, także: Siedlecka, Żnińska, Byszewska) i wiele innych, są naprawdę spokojne. Człowiek niby wie, że jest w mieście, ale jednak czuje się, jakby był daleko poza nim. Inna sprawa, że wiele ulic – niczym na terenie podmiejskim, wciąż ma gruntową nawierzchnię, przez co w okresie jesiennym i wczesnowiosennym zamienia się w prawdziwe bagna.

Jednak to jeszcze nic, w porównaniu z problemami dekad minionych. W latach 90. XX w. Jerzy Derenda pisał nawet na łamach „Dziennika Wieczornego”, że: „Czyżkówko tonie!”. To był efekt niewyrabiającego się z funkcją „odprowadzalnika” wody, Flisa. Dodajmy efekt, traktowania go przez niektórych mieszkańców, jako rowu, do którego można wrzucać nieczystości. A że Czyżkówko było z natury podmokłym terenem (w kilku miejscach osiedla, m.in. przy ul. Wiejskiej znaleźć można jeszcze silnie zarastające stawy), o podtopienia nie było trudno. We wspomnianym artykule, pewien czyżkówkowianin twierdził nawet, że w jego piwnicy zamieszkały… żaby. Cóż, można powiedzieć, że to był bardzo „kumaty” człowiek (piękny suchar, wiem).
Odnośnie budynków, to – poza wspomnianymi wcześniej konstrukcjami, pozostałymi po Petersonach – w tych „domkowych” uliczkach, znajdziecie obiekty w bardzo różnym wieku – począwszy od 20-lecia międzywojennego (te są zwykle najładniejsze, nieco modernizujące, np. przy ul. Koronowskiej 23), przez okres PRL-u (typowe klocki, często z bardzo dziwaczną elewacją), po nowoczesne konstrukcje (tych jest z kolei najmniej).

Ten niezmienny od lat krajobraz, zakłóca nieco nowe budownictwo, wbijające się „klinem” w historyczną tkankę osiedle. Nowe bloki powstały więc w ostatnim 20-leciu przy ulicach: Siedleckiej, Koronowskiej, Karolewskiej (tutaj klimat jest doprawdy nietypowy, zupełnie inny, niż na pozostałej części osiedla), a w ostatnim czasie i przy Filtrowej. Tego, jak wszędzie, będzie coraz więcej – musimy się do tego przyzwyczaić.


A najstarsza zabudowa osiedla, wyjąwszy kolonię Petersonów? Otóż, część prawdziwie historycznych budynków, znajdziecie przy ul. Grunwaldzkiej. Niestety, z uwagi na poszerzenie ul. Grunwaldzkiej, które uznać należy za inwestycję potrzebną, niestety silnie wpłynęło na tutejszy krajobraz. W rezultacie, zniknął szereg ciekawych, często liczących grubo ponad 100 lat, kamienic. Bodaj najciekawsza była ta przy skrzyżowaniu ulic: Grunwaldzkiej z Koronowską. Zostało za to kilka historycznych konstrukcji przy ul. Koronowskiej, choć i te powoli znikają. Znajdziecie je przede wszystkim na pierwszych kilkuset metrach, od skrzyżowania z Grunwaldzką.

Są oczywiście i placówki oświatowe – 3 przedszkola, z najstarszym przy ul. Koronowskiej 5a na czele (działa od 1950 r.), a także szkoła podstawowa nr 16 przy ul. Koronowskiej. Ten budynek oddano do użytku w 1954 r., a wcześniej czyżkówkowskie dzieci chodziły do szkoły wybudowanej jeszcze w XIX w., znajdującej się w dawnym budynku szpitalnym. Po wojnie, placówka ta, znana była jako Publiczna Szkoła Powszechna im. Stanisława Konarskiego. I choć zamknięto ją w 1975 r., obiekt wciąż istnieje – znajduje się tam przychodnia. Obecnie to adres: ul. Grunwaldzka 138, a więc już teren Flisów.


Przy ul. Łanowej 2, w dawnym budynku rejonowej przychodni, działa filia Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej, która – przynajmniej częściowo – zaspokaja potrzeby kulturalne mieszkańców osiedla. Wciąż rozwija się także infrastruktura usługowa, ale raczej wyłącznie przy głównych traktach, bo na położonych w głębi Czyżkówka uliczkach zmienia się niewiele (a jeżeli już, bardzo wolno). Przy ul. Nad Torem w ostatniej dekadzie powstały przecież choćby „Polo Market” czy „Biedronka”, a tuż obok Hotel Agat ze SPA.
To wszystko służby ponad 8 tys. osób, zamieszkujących to osiedle, rozmieszczonych na ponad 350 ha powierzchni. Jak to się ma do innych bydgoskich osiedli? Otóż, średnio, gdyż w obu kategoriach, Czyżkówko plasuje się w mniej więcej w połowie stawki.

Na koniec mała prywata, a więc moje wspomnienia, dotyczące Czyżkówka połowy lat 90. XX w. Wtedy to, często odwiedzałem dom, stojący na styku ulic: Grunwaldzkiej i Łąkowej, w którym mieszkali ciocia z wujkiem oraz kuzynami. Jako że z rodzinnych Bartodziejów, na Czyżkówko właśnie, kursował autobus linii 60, zatrzymujący się dosłownie pod domem wujostwa, podróże te odbywaliśmy z bratem bardzo regularnie.
Czyżkówko tamtych lat wydawało się bardzo spokojne – dużo spokojniejsze nawet, niż dziś. Często chodziliśmy z kuzynami po okolicznych uliczkach, bez konkretnego celu, a krajobraz jaki mi się ukazywał, był fascynujący, bo jakże odmienny od moich bartodziejskich blokowisk. Zresztą, prawdę mówiąc, wracając tutaj po latach, mam wrażenie, że nie zmieniło się zbyt wiele. Niektóre domy zyskały nową elewację, niektóre ulice mają asfaltową nawierzchnię, ale wiele miejsc, wygląda dokładnie tak samo.

Warto wspomnieć także charakterystyczną, niedokończoną bryłę budynku (parterowy, ale z klatką schodową i schodami prowadzącymi na nigdy niepowstałe piętro – prawdopodobnie dom był budowany przed wojną, a jego dokończenie zastopował wybuch konflikt), w którym mieszkała rodzina. Obok był także rozległy ogród z drzewami owocowymi oraz urządzone na żwirze… boisko piłkarskie, z którego jako dzieci, prawie nie schodziliśmy. Domu już nie ma – poległ w walce z rozszerzeniem Grunwaldzkiej – dziś w tym miejscu przebiega droga dojazdowa, równoległa do Grunwaldzkiej, prowadząca do uliczek: Chojnickiej, Łąkowej i Wiejskiej. Zachowała się tylko część działki, w tym ta, na której znajdowały się ogród i boisko. Dziś jednak, nie sposób poznać tego miejsca.
Sprawdź nasz kanał na YouTube!
Na Czyżkówko, ku przygodzie!
Tutaj kończymy naszą wędrówkę po bydgoskim Czyżkówku. Myślę, że podzielicie moją opinię, iż jest to bardzo ciekawy obszar. Do tego, mam wrażenie, obszar dla przeciętnego bydgoszczanina, mało znany. I dla mnie, człowieka, starającego się eksplorować przestrzeń miasta z uwagą, przez lata, było to osiedle, którego praktycznie nie znałem (mowa o okresie, po 2001 r., kiedy to kuzyni wynieśli się stąd, i zniknął mój jedyny łączniki z tymi stronami).

Dzięki temu, a także dzięki wspomnianym wyżej zasobom, odkrywanie Czyżkówka, sprawiło mi naprawdę wielką przyjemność. Serio, taką, której nie miałem od dawna, a to już jest coś! Mam więc nadzieję, że i wy udacie się na „wyprawę” na Czyżkówko, i spróbujecie poczuć to co ja! A być może już to zrobiliście, w ramach naszej wycieczki z cyklu „Bydgoskie osiedla BEZ TAJEMNIC”.
Przy okazji, dla wszystkich odkrywców i miłośników tego co bydgoskie, polecenie. Dużo, dużo więcej informacji o Cyżkówku, jego historii, mieszkańcach, a także współczesności, znajdziecie w książce p. Marka k. Jeleniewskiego, zatytułowanej po prostu „Czyżkówko”, wydanej w 2020 r. przez Dom Wydawniczy „Margraffsen”
Dzięki za czytanie! Niebawem na blogu kolejne osiedla!
Piotr Weckwerth
Dziękuję bardzo za piękne opisane miejsca, które zawsze będą kojarzyć mi się z dzieciństwem. Spędziłam tam lata od 1959 do prawie 2000. U dziadków, a potem kuzynostwa. Grunwaldzka 196, już nie ma domu, ale wspomnienia pozostały…..kąpiele w rzeczce, jazda rowerem po szutrowej , czarnej drodze itd….Dziękuję jeszcze raz….Dodam , że mamy wspólnych kuzynów 🤓🤣🤣
Niestety, dzisiaj w tym miejscu przebiega droga dojazdowa 🙁 Została tylko część ogrodu, dziś pełniąca funkcję hurtowni…
Przeciekawy opis historii i współczesności Czyżkowka, czytałam prawie „jednym tchem”, tym bardziej, że na Czyżkówku spędziłam swoją młodość (przy ul. Wiejskiej był mój rodzinny dom, w którym mieszkałam do 1982r.). Niesamowita kopalnia ciekawostek szczególnie tych historycznych i zapewne jeszcze nie raz wrócę do tej lektury. Panie Piotrze, gratuluję pomysłu „Turystyka bez filtrów” i realizacji tego projektu – to dla nas Bydgoszczan niesamowita okazja i przyjemność uczestniczenia w poznawczych osiedlowych wycieczkach, którym Pan przewodzi. Serdecznie pozdrawiam i do zobaczenia na szlaku kolejnej wycieczki – Krystyna R.
Dzięki za miłe słowa! Czyżkówko jest tak ciekawe, że samo tworzenie artykułu, sprawiło wielką satysfakację 🙂
Gdzie mogę kupić książkę „Czyżkówko”
Wspanialy artykul. Mieszkam na Czyżkówku od urodzenia. Uwielbiam swoje osiedle. Brda, las, a z drugiej strony bliskosc miasta. Cos w tym jest, ze dla mieszkańców, ktorzy sa tu od zawsze to ich mala Ojczyzna. Dla mnie na pewno. Dziadek opowiadał jak to w szkole mial lekcje z p. Hypszerem, jak jezdzil ciuchcia, do jakiej cukierni chodzil po kościele, gdzie nie budowac domu z uwagi na pozostalosci po stawach itp. Pozdrawiam serdecznie