INSTYTUTY ROLNICZE –  BYDGOSZCZ PRZEZ DZIURKĘ OD KLUCZA

______________

Cudownie jest spacerować ulicami bydgoskiej Sielanki, spoglądać na tutejsze wille, a także sąsiednie, monumentalne budowle, choćby Copernicanum, Filharmonię Pomorską czy Bazylikę Mniejszą. Spacer taki, zwieńczyć można przechadzką po Alei Ossolińskich, gdzie naszym oczom ukażą się piękne szpalery dębów, a także ciąg interesujących, ewidentnie leciwych, budynków. Ich historia jest tyleż interesująca, co mało znana. Poznajmy więc wspólnie tajemnice kompleksu Instytutów Rolniczych.

______________

Zanim przejdziemy do właściwej części artykułu, przypominam (a tych, którzy trafili tutaj po raz pierwszy, informuję), że niniejszy materiał jest częścią większego, zapoczątkowanego jeszcze w 2021 r., cyklu. Dotychczas powstałe teksty, przeczytać możecie TUTAJ: Bydgoszcz przez dziurkę od klucza.

W kolejnych miesiącach i latach planujemy kontynuować cykl i odkrywać tajemnice ważnych, lecz nie w pełni dostępnych dla osób z zewnątrz, bydgoskich obiektów.

Instytuty Rolnicze czyli podróż w nieznane?

Załóżmy taką sytuację. Spacerujecie sobie ulicą Gdańską, spoglądacie na piękne kamienice i wiecie, że wiele z nich zaprojektował legendarny Józef Święcicki. Potem skręcacie w kierunku Placu Wolności i widzicie Potop, naturalnie autorstwa Ferdinanda Lepckego. Kierujące się dalej, przez skwer Leszka Białego, gdzie dumnie wznosi się jeden z najmłodszych zabytków miasta, Pomnik Tysiąclecia Państwa Polskiego, którego twórcą jest Stanisław Lejkowski. Wiecie to, bo przecież całkiem niedawno było o sprawie dość głośno (ok, było o niej naprawdę głośno).

Dalej są piękne, modernistyczne wille Sielanki, wśród których króluje modernizm, stworzony przez bydgoskiego mistrza tego kierunku, Jana Kossowskiego. Gdzieś w oddali majaczą także budynki: Copernicanum, Filharmonii Pomorskiej oraz Bazyliki Mniejszej pw. św. Wincentego a Paulo. Je też znacie – z widzenia i z czytania (bo przecież ten Weckwerth, czy jak mu tam było, się o nich trochę rozpisał). Spacer planujecie zakończyć wizytą w dębowej Alei Ossolińskich. Przecież sporo tutaj zieleni, a i architektura niczego sobie. Można więc trochę pokontemplować.  

Nagle, Waszym oczom ukazuje się ciąg kilku budynku, wybudowanych przy użyciu czerwonej cegły, z dodatkami jasnych elementów i ciekawymi zdobieniami. W zasadzie widzieliście je już mnóstwo razy, ale jakoś nigdy nie zastanawialiście się co to jest. I skąd się tutaj wzięło. Niektórzy mówią, że to „coś związanego z rolnictwem”, inni, że to jednak Uniwersytet Kazimierza Wielkiego (a gdzie temu do rolnictwa?). Ciężko więc orzec przy tym szumie informacyjnym.

„Może więc czas to zmienić?” – myślicie i wchodzicie, mijając szlaban, na teren budynku. Szybko okazuje się jednak, że tych budynków jest tutaj o wiele więcej niż się spodziewaliście, a  obszar ten rozciąga się gdzieś daleko, tak naprawdę nie wiadomo gdzie. Jednak czy rezygnujecie z eksploracji i wychodzicie? No nie, bo miejsce wydaje się fascynujące – ciekawa architektura, dziwne, szklane instalacje, rozległe, puste pole i… klatki? Chyba tak, ale z tego miejsca trudno ocenić. Warto więc wejść w głąb i poznać przeciekawą historię Instytutów Rolniczych.

Na taką wirtualną wędrówkę, zapraszam Was w ramach niniejszego artykułu z cyklu „Bydgoszcz przez dziurkę od klucza”.

Instytut Kaisera

No właśnie, nazwa „Instytuty Rolnicze”, choć uznać należy ją za potoczną, chyba najpełniej oddaje historię i poniekąd współczesność tego miejsca. To właśnie od niej powinniśmy zacząć, żeby w ogóle zrozumieć, z czym mieliśmy, i wciąż mamy, do czynienia.  W zasadzie jest to przykład pierwszej w historii Bydgoszczy jednostki, której przyczepić można etykietkę z napisem: „szkolnictwo wyższe”! No, powiedzmy, że prawie, ale o tym więcej w dalszej części artykułu.  

I jasne, ktoś powie, że przecież edukację prowadziły już przed setkami lat bydgoskie zakony (karmelici, bernardyni, jezuici), potem zaś istniały tutaj gimnazja i szkoły powszechne. Mimo to, wszystkie te placówki,  nie były zaliczane do szkolnictwa wyższego, nie miały charakteru uniwersyteckiego. Takie zaś, władza miejska (z racji na czas o którym mówimy, oczywiście władza niemiecka), bardzo chciała u siebie mieć. No bo wiadomo – prestiż, pieniądze i te sprawy.

Pierwszy raz, oficjalnie zaczęto mówić o tym w Bydgoszczy (Brombergu) w 1872 roku. Pojawił się pomysł, że uczelnia powstać miałaby na setną rocznicę rozpoczęcia zaborów, czyli z perspektywy Niemców, przyłączenia do Prus obwodu nadnoteckiego z Bydgoszczą na czele (co nastąpiło w feralnym 1773 roku). Wówczas to, włodarze miasto zgłosili taki wniosek do rządu w Berlinie. Odpowiedź przyszła dość szybko. I była negatywna. Powód? Jak stwierdzono, w Bydgoszczy brakuje wystarczającej liczby absolwentów szkół na szczeblu średnim, aby w ogóle był sens otwierać uniwersytet. Plany trzeba było więc wsadzić do szuflady.

Paradoksalnie, szczęśliwym zrządzeniem losu dla Bydgoszczy, okazała się nowa strategia Berlina, względem podległych mu, wschodnich ziem. Postanowiono, że należy wdrożyć działania, wzmacniające je gospodarczo. A co może wesprzeć gospodarkę bardziej niż rolnictwo? Skoro więc Bydgoszcz jest tak dogodnie położona – wśród rozległych terenów o wielkim potencjale rolniczym – grzechem byłoby nie skorzystać i nie umiejscowić tutaj placówki naukowo-badawczej, koncentrującej się właśnie na produkcji rolnej i naukach z nią powiązanych.

Podobne placówki działały co prawda wówczas (a więc na przełomie wieku XIX i XX), w Berlinie i Królewcu, jednak tutaj, na dawnych polskich ziemiach (i jak się na szczęście okazało, także przyszłych) było z tym już kiepsko. W grudniu 1902 roku w Ministerstwie Rolnictwa zapadła więc decyzja – w Bydgoszczy powstaną Landwirtschaftliche Versuchs und Forschunganstallten (czyli Rolnicze Instytuty Doświadczalne i Badawcze). Nazwę szybko zmieniono na Kónigliches Kaiser Wilhelm Institut fur Landwirthschaft, czyli w tłumaczeniu na język polski, Królewski Instytut Rolniczy imienia Cesarza Wilhelma. Wtedy też postanowiono, że nowa instytucja potrzebowała będzie rozbudowanej infrastruktury, w postaci zaplecza naukowo-badawczego, dydaktycznego i biurowego.

Pod przewodnictwem… Króla Kartofli

Instytut otwarto uroczyście 11 czerwca 1906 roku. Misję kierowania nim przekazano w ręce niezwykle zdolnego, doświadczonego profesora, dr Maxa Gerlacha, uprzednio pracującego w Rolniczej Stacji Doświadczalnej w Poznaniu. Ów jegomość, z racji na dziedzinę, w której się specjalizował, a także miejsce, w którym osiadł i pracował, zwany był: „Królem Kartofli na wschodzie” (König der Kartoffeln im Osten). Dodajmy, że nie był to przydomek prześmiewczy, a wręcz przeciwnie, z racji na duże znaczenie tego warzywa, oznaczał duży szacunek, względem Gerlacha.

Od początku, placówka, która w zasadzie działała niczym mały uniwersytet, specjalizowała się głównie w działalności naukowo-badawczej. Regularnie wydawała opracowania naukowe (kilka razy w roku), pod zbiorczą nazwą: „Mittelungen des Kaiser Wilhelms Instituts für Landwirtschaft zu Bromberg” („Wiadomości Instytutu Rolniczego Cesarza Wilhelma w Bydgoszczy”). Ponadto, Instytut współpracował ściśle z Kaiser-Wilhelm Gesellschaft zur Förderung der Wissenschaften (Towarzystwo Postępu Nauki Cesarza Wilhelma), co tylko podnosiło jego rangę.

W pierwszych latach działalności, tutejsi naukowcy zdołali choćby zidentyfikować wirusa ziemniaczanego, odpowiedzialnego za mszycę, żerującą na drzewach brzoskwiniowych, a także skutecznie przeciwdziałać gruźlicy bydła. Słowem: byli prawdziwymi pionierami w swoich dziedzinach!

Oczywiście, ważną rolę odgrywała tutaj także dydaktyka. Dążono więc do praktycznego szkolenia rolników, weterynarzy, nauczycieli rolnictwa, a także personelu pomocniczego. Odbywały się tutaj wykłady dotyczące ważnych, rolniczych i okołorolniczych kwestii, organizowano także praktyki i staże, w wielu różnych dziedzinach. Wśród nich, historyczne źródła wymieniają choćby: botanikę rolniczą, meliorację, bakteriologię oraz choroby roślin i zwierząt.

Żeby uświadomić Wam, jak szeroki był zakres tych „okołorolniczych” dziedzin, którymi zajmował się Instytut, warto dodać, że w jego ramach działały trzy instytuty: Patologii Roślin i Melioracji (Pflanzenpatchologische und Meliorationenstechnische Institut), Higieny Zwierząt (Tierhygienisches Institut) oraz Rolniczo-Chemiczny i Bakteriologiczny (Agrikultur – Chemisches und Bakteriologisches Institut). Można więc rzec, że w ten sposób, na skraju bydgoskiego Śródmieścia, powstało pierwsze miejsce, które można było nazwać czymś na kształt miasteczka czy kampusu akademickiego. Byli naukowcy, były laboratoria, byli studenci, a nawet publikacje naukowe. Czy od szkoły wyższej można oczekiwać czegoś więcej? Albo czy można było na początku XX wieku? 

Warto podkreślić, że według opinii niektórych historyków, dla  przykładu Eugeniusza Domańskiego, dział  Higieny Zwierząt bydgoskiego Instytutu, był najwcześniej działającym w Europie Środkowej ośrodkiem, koncentrującym swe badania na patologiach zwierzęcych. Prawda, że zaskakujące?

Po powrocie do Macierzy

Spora część dorobku naukowego królewskiego, niemieckiego instytutu, przepadła wraz z końcówką I wojny światowej. Pracownicy, w „towarzystwie” sterty sporządzonych przez siebie dokumentów, przenieśli się w 1919 roku do Frankfurtu nad Odrą, a potem do Gorzowa Wielkopolskiego (wszak ten, aż do 1945 roku był miastem niemieckim, noszącym nazwę Landsberg an der Warthe).

Jednostka jednak nie przerwała swojej pracy i w ten sposób dociągnęła jakoś do 1921 roku. Wówczas dostała porządnego „kopa”, gdyż polska władza zorganizowała tutaj Państwowy Instytut Naukowo-Rolniczy (często zapisywany w skrócie jako: PINR). Od tego momentu możemy mówić już o jednostce o charakterze jak najbardziej uniwersyteckim, w ramach której powstały 4 wydziały. Były to wydziały: Chemii Rolnej, Chorób Roślin, Higieny Zwierząt oraz Melioracji.  

Instytut, mimo że działał prężenie w skali regionalnej, na arenie krajowej nie miał przesadnie mocnej pozycji, w czym wielu upatrywało bliskości poznańskiej jednostki naukowo-badawczej, o podobnym charakterze. Mimo to, coś się jednak tutaj działo. W 1922 roku, Instytut zorganizował chociażby w  Bydgoszczy I Ogólnopolski Zjazd Rolny. Ponadto, tutejsi naukowcy przodowali w badaniach nad zwalczaniem raka ziemniaczanego, przeciwdziałaniu zanieczyszczenia wód oraz ichtiologii.

Instytut utracił niestety swoją „niepodległość” w 1927 roku, na rzecz Państwowego Instytutu Naukowego Gospodarstwa Wiejskiego w Puławach (tak, wiem, że to dziwnie brzmi, ale wówczas był to prawdziwy gigant), którego stał się filią. Przed II wojną światową zwiększył jednak liczbę swoich wydziałów, bo pojawiły się: Mleczarski oraz Ekonomiki i Organizacji Rybactwa.

 

Szansę na dalszy rozwój placówki pojawiły się w drugiej połowie lat 30. XX wieku, kiedy to Bydgoszcz znalazła się w graniach rozszerzonego województwa pomorskiego (tzw. Wielkiego Pomorza). Już wcześniej jednak, działało tutaj wielu wybitnych naukowców, choćby botanik i mikrobiolog, Kazimierz Basalik, zoolog Włodzimierz Kulmatycki (obaj pełnili zresztą swego czasu funkcje dyrektorów bydgoskiego Instytutu), specjalista z zakresu patologii roślin, Ludwik Garbowski czy weterynarz Kazimierz Panek. O tym ostatnim wspominałem już w materiale poświęconym cmentarzowi na bydgoskich Bielawach (ten artykuł możecie przeczytać w wolnej chwili TUTAJ).

Wspieraj “TURYSTYKĘ BEZ FILTRÓW” NA PATRONITE!
Zbieramy na kolejny film o Bydgoszczy🎥
https://patronite.pl/turystykabezfiltrow

W nowych realiach

Niestety, możliwości rozwoju zniweczył wybuch wojny i niemiecka okupacja. Infrastruktura instytutu została mocno zniszczona (same budynki na szczęście przetrwały), ale nie to było najgorsze. Okupanci zamordowali 15 pracowników placówki, w tym wybitnych naukowców, jak Włodzimierz Kulmatycki. Ciała dyrektora, jak zresztą wielu innych zasłużonych bydgoszczan, nigdy nie odnaleziono.

Po wojnie, na chwilę powrócił Puławski Instytut Naukowy Gospodarstwa Wiejskiego, z dziewięcioma jednostkami naukowo-badawczymi. Nowością były odrębne oddziały, koncentrujące się na badaniach buraków i ziemniaków. W 1950 roku, socjalistyczne władze postanowiły jednak, że dobrym pomysłem będzie centralizacja. Puławski instytut, jak zresztą wszystkie inne, został zlikwidowany, a bydgoska placówka weszła w skład Centralnego Instytutu Rolniczego.

Wkrótce, nastąpiło totalne wręcz rozdrobnienie, bo pojawiły się: Instytut Hodowli i Aklimatyzacji Roślin, Instytut Uprawy, Nawożenia i Gleboznawstwa, Instytut Zootechniki, Instytut Melioracji i Użytków Zielonych, Instytut Fizjologii i Żywienia Zwierząt Polskiej Akademii Nauk, Instytut Ziemniaka oraz Centralna Biblioteka Rolnicza. I weź się człowieku w tym wszystkim zorientuj…

Próbę czasu najlepiej zniósł pierwszy z wymienionych, powszechnie znany jako IHAR (nie mylić z IKARem, bo i taką wersję gdzieś w mieście słyszałem). Jest to oddział podwarszawskiego instytutu, działającego w Radzikowie. Jest, bo jako jedyny, przetrwał po dziś dzień. Inne oddziały stopniowo wygaszano, jak choćby w 2004 roku filię Centralnej Biblioteki Rolniczej, a część z nich „połknął” właśnie wspomniany Instytut Hodowli i Aklimatyzacji Roślin.   

Warto napomknąć jeszcze o PIW, czyli Państwowym Instytucie Weterynaryjnym, Państwowym Instytucie Badawczym w Puławach, Oddziale w Bydgoszczy. Czyli jednak jakieś związki z Puławami się przez lata utrzymywały! Co ciekawe, instytut uruchomiono tuż po II wojnie światowej, niezależnie od dawnego PINGW. W jego strukturach działały: Zakład Higieny Zwierząt oraz Zakład Inseminacji i Zwalczania Bezpłodności Zwierząt. W końcowej fazie działalności, podlegał on pod Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Ostatnie lata działalności to 2013 i 2014 rok, kiedy to wygaszono ostatecznie Zakład Mikrobiologii, będący ostatnim oddziałem.

A dziś?

Obecnie teren dawnego Królewskiego Instytutu Rolniczego imienia Cesarza Wilhelma, lub jak kto woli, Państwowego Instytutu Naukowo-Rolniczego, podzielony jest, mniej więcej w proporcjach: 1 do 3, między Uniwersytet Kazimierza Wielkiego (to ta mniejsza część) i Instytut Hodowli i Aklimatyzacji Roślin. Do UKW należą głównie skrajne budynki, od strony Alei Ossolińskich i plac Weyssenhoffa, zaś do IHAR’u niemal wszystkie inne (czyli głównie w głębi).

Niemal, bo jest tutaj także kilka innych obiektów. Niektóre historyczne budynki (Aleja Ossolińskich nr 4, 6, 8 i 10, a także Powstańców Wielkopolskich 4) to obiekty mieszkalne. Są też: zamykający się już, działający od wielu lat, sklep ogrodniczy „Sadwit” (również od strony Powstańców Wielkopolskich), skład używanego AGD z krajów zachodnich (tak, wciąż takie są; ten akurat w głębi „kampusu”) i oddział Okręgowej Stacji Chemiczno-Rolniczej (od Powstańców Wielkopolskich).

Na skraju interesującego nas terenu mieści się zaś „nowy”, socjalistyczny biurowiec z lat 80. XX wieku. Tak, mowa o tym 3-segmentowym molochu, rodem z mokrych snów miłośników zabudowy socjalistycznej. Na nim skupiali się przesadnie nie będziemy, ale jeżeli lubicie klimat głębokiego PRL-u, polecam wejść do niewyremontowanych przestrzeni (niektóre części są po renowacji) w nim. Znajdziecie tam jeszcze oryginalne poręcze, posadzkę, schody, a nawet windy z tamtych lat. Ta ostatnia osoby z lękiem przestrzennym może przyprawić o szybsze bicie serca i duszności, bo faktycznie czuć, że ma już swoje lata.

W tym najnowszym budynku mieszczą się obecnie: Wojewódzki Inspektorat Weterynarii, Zakład Higieny Weterynaryjnej, Kujawsko-Pomorski Związek Hodowców Koni oraz oczywiście biura samego IHAR’u. Sporo lokali przeznaczonych jest także na wynajem, więc możecie znaleźć tutaj także wiele mniejszych przedsiębiorstw, z zupełnie innej niż rolnicza czy okołorolnicza, branży.

Polecam także nasz Instagram,
na którym pokazujemy kulisy tworzenia blogowych materiałów!

Zobacz z bliska!

„Wszystko to brzmi ciekawie, ale cóż mi z tego, skoro nie można tam wejść i przyjrzeć się terenowi z bliska” – mogłabyś/mógłbyś, droga Czytelniczko/drogi Czytelniku pomyśleć. Otóż, nic z tych rzeczy! Teren jest otwarty, nie ma tutaj żadnego zakazu wstępu. Można na niego wejść od strony Alei Ossolińskich, mijając uczelniany szlaban, a także od Biblioteki Głównej Uniwersytety Kazimierza Wielkiego (od tej małej uliczki, na jej zapleczu).

Ochrona Was nie wygodni (ani ta IHAR’owska, ani UKW’owska), oczywiście o ile, nie będziecie próbowali dobić się do żadnego z budynków. Gorzej może być ze zdjęciami – do nas pan ochroniarz z IHAR’u uderzył z lekką pretensją (UKW wiedziało, że będziemy tam działali), ale wyjaśniłem po co nam to i było po krzyku.

A jeśli nie jest Ci po drodze, lub po prostu chciałabyś/chciałbyś najpierw sprawdzić czy warto, zapraszam do drugiej części artykułu, w której dokładnie przyjrzymy się terenowi Instytutów Rolniczych (trzymajmy się tej ogólnej nazwy), a także poszczególnym budynkom (szczególnie tym, do których udało nam się wejść).

Już niebawem zapraszam więc do drugiej części ostatniego w tym roku artykułu w ramach cyklu „Bydgoszcz przez dziurkę od klucza” oraz w ogóle, ostatniego tekstu, który pojawi się w 2023 roku na blogu „Turystyka BEZ FILTRÓW”.

MATERIAŁ ZNAJDZIECIE TUTAJ

Tymczasem, dzięki za obecność i cierpliwość!

Piotr Weckwerth

Zdjęcia: Inna Yaremchuk

ZREALIZOWANO DZIĘKI WSPARCIU FINANSOWEMU MIASTA BYDGOSZCZY

logo TURYSTYKĘ BEZ FILTRÓW

Wspieraj “TURYSTYKĘ BEZ FILTRÓW” NA PATRONITE!

X