Dziś symbol miasta, kiedyś rzeźba wzbudzająca niemałe kontrowersje, szczególnie w środowiskach konserwatywnych. Obecnie przeważanie budzi zachwyt i skłania do zastanowienia się nad okolicznościami jej powstania. Kim była modelka, pozująca autorowi pomnika? Jak to się stało, że rzeźba trafiła do Bydgoszczy? I wreszcie, co miał wspólnego jej twórca z Bydgoszczą? Odpowiedzi na te, i wiele innych pytań, postaramy się znaleźć w niniejszym materiale z cyklu „Bydgoszcz przez dziurkę od klucza”, poświęconym rzeźbie „Łuczniczki”.
Zanim przejdziemy do właściwej części artykułu, przypominam (a tych, którzy trafili tutaj po raz pierwszy, informuję), że niniejszy materiał jest częścią większego, zapoczątkowanego jeszcze w 2021 r., cyklu. Dotychczas powstałe teksty, przeczytać możecie TUTAJ: Bydgoszcz przez dziurkę od klucza.
W kolejnych miesiącach i latach planujemy kontynuować cykl i odkrywać tajemnice ważnych, lecz nie w pełni dostępnych dla osób z zewnątrz, bydgoskich obiektów.
Zwiedzanie Bydgoszczy z przewodnikiem! Odkryj tajemnice bydgoskich osiedli z Piotrem Weckwerthem – pasjonatem historii i znawcą miasta. Zadzwoń lub napisz i umów się na wycieczkę: +48 884002977, turystykabezfiltrow@gmail.com
Ferdinand Lepcke – postać (dosłownie) pomnikowa
Napiszmy to wprost – Bydgoszcz zawdzięcza naprawdę sporo pewnemu jegomościowi, parającego się na przełomie XIX i XX w. sztuką rzeźbiarską. Jegomościowi, urodzonemu w 1866 r. w Coburgu, w Bawarii, który ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Berlinie, a potem pełnił rolę wykładowcy na tejże uczelni. O kim mowa? Oczywiście słynnym o Ferdinandzie Lepcke, który stworzył dwa bodaj najważniejsze, a na pewno najbardziej znane bydgoskie pomniki.
Ale jak w ogóle do tego doszło? W jaki sposób Lepcke związał swój los z Bydgoszczą? Otóż, wszystko zaczęło się od „Potopu”, czyli fontanny, którą odsłonięto w 1904 r. (konkretnie zaś 23 lipca 1904 r., a więc w tym roku obchodziliśmy okrągłą, 120-rocznicę tego wydarzenia) na terenie parku regencyjnego (dzisiejszego Parku Kazimierza Wielkiego). Lepcke, jako młody, ale już ceniony artysta (kilka lat wcześniej otrzymał państwową nagrodę za osiągnięcia artystyczne), najzwyczajniej w świecie przedstawił swoją koncepcję na – jak wskazano w konkursie – wodotrysk-rzeźbę. Krajowa Komisja Popierania Sztuki Plastycznej w Poznaniu (organizator konkursu) nie miała wątpliwości – spośród 44 zgłoszonych prac, właśnie ta Lepckego była najlepsza.

Artysta pojawił się na odsłonięciu rzeźby, a zachwyt, z jakim spotkało się dzieło w kręgach artystycznych, sprawił, że stał się on w Bydgoszczy personą bardzo poważaną. W ten sposób, nawiązał kontakty z miejscową władzą i elitą. Były to stosunki, które panowie: Derenda i Winter, w swojej książce pn. „Bydgoska Łuczniczka i jej kopie”, określali nawet jako „serdeczne”. Nie dziwota to, wszak spisał się Lepcke doskonale. Kolejne instalacje, wykonane na zlecenie Bydgoszczy, były więc tylko kwestią czasu.
Sam Lepcke, po wykonaniu „Potopu” bardzo wzmocnił swoją pozycję w świecie artystycznym, ale i znacząco poprawił sytuację finansową. W efekcie, otrzymał tytuł profesora na swojej macierzystej uczelni, a zastrzyk finansowy pozwolił mu na zakup ziemi i budowę domu pod Berlinem. Niestety, w pięknej, ozdobionej replikami jego własnych dzieł (przed wejściem znalazł się m.in. pomniejszony „Potop”) willi, Ferdinand nigdy nie zamieszkał. Zmarł bowiem w wyniku powikłań po zapaleniu płuc, mając zaledwie 43 lata – na kilka miesięcy przed odbiorem budowy. Do pałacu wprowadził się ostatecznie jedynie brat rzeźbiarza, Oskar Lepcke.

Gdyby nie przedwczesna śmierć, zapewne dzieł Lepckego mielibyśmy w Bydgoszczy i na terenie dzisiejszych Niemiec więcej. Choć, przyznać należy, że i teraz nie jest z tym najgorzej, o czym jednak nieco niżej. Niemniej, chciałbym zauważyć, że chyba nieco nie doceniamy tego, artysta u nas zdziałał. Może dobrym pomysłem byłoby ustawienie w przestrzeni miasta… pomnika artysty? Przyznacie, że to byłoby bardzo symboliczne – pomnik człowieka, który stawiał u nas swoje najważniejsze… pomniki. I oczywiście wiem, że w momencie, w którym idea ta przebiłaby się do mediów, zlecieliby się ludzie, krzyczący, że to Niemiec, a im pomników nie stawiamy! Nie istotne, że dokładnie ci sami ludzie, ekscytują się gołą „Łuczniczką”, zapewne nawet nie zdając sobie sprawy, kto ją stworzył. Istnieje tez prawdopodobieństwo, że są to osoby, dla których nagość „Łuczniczki” jest jedyną, jaką mają przyjemność w swym życiu podziwiać.
Polecam także nasz Instagram,
na którym pokazujemy kulisy tworzenia blogowych materiałów!
Na początku malutka
Łuczniczka powstała zapewne w ostatniej dekadzie życia Ferdynanda Lepckego. Równolegle, artysta stworzył jeden lub kilka miniaturowych (liczących ok. 80-cm wysokości) gipsowych odlewów piękności z łukiem. Tak było łatwiej prezentować dzieło – aby udowodnić umiejętności jej twórcy, nie trzeba było dźwigać ciężkiej (pani się nie obrazi!), pełnowymiarowej kobiety na plecach. Do Bydgoszczy, ta mała „Łuczniczka” trafiła w maju 1910 r., w ramach wystawy poświęconej twórczości Lepckego, organizowanej przez Towarzystwo Sztuki i Wiedzy. To był swego rodzaju hołd dla niestety nieżyjącego już wówczas twórcy.

„Łuczniczka” od razu zachwyciła obserwatorów, z burmistrzem Hugo Wolffem (jak się później okazało, ostatnim niemieckim burmistrzem Bydgoszczy) oraz bankierem i ogólnie rzecz ujmując, finansowym magnatem, Lewinem Louisem Aronsohnem, na czele. A skoro była tak piękna, pewnie w kolejce do jej zakupu ustawiało się już wielu chętnych. Miejska elita postanowiła więc, że zamówi jej kopię.
To jednak nie zadowalało Aronsohna, który na brak grosza narzekać nie mógł (ten gość był głównym udziałowcem i członkiem rady nadzorczej Bydgoskiego Towarzystwa Żeglugi Holowniczej, bankierem i wziętym przedsiębiorcą oraz filantropem), a poza tym zdaje się, że nie lubił zadowalać się byle czym. Wyłożył więc 7,5 tys. marek (co wówczas było kwotą astronomiczną) i poprosił magistrat o nabycie oryginału. Kto bogatemu zabroni? Krótko później, burmistrz Wolff pojechał do Oskara (brata Ferdinanda Lepckego) i dobił targu. Swoją drogą, do tego momentu Łuczniczka stała w ogólnodostępnym miejscu, nieopodal ratusza w berlińskiej dzielnicy Nikolassee. Zachowało się nawet zdjęcie z początku XX w., przedstawiające „Łuczniczkę” w oryginalnym miejscu.
Potem poszło już szybko. Dama z łukiem przybyła do swojego nowego domu w sierpniu 1910 r. Kilka tygodni później, 18 października 1910 r., odbyło się uroczyste odsłonięcie monumentu, który ustawiono w bodaj najbardziej reprezentacyjnym punkcie miasta, przed gmachem Teatru Miejskiego. Odtąd, naga niewiasta celowała swym łukiem w ścianę monumentalnego gmachu, którego dziś już zobaczyć niestety nie możemy. Spokojnie, to nie jej wina – strzała nigdy nie została wypuszczona z łuku tej czarującej niewiasty.

Swoją drogą, odsłonięcie pomnika było także wielkim prywatnym świętem dla pomysłodawcy jej sprowadzenia i fundatora, czyli Aronsohna. Ten Niemiec żydowskiego pochodzenia, sprawił sobie w ten sposób niezwykły prezent na 60 urodziny, które obchodził dokładnie w dniu uroczystości. Być może jednak, miał z rzeźbą dużo więcej wspólnego, niż nam się wszystkim wydaje. O tym jednak niżej.
Kim była „Łuczniczka”?
No właśnie, kim właściwie była „Łuczniczka”? Mowa oczywiście o pierwowzorze, czytaj: modelce, która pozowała Lepckemu przy przygotowywaniu projektu rzeźby. Mimo pozornej trywialności, to bodaj jedna z największych zagadek w historii naszego miasta. Zresztą, nie ma się co dziwić – szczególnie dawnym mieszkańcom Bydgoszczy – których uroda i swoboda (wszak naga kobieta prezentowana w miejscu publicznym nie była czymś pospolitym) niewiasty, mogły mieszać w głowie. I mieszały, co udowodnię w kolejnych akapitach tego materiału.

Jest wiele teorii. Pierwszą, bodaj najpopularniejszą jest ta, według której modelką była młoda aktorka czy też statystka z bydgoskiego teatru. Tę miałby wyznaczyć do tej roli sam Aronsohn. Inne źródła wskazują, że była to przyjaciółka mistrza Lepckego, lub burmistrza berlińskiej dzielnicy Nikolassee (stąd jej pierwotne usytuowanie przed gmachem ratusza). Oczywiście nie miejmy złudzeń: „przyjaciółka” oznaczała zapewne kochankę któregoś z wymienionych dżentelmenów. Jeżeli nie mieli jednocześnie małżonek, nie widzę problemu.
Jest jednak jeszcze jedna teoria, która z uwagi na zaangażowanie Aronsohna w sprowadzenie rzeźby do Bydgoszczy, może mieć sens. Mianowicie, mówi się, że była to po prostu córka bankiera! Potwierdzeniem tej tezy mają być słowa p. Erny Proskauter, która w swojej książce „Drogi i bezdroża”, wspominała, że za jej czasów w przedwojennej Bydgoszczy, wszyscy nazywali „Łuczniczkę” mianem „Panny Aronsohn”.

W okresie międzywojennym powstał nawet wiersz autorstwa Bronisława Trembickiego, który pozwolę sobie zacytować:
„Pamiętam jak Cię postawili
Wszystkie dewotki pluły, lżyły
Niegodną byłaś, to cię przesunęli
I w głębi parku postawili
O Łuczniczko moja miła!
O panno Aronsohn
Przed kim się ukryłaś?”
Ciekawą teorię przeczytać możemy także w przytoczonej już wcześniej książce duetu: Winter-Derenda. Tam, opierając się na wspomnieniach starszej pani, pracującej w latach 40 i 50. XX w. jako fryzjerka w zakładzie przy ul. Długiej, przedstawiono opowieść, według której modelka miała być Polką. Podobno, będąc już w dojrzałym wieku, przychodziła do salonu, a jego właściciel nazwał ją wyłącznie „Modelką Łuczniczki”. Pani ta miała podobno mieszkać nieopodal, przy ul. Wierzbickiego.
Jak było naprawdę? Pewnie nigdy się nie dowiemy, ale ja – gdybym już musiał – obstawiłbym jednak, że była to córka Aronsohna. Ten miał faktycznie jedną, o imieniu Julia, urodzoną w 1876 r. Wiemy na pewno, że w 1899 r. wyjechała wraz z mężem do Akwizgranu. W momencie powstawania rzeźby miała więc dwadzieścia-kilka lat. Wszystko pasuje więc tutaj idealnie.
Skandal obyczajowy
Jeśli myślicie, że postawienie w centrum miasta, w 1910 r., pomnika młodej, całkowicie gołej, a do tego atrakcyjnej niewiasty, zostało ot tak zaakceptowane przez bydgoszczan, jesteście w dużym błędzie. Nie wszyscy byli na tyle postępowi, aby mogli dostrzec w rzeźbie wyłącznie walory estetyczne – dla niektórych był to pomnik, który w sposób demoralizujący wpływał na mężczyzn, dzieci i młodzież (w dowolnej kolejności). Jak widać, osoby, które określić można mianem „świętszych od papieża”, trafiały się już w tamtych czasach.
Nie była to oczywiście wyłącznie bydgoska przypadłość. Pierwsze „akty wandalizmu” trafiały się już bowiem, kiedy pomnik stał jeszcze w Berlinie. Podobno wtedy zdarzało się, że mieszkańcy zakładali „Łuczniczce”… biustonosz. Trzeba przyznać, że całkiem z klasą.

Szczególnie zły czas, zaczął się jednakże dla naszej damy po powrocie Bydgoszczy w granice Rzeczypospolitej. Nie zrozumcie mnie źle – porostu, był to moment dużego wzmocnienia wiary katolickiej, a co za tym idzie, pogłębienia tradycyjnych wartości i przesadnej „moralności”. Wówczas na nagość nie było miejsca – wiadomo, skoro udaje się, że coś nie istnieje (np. seksualność), to tego nie ma. W każdym razie, rzeźba stała w dość problematycznym miejscu – na trasie wędrówek między kościołem: klarysek, Ignacego Loyoli na Starym Rynku i fary. Tędy przechodziły też coroczne pochody w Boże Ciało. No, niezbyt fortunnie.
Mało tego, zaczęły się pojawiać najprawdziwsze teorie spiskowe (tak jest, te istniały już dawno, dawno temu). Wielu co bardziej „świadomych” (to chyba ci, co „wyłączyli… radio i włączyli myślenie”) twierdziło, że Niemcy ustawili w tym miejscu „Łuczniczkę” celowo, aby gorszyć polskie (ma się rozumieć katolickie) społeczeństwo. Inni uważali, że to nie przystoi, aby kobieta (a już szczególnie pozbawiona ubrań kobieta) stała w miejscu, w którym dawniej stał kościół karmelitów.

Biedna „Łuczniczka” była więc często przykrywana płachtami, prześcieradłami i czym popadnie, co by swym jędrnym ciałem nie kusiła męskich (a może i niektórych kobiecych) umysłów. Zresztą, bywa tak, że i w obecnych czasach zostaje ubrana, jednak raczej w efekcie jakiegoś happeningu.
Wróćmy jednak do okresu międzywojnia. Tym bardziej, że wówczas, wielką przeciwniczką pomnika okazała się sama Apolonia Chałupiec, znana powszechnie jako Pola Negri, która przez pewien czas mieszkała przy Placu Teatralnym, toteż mogła bez przerwy spoglądać na „Łuczniczkę”. Z jakichś bliżej niezbadanych powodów (może zazdrość?), p. Pola nawoływała do zlikwidowania rzeźby, a z uzyskanego z niej materiału, utworzenia pomnika… Bolesława Prusa (lub – jak chcą niektóre źródła – Aleksandra Fredry). Mam nadzieję, że w jej wyobrażeniach, Prus (czy też Fredro) był jednak ubrany. Wcześniej ktoś rzucił pomysł postawienia tutaj Chrystusa.

I nie myślcie sobie, że były to jedynie krzyki nieco „odklejonej” celebrytki. O nie, bo miała p. Chałupiec siłę przebicia tak mocną, że wkrótce rada miasta podjęła uchwałę o… likwidacji „Łuczniczki”! Tak jest, po kilkunastu latach, rzeźba miała na stałe zniknąć z krajobrazu Bydgoszczy.
Sprawę z niedowierzaniem obserwowały władze Poznania, w tym prezydent Cyryl Ratajski, który, zapewne przekonany, że ma do czynienia z prawdziwym ciemnogrodem, postanowił wykorzystać nadarzającą się okazję. Złożył więc ofertę wykupienia „zakładniczki” moralności. To chyba nieco otrzeźwiło umysły radnych, po prędko wycofali się ze swojego „rewolucyjnego” pomysłu. „Smród” jednak pozostał. I dogryzanie ze strony inteligencji i środowiska artystycznego miasta (oczywiście poza p. Chałupiec, której zresztą już w mieście nie było).
Ale sprawa nie wygasła zupełnie. Jeszcze przed II wojną światową temat podnoszono kilkukrotnie. Zatwardziałe głowy twierdziły, że „Łuczniczkę” należy przenieść nad Kanał Bydgoski, z dala od kościołów, gdyż:
a. jest gorsząca,
b. w zasadzie to kicz, a nie sztuka.
Jeden z przemysłowców, Franciszek Błoch, zaoferował nawet, że jeżeli „Łuczniczka” ma pozostać w swym miejscu, to on, zupełnie bezpłatnie, wykona listek figowy, którym przykryte zostaną miejsca intymne młodej damy. Z propozycji jednak nie skorzystano.
Druga strona odpowiadała ironicznymi tekstami w stylu: „Może praktyczniej, bo przede wszystkim taniej, byłoby wprost zepchnąć ją do Brdy”? Dopytywał ironicznie J. Wyrzykowski na łamach „Dziennika Bydgoskiego”? Nie doszło na szczęście i do tego. Wszak (choć nie wypada tak mówić o damie) nasza pani z łukiem swoje ważyć musi, toteż prędko osiadałby na dnie.

Łuczniczka podróżująca
Właśnie te „dyskusje” obyczajowe, sprawiły, że „Łuczniczka” ostatecznie faktycznie zmieniła swoje pierwotne miejsce. Na początku stała tuż obok obecnej ulicy Mostowej, ale (zdaje się, że już w latach 30. XX w.) przesunięto ją w kierunku południowo-zachodnim – w taki sposób, że stanęła bliżej Brdy. W rezultacie osiągnięto pewien kompromis – „Łuczniczka” ocalała, ale nie „raziła” aż tak bardzo oczu nadgorliwców.

Nie upłynęło jednak dużo wody w Brdzie, a nasza dama… wróciła na swoje pierwotne miejsce. Nie wiadomo czy już w trakcie okupacji, czy chwilę przed nią. Pewnym jest natomiast, że potem sprzyjało jej szczęście. Sąsiedni teatr został zniszczony, a potem całkowicie rozebrany, ona zaś przetrwała, ledwie draśnięta odłamkami pocisków.
W każdym razie, naszej bohaterce udało się przetrwać wielką transformację Placu Teatralnego i okolic niemal bez szwanku. Ba – została nawet odnowiona – i to przez nie byle kogo, a samego mistrza, Piotra Trieblera. Zdaje się, że przestała wreszcie wzbudzać kontrowersje, bo ludzie po wojnie mieli już zupełnie inne problemy – jak się okazało, ten dotyczące rzeźby nie był tak znowu wielki. Cóż za zaskoczenie!
W 1955 r. „Łuczniczkę” przeniesiono na krótki czas przed gmach Muzeum Okręgowego przy ul. Gdańskiej – podobno dlatego, że na Placu Teatralnym, który nowa nazwa przechrzciła na Plac Zjednoczenia, powstać miał pomnik wdzięczności bohaterom armii czerwonej (dramat). Ten na szczęście nie został tutaj zbudowano, ale „Łuczniczka” zniknęła. Wkrótce zresztą, w 1960 r., wyekspediowano ją jeszcze dalej, bo do Parku Jana Kochanowskiego.

I tak stoi, już 64 lata, w swoim nowym (choć właściwie trudno tak je nazwać) miejscu. Warto podkreślić, że właśnie tutaj zadomowiła się najbardziej, bo okres który w tym miejscu spędziła, jest już najdłuższy (na Placu Teatralnym stała tylko 45 lat, a więc rekord padł w 2005 r.). No i znowu stoi przed teatrem! Nie tym oryginalnym, za którym chyba wszyscy w Bydgoszczy tęsknimy, ale też nienajgorszym – wszak to projekt zasłużonego architekta, Alfonsa Licznerskiego (pisałem o nim artykule, poświęconym Cmentarzowi Nowofarnemu – czyli TUTAJ).
I tak, wiem, że od lat trwają dyskusję (ta rzeźba serio sprawia, że ludziom chce się dużo gadać!) o jej przeniesieniu do oryginalnej lokalizacji. Jednak według mnie, ta w której stanęła w 1960 r. jest idealna. Dlaczego tak uważam? Po pierwsze dlatego, że nie można upychać wszystkich miejskich atrakcji w obrębie starówki. Po drugie, w ten sposób, potencjalna, turystyczna i rekreacyjna strefa miasta się wydłuża. I wreszcie po trzecie: park Jana Kochanowskiego to piękne miejsce, którego „Łuczniczka” stanowi perłę w koronie. Nie wyrywajmy jej. Niech dalej błyszczy i zachwyca!

Siostry „Łuczniczki”
Faktem powszechnie znanym (tak mi się przynajmniej wydaje) jest to, że „Łuczniczka” ma w Europie kilka sióstr! Na myśli mam oczywiście kopie rzeźby Ferdinanda Lepckego, bowiem oryginał bezwzględnie znajduje się w Bydgoszczy. Pisząc to, czuję chwilowy przypływ dumy. Poważnie, tym razem nie ironizuję!
Tych sióstr jest 5, i wszystkie stoją w graniach obecnych Niemiec. Pierwszeństwo w tej grupie przysługuje tej, stojącej w rodzinnym mieście Lepckego, Coburgu w Bawarii. Znajdziecie ją w miejskim parku, blisko dworca kolejowego. Z kolei w miejskiej galerii sztuki, odnaleźć można miniaturową rzeźbę dłuta Lepckego, podobno o zaskakująco podobnych do „Łuczniczki” kształtach – być może i tutaj za wzór posłużyła mu ta sama modelka? Warto dodać, ze Coburgu stoi także kopia bydgoskiego „Potopu”.

Kolejna siostra, przywita Was w niemieckiej części wyspy Uznam, w miejscowości Heringsdorf. Stoi ona przed pałacem „Bleichröder”, niegdyś znajdującym się w posiadaniu rodziny Lepckego. I tutaj umieszczono ją w miejskim parku. Widać siostry lubią otoczenie zieleni.
W 1982 r. powstała rzeźba, stojąca w miejscowości Wilhelmshaven w Dolnej Saksonii. Jako że od lat mieszkało tutaj wielu Niemców, pochodzących z Bydgoszczy, zapragnęli mieć swoją własną „Łuczniczkę”. No i dostali ją, tzn. ufundowali, a na jej cokole znalazł się napis w języku niemieckim: „Bogenspannerin. Nach prof. Ferdinand Lepcke. Orginal in Bromberg” („Łuczniczka według prof. Ferdynanda Lepckego. Oryginał w Bydgoszczy”).
A skoro Bydgoszcz zwana jest Małym Berlinem, to poszukajmy „łuczniczych” związków z Berlinem, ale tym dużym. I tutaj mamy bowiem dwie kopie „Łuczniczki”, Lepckego! Ta najbardziej znana powstała w latach 90. XX w. i jest… repliką kopii (czego nie rozumiesz?), która nie przetrwała wojny. Można ją podziwiać na Wyspie Spichlerzy, tuż obok nabrzeża Sprewy. Druga stoi w miejscu, w którym nasza (ta oryginalna, bydgoska) „Łuczniczka” stała przed sprowadzeniem jej nad Brdą, tj. w dzielnicy Nikolassee.

Inne dzieła Ferdinanda
Wszyscy wiemy, że w Bydgoszczy znajduje się drugie wielkie dzieło Lepckego, czyli „Potop”. Ale czy mamy świadomość, że w zbiorach Muzeum Okręgowego im. Leona Wyczółkowskiego, znajduje się jeszcze jeden artefakt, związany z wielkim artystą? Nie sądzę, drodzy Państwo!
A tak jest w istocie. Mowa o małej, liczącej ok. 60 cm wysokości wykonanej z brązu figurze mężczyzny i kobiety. Nazywa się ona „Kiss”, a więc „Pocałunek” i została zakupiona przez placówkę w trackie okupacji, w 1944 r. od kobiety nazwiskiem Bumke. Na jej cokole znaleźć można sygnaturę „F. Lepcke”. Podobną znaleźć można w muzeum w Coburgu oraz w kilku innych miejscach Europy, ale co ciekawe tylko ta bydgoska nosi nazwę „Pocałunek”, wszystkie inne „Ponowne spotkanie”.

„Łuczniczka” cały czas inspiruje. Wszak od 2002 r. mamy w Bydgoszczy halę sportową, która nosi taką nazwę. A w 2013 r. przed Operą Nova stanęła „Łuczniczka Nova”, której autorem jest Maciej Jagodziński-Jagenmeer. Ta jest zdecydowanie bardziej „gibka”, aniżeli jej pierwowzór, niemniej też ocenić należy ją pozytywnie.
Poza tym mieliśmy przez pewien czas w Bydgoszczy drużynę siatkarską „Łuczniczka Bydgoszcz”, mamy osiedle (tzn. część osiedla Kapuściska) Łuczniczka, kilka organizacji o takiej nazwie, a nawet nagrody. Mowa o literackich nagrodach roku „Strzały Łuczniczki”, wręczane co roku utalentowanym twórcom.
Sprawdź nasz kanał na YouTube!
Odwiedziny u „Łuczniczki”
Na koniec udajmy się w odwiedziny do naszej dzisiejszej bohaterki. Spokojnie, zastaniemy ją na miejscu. Wszak stoi tak niewzruszona, na środku skweru w parku Jana Kochanowskiego, od 1960 r. O każdej porze dnia i nocy znajdziecie ją w pobliżu zbiegu ulicy 20 stycznia 1920 r. i alei Adama Mickiewicza.

Łuczniczka celuje swym łukiem w kierunku północno-zachodnim, stoją na cokole z czerwonego granitu, który osiąga wysokości ponad 1,5 metra. Sama rzeźba wykonana jest z brązu, a jej wymiary to: 175 cm wzrostu, 106 cm w biuście, 77 cm w tali oraz 105 cm w biodrach. Zdaje się, że to wymiary niemal idealne (przynajmniej według ogólnie przyjętych standardów).
Spojrzenie naszej „Łuczniczki” zawsze uznawałem za dość surowe. Ciekawa, bardzo nawiązująca do epoki jest także fryzura w postaci włosów podwiniętych nad uszami i upiętych w kok. Nie jest z kolei prawdą, iż „Łuczniczka” jest całkiem naga – wszak ma buty, a konkretnie sandały rzymskie. Pod nimi, na podeście na którym stoi dama, dostrzeżemy informację o autorze: Ferd. Lepcke.

Swoją drogą, takie same, ale przewieszone przez ramię, rzymskie sandały, ma „Przechodzący przez Rzekę”, a więc inny, znacznie młodszy symbol naszego miasta. W kontekście tej pary wykształciła się piękna historia, jakoby mieli być w sobie zakochani. Tzn. z pewnością „Przechodzący” jest zakochany, bo niesie jej wypuszczoną przez nią strzałę. Swoją drogą, miłość nie zna tutaj przeszkody w postaci wieku – wszak potencjalnych kochanków dzieli niemal 100 lat.

Legendy dot. łuczniczki Bydgoszczy i Kazimierza Wielkiego, przytaczał tutaj nie będę, bo uważam ją za jedną z bardziej durnych, natomiast na koniec warto wrócić do kwestii strzały. Te bowiem co jakiś czas faktycznie zostają wypuszczone z łuku naszej „Łuczniczki”. Tzn. bywa tak, że zostają skradzione – zapewne w celu sprzedaży lub postawienia na półce jako wielkie trofeum. Różne mają ludzie fantazje.

Na koniec tradycyjnie już, polecam odwiedziny w opisywanym miejscu. Wiem, że niemal każdy bydgoszczanin, od czasu do czasu mija rzeźbę naszej „Łuczniczki”, jednak tak mocno przywykliśmy do jej widoku, że zdaje się, iż tak naprawdę jej nie dostrzegamy. Pora to zmienić – już w trakcie następnego spaceru po parku Jana Kochanowskiego! Pięknie do tego zachęcam!

Piotr Weckwerth
