______________
Ostatni przedwojenny, bydgoski kościół ewangelicki. Nietypowo położony, nietypowo wyglądający. Ukryty wśród kamienic Okola, ledwie kilkadziesiąt metrów od nabrzeża Kanału Bydgoskiego. Bez wątpienia jednak interesujący, choć wciąż zbyt mało znany. Właśnie taki jest kościół pw. Świętego Wojciecha, dawniej znany jako świątynia Jana Apostoła.
______________
Zanim przejdziemy do właściwej części artykułu, przypominam (a tych, którzy trafili tutaj po raz pierwszy, informuję), że niniejszy materiał jest częścią większego, zapoczątkowanego jeszcze w 2021 r., cyklu. Dotychczas powstałe teksty, przeczytać możecie TUTAJ: Bydgoszcz przez dziurkę od klucza.
W kolejnych miesiącach i latach planujemy kontynuować cykl i odkrywać tajemnice ważnych, lecz nie w pełni dostępnych dla osób z zewnątrz, bydgoskich obiektów.
Okole i kościół? Trudne początki!
O tym, że od 1772 roku Bydgoszcz znajdowała się pod zaborem pruskim, wiemy wszyscy. Drogą dedukcji można zaś dojść do wniosku, że skoro większość jej mieszkańców była wówczas Niemcami, a wśród nich dominującym wyznaniem ewangelicyzm, to właśnie wyznawcy tej wiary szybko stali się najliczniejszą grupą wyznaniową w mieście. Czy może więc dziwić, że szybko poczęto budować protestanckie świątynie? Oczywiście nie.
Jedynym co dziwić może to fakt, iż obecnie tak bardzo wypiera się fakt, że takie istniały. Mało tego, często zapominamy o tym, że one wciąż tutaj są, z tym że w większości (poza kościołem ewangelicko-augsburskim przy ul. Warszawskiej i ewangelicko-metodystycznym przy ul. Pomorskiej) służą katolikom. Szkoda, bo o historii własnego miasta wypadałoby mieć choćby podstawową wiedzę, niezależnie od tego, jakiego jesteśmy wyznania czy jaki jest nasz światopogląd. To jednak temat, który poruszaliśmy na łamach „Turystyki BEZ FILTRÓW” już wielokrotnie, ostatnio w ramach projektu „Bydgoszcz? Dzieje się”. Odcinek poświęcony bydgoskim protestantom zobaczycie tutaj:
Okole, na początku zaborów przedmieście, a trochę później – i tylko częściowo – skraj miasta, zaborcy szybko zaczęli traktować jako zaplecze przemysłowe. Swoją działalność rozwijały tutaj przecież m.in.: Garbarnia Buchholza, Fabryka Sygnałów Kolejowych Carla Fiebrandta (jej spadkobiercą jest dzisiejsza „Belma”) czy cegielnia i młyn Petersona (zresztą ród Petersonów miał bodaj największy wpływ na rozwoju Okola). Mało tego, w połowie XIX wieku osiedle przecięła linia kolejowa.
Zgodnie z ówczesną modłą, pracownicy zamieszkiwali w pobliżu swego miejsca pracy, toteż Okole szybko zamieniło się w prawdziwą sypialnię dla niemieckich (a więc protestanckich) robotników, inżynierów czy urzędników. Dla tych co ważniejszych budowano reprezentacyjne kamienice, która po dziś dzień podziwiać możemy na okolskich ulicach, choćby przy: Kanałowej, Siemiradzkiego, Długosza czy Śląskiej.

Osiedle (czy też raczej przedmieście) nazywane przez Niemców Okolla, Okollo, a potem Schleusenau (czyli w wolnym tłumaczeniu „Śluzowo”) miało tylko jeden mankament. Nie było tutaj żadnego miejsca, w którym tubylcy mogliby kultywować swoje zwyczaje religijne! W połowie XIX w. najbliższy protestancki kościół znajdował się w obrębie Starego Miasta (mowa o ewangelickim kościele starofarnym, stojący na miejscu dzisiejszej Hali Targowej). Trochę daleko, jak na czasy, w których raczej ciężko było liczyć na złapanie taksówki przez aplikację, czy wskoczenie na hulajnogę elektryczną.
Polecam także nasz Instagram,
na którym pokazujemy kulisy tworzenia blogowych materiałów!
Budujemy kościół… a nawet kościoły!
Sprawę wzięli w swoje ręce mieszkańcy, składając w 1887 roku petycję do królewskiego konsystorza (który rezydował w Poznaniu) o założenie gminy ewangelickiej na Okolu oraz wybudowanie na tym terenie świątyni. Ten oczywiście wydał zgodę, choć zajęło mu to ponad rok. Szybko przystąpiono więc do prac i w marcu 1891 roku poświęcono nowy, ewangelicki kościół.

Ok, według współczesnej nomenklatury, była to raczej kaplica. Niewielki budynek stanął pod adresem, który dzisiaj możemy opisać jako Kanałowa 9. W niektórych publikacjach możecie znaleźć w kontekście niego informację, iż był to „tymczasowy kościół ewangelicki na Okolu”. I faktycznie, swą funkcję pełnił relatywnie krótko, bo szybko zrozumiano, iż rozrastająca się gmina potrzebuje dużo większej świątyni.
Kolejne działania podjęto więc już po 5 latach od oddania do użytku kaplicy. Wtedy – w 1896 r. – wykupiono kilka działek przy ulicy Nowogrodzkiej. Uzyskanie odpowiednich zgód i funduszy jednak zajęło trochę czasu, toteż kamień węgielny pod nową świątynię położono dopiero w 1912 roku. Tuż przed Bożym Narodzeniem roku 1913 (konkretnie zaś 18 grudnia) poświęcono nowy kościół. Ten otrzymał zapomniany już dzisiaj patronat Świętego Jana Apostoła.

Zwiedzanie Bydgoszczy z przewodnikiem! Odkryj tajemnice bydgoskich osiedli z Piotrem Weckwerthem – pasjonatem historii i znawcą miasta. Zadzwoń lub napisz i umów się na wycieczkę: +48 884002977, turystykabezfiltrow@gmail.com
I tak, dobrze liczycie, dokładnie za dwa dnia od oddania w Wasze ręce niniejszego artykułu – mija 110 lat od tego momentu! A więc, kościół przy ulicy Nowogrodzkiej jest naszym jubilatem! Nie napiszę jednak: „sto lat”, czy nawet „dwieście lat” bo to zabrzmiałoby jak życzenie czegoś złego – myślę, że „co najmniej tysiąca lat” to jak najbardziej adekwatne życzenia!
Pierwszy kościół (czy też kaplica) oczywiście nie przetrwała próby czasu. Zamknięto go zaledwie po 22 latach pełnienia swojej funkcji. Dziś w tym miejscu znajduje się niewielka droga dojazdowa do znajdujących się w głębi bloków oraz trawnik i miejsca parkingowe. Namacalnych śladów brak. Na szczęście, dzięki starym widokówkom, możemy zobaczyć jak wyglądał. Widniejąca po lewej stronie od kościoła kamienica istnieje po dziś dzień, dając nam możliwość umieszczenia świątyni w przestrzeni.


Bydgoszcz i kościół w nowych realiach
Dwudziestolecie międzywojenne to, z uwagi na powrót Bydgoszczy w granice Rzeczypospolitej, czas zdecydowanego odpływ wiernych kościoła ewangelicko-unijnego z miasta. Tak znaczący, że nabożeństwa w kościele św. Jana Apostoła odbywały się tylko co drugą niedzielę. Wówczas, tutejszą parafią zarządzali pastorowie: Berthold Harhausen oraz Johannes Staffehl. Jej działalność zakończyło wyzwolenie miasta spod niemieckiej okupacji, zimą 1945 roku.

Już w lutym 1945 roku komitet obywatelski zezwolił na przejęcie świątyni przez katolików. Wiosną kościół został poświęcony przez dziekana bydgoskiego, Jan Konopczyńskiego. Pierwszą mszę poprowadził zaś Mieczysława Skoniecznego, długoletniego proboszcza parafii św. Trójcy (zresztą, początkowo pod nią podlegał) i otrzymał nowy patronat. Ten, który znamy do dziś, a więc św. Wojciecha. Rok później świątynia się uniezależniła, a na Okolu powstała parafia św. Wojciecha, którą objął proboszcz Zdzisław Balcerek. No i tak to się z grubsza zaczęło i trwa po dziś dzień.
Oczywiście obiekt, jego otoczenie i wnętrze, ulegały przez lata zmianom, jednak o tym więcej w dalszej części artykułu. W tym miejscu warto wspomnieć o tym, że w całej powojennej historii, działało tutaj 4 księży proboszczów. I o tym, że znajdująca się za kościołem plebania oczywiście nie jest budynkiem „oryginalnym”, pamiętających czasy zaborów, a została oddana do użytku w 1980 roku.

Dzisiaj parafia skupia oficjalnie nieco ponad 4 tysiące osób, z czego regularnie na niedzielne nabożeństwa uczęszcza ok. 900 osób. Okole podzielone jest między nią (zachód) i parafię św. Trójcy (wschód). Tyle liczb i historii, przejdźmy do najciekawszego, czyli odkrywania tajemnic budynku!
Wspieraj “TURYSTYKĘ BEZ FILTRÓW” NA PATRONITE!
Zbieramy na kolejny film o Bydgoszczy🎥
https://patronite.pl/turystykabezfiltrow
Budynek nietypowy
Spoglądając na świątynie, doprawdy łatwo się pomylić i nie dostrzec jej protestanckich korzeni. Wszystko przez to, że nie reprezentuje ona, jak wszystkie inne, przejęte przez katolików, dawne ewangelickie świątynie, stylu neogotyckiego. Jak więc nazwać to co widzimy? Chyba najlepiej będzie stwierdzić, że to eklektyzm, bo zauważyć można tutaj trochę baroku, odrobinę klasycyzmu, a nawet szczyptę rokoko.

Kościół był otynkowany od zawsze, jednak obecny „misiek”, czyli nieco chropowata elewacja, to zasługa procesu, trwającego od lat 60. do 90. XX wieku. Właśnie to sprawia, że wielu (zaryzykuję stwierdzenie, że większość) bydgoszczan, interpretuje ten budynek jako dużo młodszy i z całą pewnością nie poewangelicki.
Obiekt ma układ bazylikowy, z prosto zamkniętym, skierowanym na południe (czyli w stronę Kanału Bydgoskiego) prezbiterium. Uwagę przyciągają ciekawe, mansardowe dachy kryte ceramiczną dachówką, no i oczywiście usytuowana nad wejściem, masywna wieża o wysokości 42 metrów. Patrząc na nią dostrzeżecie zapewne zegar (zresztą oryginalny, pamiętający moment oddania budowli do użytku), ale warto zwrócić uwagę, że tarcze znajdują się na każdej ze ścian wieży! Gdybym nie wdrapał się na ostatnie piętro konstrukcji, stwierdziłbym, że to 4 różne zegary, jednak teraz, bogatszy w wiedzę i doświadczenia (o czym przeczytacie niżej), wiem, że to jeden, ten sam mechanizm. Z tym że w 4 odsłonach.

Uważnie przyglądając się zewnętrznym walorom kościoła, możecie dostrzec jeszcze dwie ciekawostki. Pierwsza to rzymskie liczby, umieszczone nad bocznym wejściem (od strony zachodniej) do budynku. MCMXIII – czyli, jak już pewnie niektórzy zdołali odcyfrować, 1913 rok – a więc ten, w którym świątynia zaczęła funkcjonować.

Nad głównym wejściem znajduje się z kolei leciwa, powstała w tym samym roku co kościół, figura. Ten witający wszystkich wchodzących do środka jegomość, to św. Jan Apostoł (wyposażony w kielich), a więc pierwszy patron świątyni! To jedna z kilku (więcej jest w środku) pamiątek po dawnych gospodarzach obiektu.

To wnętrze może zachwycić!
Po przekroczeniu bram kościoła, znajdujemy się w niewielkim przedsionku, który może Wam przynieść na myśl gabinet lub mieszkanie z lat 70. XX wieku. Skojarzenie jest jak najbardziej słuszne – drewniane, lakierowane obicia były przecież w okresie PRL-u niezwykle modne. Tutaj pozostały, co według mnie tworzy ciekawy klimat i daje poczucie uczestnictwa w małej, acz interesującej, podróży w czasie.
Najciekawsze następuje oczywiście po wkroczeniu do właściwej części kościoła. Tworząc niniejszy tekst, po raz kolejny zdałem sobie sprawę, jak bardzo niedoceniane jest piękno bydgoskich kościołów z przełomu XIX i XX wieku. Zachwycamy się tymi najstarszymi (głównie farą i klaryskami), ale zapominamy o tych osiedlowych perełkach, które – przynajmniej pod względem walorów wizualnych – potrafią zachwycić!



Wnętrze jest relatywnie niewielkie, trójnawowe. Nad nimi rozciąga się kolebkowe sklepienie, urozmaicone dziesiątkami drewnianych kasetonów z metalowymi ornamentami w postaci roślinnych motywów. To efekt prac przeprowadzonych w latach 70. XX wieku. Wcześniej tutejsze sklepienie wyglądało nieco inaczej, o czym później. Niżej, łącząc ściany świątyni, zawisły charakterystyczne belki.



Oczywiście są też empory (potocznie nazywane balkonami), czyli element charakterystyczny dla dawnych (no i obecnych) kościołów protestanckich. Podobne zobaczycie np. w kościele św. Józefa Rzemieślnika czy kościele Zbawiciela w Bydgoszczy. Ich zadanie? Zwiększanie powierzchni, na której mogliby zmieścić się wierni. Dziś to jednak raczej po prostu element podnoszący wartość wizualną wnętrza – tym bardziej, że podpierają je pięknie zdobione kolumny.



Są też oczywiście organy! Piękny, pamiętający 1913 rok, instrument, prosto ze słynnej, bydgoskiej fabryki Paula Voelknera, najpewniej wyprodukowany został przy dzisiejszej ulicy Gdańskiej, gdzie mistrz miał swój zakład. Instrument, mimo kilku powojennych zmian i remontów, zachował swój neobarokowy prospekt. Dobrze widzieć tak leciwe „cacuszka” na chodzie!






Ołtarz jest stosunkowo nowy – powstał podczas przebudowy w 1973 roku. Nieco starsze, ale również powojenne, są malowidła w prezbiterium, przedstawiające sceny z życia św. Wojciecha. Oryginalny jest z kolei witraż zamykający od południa prezbiterium, ukazujący Chrystusa. Na łuku frontowej ściany, oddzielającej prezbiterium od nawy głównej, wykonano kompozycję figuralną Matki Bożej Częstochowskiej oraz hołd polskich świętych. Wzrok obserwatora przykują także z pewnością piękne, bogate zdobienia sklepienia prezbiterium. Mnogość symboli, kształtów i motywów jest tutaj tak ogromna, że patrzeć można bez końca! Co szczerze polecam!



Czasy powstania kościoła „pamiętają” ponadto: zdobiona chrzcielnica znajdująca się we wschodniej nawie, stojący obok ołtarza krzyż, boczne ołtarze oraz konfesjonały. Niemałą ciekawostką jest niewielki krucyfiks, znajdujący się w bocznym (zachodnim) ołtarzu, pod obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej. Jak wskazuje inskrypcja na jego odwrocie, jest pamiątką po ślubie państwa Kazimierza i Heleny Brownsford, którzy pobrali się pod koniec XIX w. w bydgoskiej farze. Sam pochodzi z 1912 r. – jest więc starszy, aniżeli sama świątynia. Mało tego, państwo Brownsford byli zasłużonymi Wielkopolanami – p. Kazimierz pełnił swego czasu funkcję posła na sejm II Rzeczypospolitej.



Idziemy na wieżę!
Wnętrze kościoła św. Wojciecha na Okolu jest doprawdy piękne. No ale dla nas, prawdziwych odkrywców bydgoskich zakamarków, wizyta w nim byłaby niepełna, gdyby nie udało się nam dostać na wieżę. Na szczęście, dostaliśmy na to zgodę, za co wielkie podziękowania dla gospodarzy obiektu!
Wejść można na nią przez tę samą klatkę schodową, którą wchodzi się na empory. Od pewnego momentu idziemy leciwymi, krucho wyglądającymi, drewnianymi schodami. To jednak norma w tak starych obiektach, toteż nie zrobiło to na nas większego wrażenia (czytaj: nie baliśmy się, że schody za chwilę zawalą się pod naszym ciężarem). Wrażenie pojawiło się jednak na pierwszym poziomie, kiedy podnieśliśmy głowy. Na suficie widnieją bowiem oryginalne, te sprzed remontu, zdobienia, w formie motywów roślinnych. W ten sposób możemy sobie wyobrazić, jak wyglądał kościół w pierwotnym wydaniu. Dobrze, że ten artefakt przetrwał upływ czasu!

Jeszcze wyżej znajdują się niewielkie drzwi, przez które dostać można się do dużego pomieszczenia. To „taras widokowy” na sklepienie kościoła. Z tym że od góry! Pod stopami znajduje się kolebkowy kształt sklepienia wzmocniony gliną, a u góry dach kościoła. Cała ta przestrzeń, podparta licznymi belkami i wspornikami, to jedno z najbardziej niezwykłych miejsc w kościele. Co ciekawe, przez środek prowadzi, niczym jakaś niesamowita ścieżka, drewniany pomost. Fajnie tak pospacerować, mając świadomość, że pod nami znajduje się całe wnętrze kościoła.

Dalej jest jednak jeszcze ciekawiej! Po drodze mijamy urządzenie do kalikowania (czyli po prostu do pompowania powietrza do miechów organowych) oraz przyczepione do dzwonów liny. Będąc zaś już prawie na samym szycie, naszym oczom ukazują się właśnie dzwony. Dwa piękne, 110-letnie, dzieła sztuki. Na odwrocie (ciężko jest się przecisnąć przez belkowanie i metalowe stelaże w tej części wieży) znajdują się inskrypcje w języku niemieckim. To (zgodnie z ówczesną modłą) teksty z psalmów, które można przetłumaczyć jako:
„Lasst euch versöhnen mit gott” – „Pojednajcie się z Bogiem”
„Der herr ist meine macht und mein psaml und ist mein heil” – „Pan jest moją mocą i moim psalmem i moim zbawieniem”



Każdy z dzwonów wyposażony jest w młotek – dosłownie, bo mechanizm wygląda dokładnie jak najzwyklejszy, choć dużych rozmiarów, młotek. Niestety, obecnie nie wybijają one godziny i nie wzywają na msze, co wynika z pewnego problemu, natury, powiedzmy… ludzkiej. O tym jednak dalej.


Za to wyżej, już niemal na szczycie wieży, znajduje się mechanizm zegarowy. To też oryginalna konstrukcja – wyprodukowana przez niemiecką firmę E.D. Korphage&Sohne (zachował się napis, rok produkcji: 1913 oraz miejsce produkcji: Buer – dzisiaj fragment Gelsenkirchen). Skomplikowana plątanina zębatek wciąż działa jak należy, toteż działa i zegar na wieży. Oczywiście, poza dobrą produkcją, to również zasługa regularnego nakręcania i konserwacji, których dokonuje p. Henryk Jaroch. Cały ten mechanizm otoczony jest elegancką, drewnianą budką.

Żeby było ciekawie – jak już wspomniałem – tarcze zegara znajdują się na każdej z czterech ścian wieży. I to właśnie tutaj dostrzec można, że napędza je ten sam mechanizm. Połączony jest on metalowymi prętami, które regulują każdą z tarcz. Doprawdy, misterna – choć tak leciwa – konstrukcja!



Zapytacie pewnie o widok. Ten, z uwagi na otoczenie, do najbardziej efektownych nie należy. Ograniczają go także niewielkie otwory okienne. Po przetarciu tego, znajdującego się na najwyższym dostępnym poziomie (ponad mechanizmem zegarowym) odkryliśmy, że widać z niego gównie sąsiednie kamienice. Gdzieś tam w oddali majaczą zaś potężne zabudowania elektrociepłowni przy ul. Żeglarskiej na Jachcicach. Na ten ostatni poziom wchodziliśmy już przy pomocy klasycznej, przytwierdzonej pionowo do ściany, drabiny, co tylko uatrakcyjniło naszą wycieczkę.

Swoją drogą, chodząc po wieży, coś wydawało mi się bardzo nietypowe dla tego typu i tak leciwych konstrukcji. Nie chwaląc się, sporo takowych przecież już zwiedziliśmy, głównie właśnie w Bydgoszczy. No i wreszcie zrozumiałem – czystość! Na wieży kościoła św. Wojciecha próżno było szukać zalegających wszędzie dziwnych przedmiotów (wierzcie mi, to rzecz bardzo typowa dla starych kościołów), warstw kurzu czy zwieszających zewsząd pajęczyn. Mało tego, na kilku poziomach znajdowały się… doniczkowe roślinki! Te pielęgnuje tutaj pan Henryk Jaroch, wieloletni mieszkaniec Okola, człowiek który ewidentnie darzy kościół wielką sympatią. Ten porządek, a także fakt, że zegar wciąż działa, to właśnie jego zasługa. Wielki, wielki szacunek!

Problem z dzwonami
W kościele znaleźć można kilka innych ciekawych miejsc, choćby niewielką piwnicę, do której wchodzi się przez zakrystię (w której przechowywane są relikwie św. Wojciecha – fragment należącej do niego szaty). Tam z kolei znajduje się oryginalny piec, służący przez dziesięciolecia do ogrzewania obiektu. Widać więc leciwe drzwiczki, widać osmalone żarem cegły. Ciepła jednak już tutaj nie poczujecie, bo mechanizm przestał być wykorzystywany w latach 90. XX w.



Kwestię ogrzewania udało się rozwiązać w inny sposób, toteż nie stanowi ona dzisiaj problemu. Niestety, jest inny, i to całkiem spory problem, który od pewnego czasu dotyka kościół. Mowa tutaj o wspomnianych już dzwonach, które od kilku miesięcy… pozostają nieczynne. Nie wybijają godzin, nie wzywają na nabożeństwa. Słowem: totalna, głucha cisza. Dlaczego? Ano dlatego, że dźwięk dzwona najwidoczniej… przeszkadzał mieszkańcom okolicznych kamienic…
Ok, nie sposób stwierdzić, jak wielu mieszkańców pożaliło się na dźwięk dzwonów, niemniej parafia otrzymała od miasta oczywisty przekaz: wyłączyć! Jestem nawet w stanie zrozumieć, że faktycznie są osoby, którym dźwięk dzwona, wybijającego, np. północ, może przeszkadzać. Niemniej, pamiętajmy, że mówimy o mechanizmie zabytkowym! Same dzwony przetrwają tę stagnację, jednak nieużywany mechanizm najzwyczajniej w świecie przepadnie. A dzwony milczą już całkiem długo…

Sam traktuję dźwięk dzwonów jako element życia w mieście, sygnał towarzyszący nam od zawsze i – wydawałoby się – na zawsze. Osobiście nie przypisuje do tego wagi religijnej, raczej miastotwórczą, tworzącą pewien unikatowy klimat. Ten klimat przestał istnieć (dzwony wyłączono w czerwcu 2023 r. a zegar przestał wybijać godzinę we wrześniu 2023 r.) z uwagi na nieznaczne przekroczenie (limit to 55, a pomiar wykazał 66 decybeli) dopuszczalnych norm. Problem w tym, że tutaj trudno jest zmniejszyć głośność – tutaj nie ma regulacji – po prostu albo bije albo nie.

Sprawa w zasadzie nie jest rozstrzygnięta, a mechanizm wciąż da się pewnie uratować. Z tego miejsca apeluję więc do ludzi, którym na sercu leży dobro naszych, bydgoskich zabytków o zaangażowanie się w sprawę. Nie możemy sobie pozwolić na utratę kolejnych perełek tego typu. Po prostu, nie możemy… Prawda?
Nieznana perła
Powtórzę swoje słowa z początku artykułu. Bydgoskie, poprotestanckie, ukryte wśród osiedli, kościoły, to prawdziwe perełki. Ale takie zakurzone, bo mało znane. Niesłusznie, gdyż – jak zdążyliście się już dowiedzieć z treści artykułu – skrywają wiele tajemnic, wiele niezwykłych historii, które tylko czekają na odkrycie.

Zajrzyjcie więc na ulicę Nowogrodzką, spójrzcie na wieżę zegarową (wszystko jedno, z której strony!), wejdźcie do środka i rzućcie okiem na piękne sklepienie, empory czy organy. Wspomnijcie historię kościoła, szczególnie teraz, w okolicach 18 grudnia 2023 roku, na jego 110-te urodziny!

Na koniec chciałbym przekazać wielkie podziękowania za możliwość dokładnego zwiedzania obiektu, a także ciekawe historie o nim dla: ks. proboszcza Jarosława Antkowiaka, p. kościelnego, Krzysztofa Niewiadomskiego oraz p. Henryka Jarocha. Dobrze, że kościół ma takich gospodarzy!

Piotr Weckwerth
Zdjęcia: Inna Yaremchuk
Polecam także nasz Instagram,
na którym pokazujemy kulisy tworzenia blogowych materiałów!
