Trzecia i zarazem ostatnia część materiału, w ramach którego „zwiedzamy” bydgoski Cmentarz Nowofarny. Kontynuujemy opowieść o wybitnych postaciach, które zostały tutaj pochowane. Tym razem nieco zbaczamy z alei głównej, docierając do najdalszych zakamarków nekropolii. Zapraszamy na kolejny odcinek cyklu „Bydgoszcz przez dziurkę od klucza”.
Zanim przejdziemy do właściwej części artykułu, przypominam (a tych, którzy trafili tutaj po raz pierwszy, informuję), że niniejszy materiał jest częścią większego, zapoczątkowanego jeszcze w 2021 r., cyklu. Dotychczas powstałe teksty, przeczytać możecie TUTAJ: Bydgoszcz przez dziurkę od klucza.
W kolejnych miesiącach i latach planujemy kontynuować cykl i odkrywać tajemnice ważnych, lecz nie w pełni dostępnych dla osób z zewnątrz, bydgoskich obiektów.
Felicja Krysiewiczowa (1897-1970)
Zaczynamy od zachodniego skraju cmentarza, a przynajmniej najdalej na zachód wysuniętej alei cmentarnej. Tutaj spoczywa jedna z najwybitniejszych, w historii bydgoskiego życia kulturalnego, kobieta, czyli Felicja Krysiewiczowa. Możecie ją odnaleźć po charakterystycznym, mocno nawiązującym do stylu epoki, w którym postał (1970 r.) nagrobku, na którym przedstawiono wyobrażenie… no właśnie, czego? Mi zawsze wydawało się, że to łabędź, ale uczestnicy listopadowej wycieczki po tym cmentarzu, twierdzili, że to: a. symbol nutki, b. saksofon. Po przemyśleniu stwierdzam, że najbliższa prawdzie jest opcja pierwsza. Tym bardziej, jeśli prześledzimy karierę p. Felicji.
Krysiewiczowa była kolejną, zasłużoną dla Bydgoszczy osobą, która urodziła się na kresach Rzeczypospolitej. Mianowicie w Mińsku, zwanym wówczas – w 1897 r. – litewskim. Potem studiowała w kijowskim konserwatorium, gdzie specjalizowała się w dziedzinie fortepianu, a następnie śpiewu. Wiadomo co stało się z dawnymi polskimi ziemiami po wojnie polsko-bolszewickiej, więc Krysiewiczowa musiała się przenieść na zachód. W ten sposób wylądowała w Poznaniu, skąd w 1897 r. przeniosła się właśnie do Bydgoszczy.

Dość prędko została nauczycielką w Miejskim Konserwatorium Muzycznym, gdzie szkoliła młodych adeptów sztuki śpiewu. Oczywiście nie porzuciła kariery artystycznej – występowała w audycjach muzycznych „Collegium Musicum”. Zajęła się także działalnością organizatorską – zarządzała bydgoskim oddziałem „Ormuzu”, sprowadzała do miasta wybitnych artystów. Czynnie udzielała się w Towarzystwie Muzycznym oraz Radzie Artystyczno-Kulturalnej.
Okres największych sukcesów naszej bohaterki to lata powojenne. Współuczestniczyła w odrodzeniu Bydgoskiego Towarzystwa Muzycznego, a także zorganizowała dział muzyczny Rozgłośni Pomorskiej Polskiego Radia i była jego pierwszym kierownikiem. Sprawiła, że w bydgoskiej rozgłośni powstał niewielki zespół orkiestralny, który z czasem przekształcił się w Orkiestrę Symfoniczną Rozgłośni Polskiego Radia w Bydgoszczy.
Dwa wydarzenia, które sprawiły, że p. Felicję powinni znać w naszym mieście wszyscy, miały jednak miejsce w latach: 1946 i 1956. W pierwszym z nich, właśnie z jej inicjatywy, powstała Pomorska Orkiestra Symfoniczna. Ta sama, które dyrektorem chwilę później został Andrzej Szwalbe, i która ostatecznie zmieniła nazwę na Filharmonię Pomorską. W 1956 r. zainicjowała zaś uruchomienie Studium Operowego w Bydgoszczy, które od 1959 r. znane było jako Teatr Muzyczny Opery i Operetki. Przez cztery lata zarządzała nim i kierowała jednostką wokalną. Po latach, zasiana w ten sposób idea, wykiełkowała w znaną nam dzisiaj Operę Nova!

Oczywiście to nie wszystko. Krysiewicz pełniła przez wiele lat funkcje wiceprezesa i prezesa w Towarzystwie Muzycznym. W 1960 r. przyczyniła się także do utworzenia wieczorowej szkoły muzycznej II stopnia.
Dziś, p. Felicja jest patronką ulicy w Fordonie, a także sali kameralnej w bydgoskiej Operze. Również tam, znajduje się jej popiersie. Niestety, zachowało się bardzo niewiele zdjęć tej niezwykłej kobiety.
Zwiedzanie Bydgoszczy z przewodnikiem! Odkryj tajemnice bydgoskich osiedli z Piotrem Weckwerthem – pasjonatem historii i znawcą miasta. Zadzwoń lub napisz i umów się na wycieczkę: +48 884002977, turystykabezfiltrow@gmail.com
Hieronim Konieczka (1920-1994)
Nie oddalamy się zbyt daleko od miejsca spoczynku Felicji Krysiewiczowej, kierując się w na wschód – gdzieś między aleję zachodnią, a aleję główną. Dlaczego „gdzieś”? Ponieważ doprawdy trudno mi opisać słowami, gdzie dokładnie znajduje się to miejsce – to jedna z niewielkich, gruntowych ścieżek, jakich tutaj od groma.
Ale warto poszukać, bo trafić można na nagrobek człowieka, którego nazwisko znają wszyscy, związani z bydgoską kulturą. Hieronim Konieczka, czyli obecny (od 2000 r.) patron Teatru Polskiego w Bydgoszczy. No dobra, ale czy wiemy, kim Konieczka w ogóle był? Tak myślałem, z tym jest już gorzej.

Otóż, był to oczywiście aktor, a sporadycznie również reżyser i scenarzysta. Co ciekawe, urodził się w Szwederowie. Nie, to nie błąd – przyszedł bowiem na świat 29 marca 1920 r., na dwa dni, przed włączeniem osiedla w granice miasta. Tym samym, był zapewne jednym z ostatnich „prawdziwych” szwederowiaków.
Na scenie bydgoskiego teatru występował z przerwami przez 35 lat, debiutując w 1946 r. W międzyczasie, udzielał się także w Teatrze Ziemi Pomorskiej w Toruniu, Teatrze im. Wiliama Horzycy w Toruniu czy Teatrze Dramatycznym w Koszalinie. W Bydgoszczy został także współzałożycielem Sceny Studyjnej, gdzie zajmował się głównie (jako jego wielki fan) przestawianiem twórczości Ignacego Witkiewicza.

A to, że Konieczka był w swym fach dobry, niech podkreśli fakt, iż dwukrotnie (1971 i 1972 r.) został laureatem Złotej Maski (czyli plebiscytu na najlepszego aktora), organizowanego przez „Dziennik Wieczorny”. Konieczka grał głównie amantów, w czym wydatnie pomagała mu aparycja. Zresztą, grał nie tylko w teatrze, ale i w telewizji (choćby: „Czerwone berety”, „Odejścia, powroty”, „…gdziekolwiek jesteś, panie prezydencie”).
Zbigniew Urbanyi (1931-2004)
Kolejna postać na naszym nowofarnym szlaku, to Zbigniew Urbanyi, czyli człowiek z pasją. No bo jak nazwać gościa, który pracując w bydgoskich gazetach codziennych, udzielając się przy organizacji wielu wydarzeń sportowych i kulturalnych, potrafił jeszcze znaleźć czas i energię na… wielotygodniowe wyprawy jachtem?
Właściwie, o Urbanyim należy mówić jako o jednym z najsłynniejszych bydgoskich żeglarzy. A pływał nie byle gdzie, bo dla przykłady na: przylądek Horn (wraz z Aleksandrem Kaszowskim opłynął go jako pierwsza polska załoga), Islandię, czy Spitsbergen. I to w czasach, kiedy nie było to tak proste (ok, i teraz nie do końca jest) jak dziś, czyli już w latach 70. XX w. A pływał jachtami, w tworzeniu których uczestniczył – w tym na najsłynniejszym: „Eurosie” oraz „Zenteku” i „Solanusie”.

Co więcej, w trakcie wypraw, p. Zbigniew wykonywał całą masę świetnych zdjęć, które obecnie, po latach, służą jako pretekst do wystaw. A w tym przoduje Wyższa Szkoła Gospodarki i tamtejsze Muzeum Fotografii (obecnie znajdujące się przy ul. Karpackiej), która w ostatnich latach pokazywała m.in. wystawę „Zdobywcy Północy”. Zresztą, w 2022 r. uczelnia wydała także album z fotografiami wielkiego podróżnika.
Poza tym, Urbanyi publikował w bydgoskich: „Ilustrowanym Kurierze Polskim” i „Gazecie Pomorskiej”, a także branżowych: „Sporcie”, „Żaglach”, „Świecie Żagli”, „Głosie Wybrzeża” czy „Głosie Szczecińskim”. Był także współautorem publikacji pn. „Polskie jachty na oceanach”, w której opisał najważniejsze rejsy od lat 30. do 70. XX w. To on był także pomysłodawcą imprezy „Wielka Wioślarska o Puchar Brdy”.

źródło: „Żagle”
Dziś Urbanyi jest patronem fragmentu bulwaru nad Brdą, na Starym Mieście (obok Poczty Głównej). Jego nagrobek znajdziecie po południowo-wschodniej stronie kościoła św. Krzyża, w pobliżu kwatery ofiar wojny polsko-bolszewickiej.
Kazimierz Borucki (1898-1986)
Idąc nieco dalej, w kierunku południowym, odnajdziemy miejsce spoczynku Kazimierza Boruckiego. Tzn. jest taka szansa, ale niewielka, bo z uwagi na materiał, z którego wykonano pomnik, nazwisko jest słabo dostrzegalne. Uwierzcie mi jednak, to co widzicie na zdjęciu to właśnie to miejsce.

Właściwie powinniśmy mówić o Kazimierzu Rola-Boruckim, czyli bardzo zasłużonym, pochodzącym z Inowrocławia, muzealniku. Człowieku, dzięki odwadze którego, II wojnę światową przetrwała cała masa bydgoskich dzieł sztuki. Dzięki temu, że cieszył się sporym (oczywiście jak na panuje warunki) poparciem ze strony niemieckiego dyrektora muzeum, miał dość duże pole manewru. Zdołał więc poukrywać wiele przedmiotów (głównie takich, związanych ze sztuką sakralną) w różnych miejscach – a to w kolumnach kościelnych, a to w meblach czy ukrytych schowkach.
W ten sposób, wojnę przetrwały choćby obraz Matki Boskiej Pięknej Miłości, czy dzieła Maksymiliana Piotrowskiego, obrazy: Święty Ignacy Loyola i Najświętsza Maryja Panna, ze zburzonego kościoła na Starym Rynku. Obecnie pierwszy wisi w kościele pw. św. św. Ignacego Loyoli i Andrzeja Boboli w Jastrzębiej Górze, ale drugi ostał się nad Brdą – zdobi ołtarz główny w kościele pw. św. Piotra i Pawła na Placu Wolności. Urbanyi uratował także m.in. obraz Matki Boskiej Góreckiej z kościoła w Górce Klasztornej nieopodal Łobżenicy, który podobno przechowywał we własnym mieszkaniu przez cały okres okupacji.
Skąd takie zamiłowanie i determinacja w ratowaniu zabytków? Otóż, Kazimierz Borocki był po prostu muzealnikiem z krwi i kości! W Muzeum Miejskim w Bydgoszczy, do którego trafił na początku lat 20. XX w., niemal natychmiast został jedną z najważniejszych person (mimo, że początkowo zatrudniono go „tylko” jako konserwatora). W 1925 r. został mianowany sekretarzem, a w 1934 r. wicekustoszem. Mówi się jednak, że już wtedy działał po prostu jak dyrektor, czego nie zmienił nawet kolejny awans z 1938 r., na pełnoprawnego kustosza.

Po II wojnie światowej, konkretnie w 1946 r., został już oficjalnie dyrektorem – teraz Muzeum Okręgowego im. Leona Wyczółkowskiego. Był więc pierwszym powojennym zarządcą instytucji i jedną z 10 osób, pełniących tę funkcję od 1946 r. do dziś. A pełnił ją najdłużej ze wszystkich, bo niemal 20 lat.
Zresztą, był Borucki człowiekiem niezwykle aktywnym, gdyż jednocześnie wszedł do grona założycieli Towarzystwa Miłośników Miasta Bydgoszczy (w 1923 r.), potem będąc także członkiem zarządu, a także założycielem Towarzystwa Numizmatycznego oraz Polskiego Towarzystwa Archeologicznego.
Na koniec warto podkreślić, że Kazimierz Borucki, był bodaj najbardziej wiarygodną osobą, która potwierdziła istnienie krwawego odcisku dłoni, na ścianie kościoła św. Ignacego Loyoli – rzekomo stanowiącego pretekst do zburzenia zachodniej pierzei Starego Rynku przez Niemców. To właśnie jedna z przyczyn, które sprawiają, że sam nie jestem w stanie jednoznacznie odrzucić tej opowieści, jako miejskiego mitu.
Dziś Kazimierz Borucki jest patronem ulicy w Starym Fordonie, ale czy pamiętamy o nim w Bydgoszczy na tyle, na ile zasłużył? Mam wątpliwości.
Antoni Chołoniewski (1872-1924)
Na naszej trasie po Cmentarzu Nowofarnym, czas na człowieka, którego większość bydgoszczan kojarzy zapewne tylko z ulicą na Szwederowie. A szkoda, bo to kolejny, wielce zasłużony publicysta. Jego grób znajduje się na drugim okręgu, a więc głównej alejce, okrążającej kościół św. Krzyża (nie tej najbliższej, a nieco dalszej). Co ciekawe, zdaje się, że jest to tylko grób symboliczny (nie mam jednak pewności), gdyż według niektórych źródeł oryginalny zlikwidowano w 1987 r. Tego nie potrafił mi jednak potwierdzić nawet zarządca nekropoli.

Chołoniewski urodził się w Kawsku, w pobliżu Stryja (dziś to Ukraina), a więc w regionie, w którym sam miałem przyjemność być ledwie kilka dni temu. W samym Stryju ukończył gimnazjum (to samo, którego absolwentem niedługo później był także sam Kornel Makuszyński). Stamtąd Chołoniewski ruszył do nieodległego Lwowa, gdzie pisał artykuły już jako nastolatek. Potem często zmieniał miejsce zamieszkania, aż w 1921 r. osiadł w Bydgoszczy, konkretnie zaś przy ul. Gdańskiej 119 (na ścianie kamienicy znajdziecie pamiątkową tablicę, poświęconą jego pamięci).

W naszym mieście publikował m.in. w „Gazecie Bydgoskiej”, a także „Bibliotece Pomorskiej”. Tworzył też powieści – choćby „Duch dziejów Polski”, która doczekała się tłumaczenia na cztery obce języki czy „Państwo polskie, jego wskrzeszenie i widoki rozwoju”. Zasadniczo, mimo bardzo narodowego wydźwięku swoich prac, stronił od szowinizmu i nawoływał do tolerancji i postaw prodemokratycznych. Czyli reprezentował coś, czego dzisiejsi narodowcy raczej nigdy by nie zrozumieli.
Marian Turwid (1905-1987)
Człowiek, o którym wszyscy w Bydgoszczy z pewnością słyszeli, ale – jak wynika z moich obserwacji – niewielu potrafi „przykleić” go do jakiejś konkretnej funkcji. A przecież był to wybitny działacz społeczny, pedagog i artysta.
Ciekawy fakt nr 1: Turwid wcale nie nazywał się Turwid, a Kaczmarek. Przynajmniej oryginalnie, bo od lat 20. XX w. zaczął on używać „Turwida” jako pseudonimu, aby potem dodał go do nazwiska (oficjalnie nosił podwójne).

Turwid (czy też raczej Kaczmarek-Turwid) przybył do Bydgoszczy w 1931 r., (sam pochodził z Wrześni), i objął funkcję nauczyciela rysunku w Miejskim Katolickim Gimnazjum Żeńskim w Bydgoszczy. Największe sukcesy przyszły w latach powojennych. W 1946 r. doprowadził do powstania Państwowego Liceum Technik Plastycznych, któremu dyrektorował aż do 1972 r. Chyba robił to całkiem dobrze, bo szkoła wciąż istnieje i ma się dobrze.
Oczywiście istnieje w innej lokalizacji, bo początkowo funkcjonowała przy ul. Gdańskiej, w dawnym budynku niemieckiego kasyna przy obecnej ulicy Gdańskiej 20. (dziś należy on do Akademii Muzycznej im. Feliksa Nowowiejskiego), przez lata (właśnie z inicjatywy Turwida) nazywanym „Pomorskim Domem Sztuki”. Niemniej, w tym samym budynku, do czasu wybudowania własnej, sąsiedniej siedziby (co nastąpiło w 1970 r.), działało Biuro Wystaw Artystycznych, znane dzisiaj jako Galeria Miejska bwa w Bydgoszczy.

źródło: pomorska.pl
Był oczywiście Truwid pierwszym dyrektorem BWA, choć de facto pracował on na tym stanowisku na pół etatu, łącząc je z dyrektorską posadą w Liceum Sztuk Plastycznych. Poza tym znajdował jeszcze czas na pisanie wierzy, esejów, felietonów, powieści (m.in.: „Noc nad Doliną”, „Listy z Bydgoszczy” czy „Przymierze z Brdą”). Pewnym paradoksem jest to, że na jego nagrobku umieszczono informację, iż był to: „pisarz i malarz”. A to akurat bodaj dwie najmniej znane spośród jego licznych funkcji. Warto jednak dodać, że niektóre obrazy p. Mariana znajdują się w zbiorach Muzeum Okręgowego – w jego twórczości powojennej dominowały bydgoskie krajobrazy.
W Bydgoszczy patronuje on skwerowi na Sielance, ale nie ma swojej ulicy. Ta jednak istnieje w jego rodzinnej Wrześni.
Walerian Hypszer
Wchodząc między groby, dosłownie naprzeciwko miejsca spoczynku Mariana Turwida, i przechodząc 3 rzędy nagrobków, dojdziemy do miejsca, w którym ziemską podróż zakończył Walerian Hypszer. I choć wielu to nazwisko nie powie zupełnie nic, to jednak, jako niestrudzony propagator dziedzictwa bydgoskich osiedli (tak przynajmniej widzę w swej próżności sam siebie), muszę o nim wspomnieć.
Wszak p. Walerian to działacz społeczny przez duże D. Człowiek ten, kojarzony jest na pewno na Czyżkówku, gdyż pracował tutaj, jako kierownik szkoły, od pierwszego dnia po powrocie Bydgoszczy i okolic do Rzeczypospolitej. I mimo, że z uwagi na kwestie zdrowotne, zrezygnował z funkcji w latach 30. XX w., to na stanowisku nauczyciela pozostał aż do 1964 r. (oczywiście z przerwą na okupację). A skoro uczył kilka pokoleń czyżkówkowskich dzieci, to bywał nazywany „dziadkiem Hypszerem”.

To głównie dzięki niemu placówka wciąż się rozwijała – dosłownie, jako budynek i w przenośni – pod względem jakości kształcenia. Po zajęciach lekcyjnych, Hypszer działał oczywiście na rzecz lokalnej społeczności, angażując się w prace komitetu na rzecz budowy kaplicy i kościoła rzymskokatolickiego na Czyżkówku. Więcej o tym w tegorocznym artykule, poświęconym temu osiedlu, czyli TUTAJ.
Hypszer zasłużył się Czyżkówku tak bardzo, że od 2002 r., w wyniku plebiscytu, jego imię nosi most, spinający to osiedle z Jachcicami.
Alfons Licznerski (1902-1976)
Kolejny zasłużony bydgoszczanin „z importu”. Właściwie stwierdzić należy, że wielu tych rdzennych to my nie mieliśmy. Licznerski trafił do Bydgoszczy jako młody, 30-letni architekt-inżynier. Od razu rozpoczął prace w Oddziale Budownictwa Zarządu Miejskiego, na stanowisku kierownika budów i projektanta. Równolegle wykładał w Państwowej Szkole Przemysłowej (dzisiejszym Zespole Szkół Mechanicznych nr 1). Tuż przed wojną otrzymał zaś stanowisko eksperta budownictwa przemysłowego w Związku Miast Polskich w Warszawie.

Jako że w trakcie II wojny światowej wcielono go przymusowo do niemieckiej armii, koniec konfliktu zastał go w amerykańskiej strefie okupacyjnej. Musiał chyba jednak mocno czuć misję i chęć pracy na rzecz ojczyzny, bo wrócił do Bydgoszczy, gdzie zaczął pracować w Regionalnej Dyrekcji Planowania Przestrzennego, zostając szefem pracowni urbanistycznej. Następnie pracował w: Biurze Projektów Budownictwa Przemysłowego, słynnym „Miastoprojekcie”, Pracowni Urbanistycznej Wojewódzkiego Zarządu Architektoniczno-Budowlanego i kilku innych miejscach.
Zasadniczo więc, Licznerski nadzorował wdrażanie koncepcji innych architektów, ale samemu też zdarzało mu się tworzyć. I tak dla przykładu, w 1947 r., przy współpracy z Komitetem Odbudowy Teatru w Bydgoszczy, przygotował projekt budowy nowego gmachu teatru miejskiego. Tego, który wszyscy znamy z bezpośredniego sąsiedztwa parku Jana Kochanowskiego (tak, tego który jest obecnie gruntownie remontowany). Przyłożył także rękę do przywrócenia funkcji ratuszowi miejskiemu. Był także w gronie ekspertów, którzy po wojnie opracowywać mieli projekt odbudowy wnętrz Bazyliki Mniejsze pw. św. Wincentego a Paulo. Ostatecznie – jak wiemy – wnętrze zaprojektował jednak słynny Wiktor Zin.

Jan Kossowski
Na koniec zostawiłem sobie (no i Wam) Jana Kossowskiego. Z przynajmniej dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że to jeden z moich ulubionych, nieoczywistych bydgoskich bohaterów. Wciąż mało znany, ale wielce zasłużony dla miasta na niwie architektonicznej. Po drugie, to jedyna z opisanych w artykule osób, której nagrobka na Cmentarzu Nowofarnym… nie znalazłem! Nie dlatego, że go tutaj nie ma – po prostu, moje poszukiwania okazały się klęską. A warto dodać, że pomagał mi nawet pan zarządca nekropolii, który też nie zdołał tego dokonać. Co więcej, przejrzeliśmy księgę cmentarną, ale i ta, Kossowskiego nie było.
Rzecz dziwna, zważywszy na fakt, iż z dobrych źródeł wiem, że grób istnieje. Pewnie wkrótce okaże się, że znajduje się w jakimś totalnie oczywistym miejscu. W tym momencie to jednak nieistotne, bo tutaj ważna jest sama postać architekta.

A mówimy o człowieku, który bezwzględnie zasługuje na miano prawdziwego mistrza bydgoskiego modernizmu! Jeszcze przed II wojną światową zaprojektował ponad 30 kamienic i willi na terenie Śródmieścia, Bielaw i Osiedla Leśnego. Szczególnym zainteresowaniem cieszyły się u niego Sielanka oraz Osiedle Urzędnicze. Wiele z tych budynków wciąż cieszy oczy bydgoszczan.
Do Bydgoszczy Kossowski trafił w 1923 r., a już rok później zatrudnił go znany bydgoski architekt, Bronisław Jankowski, u którego wkrótce został kierownikiem biura. To właśnie w duecie z nim zaprojektował liczne budynki. Ostatecznie Kossowski założył w 1933 r. własne biuro. Po wojnie zaś (w trakcie której dostał się do niemieckiej niewoli z której zbiegł) został kierownikiem Oddziału Rozbudowy i Urbanistyki Miasta. Piastował także stanowisko architekta miejskiego oraz (krótko) prowadził własne biuro architektoniczne, a potem zatrudnił się w Centralnym Biurze Studiów i Projektów Budownictwa Przemysłowego.
O mały figiel, a nie zostałby projektantem gmachu Filharmonii Pomorskiej (ostatecznie wybrano inną koncepcję), jednak i tak przygotował wiele projektów, które doczekały się realizacji – choćby wille przy al. Ossolińskich 7 i Markwarta 11, Sielanka 8a (dziś znana jako Pałac Ślubów) czy kamienica z piękną, piaskowcową elewacją, przy Placu Wolności 7. To również on zaprojektował w latach 40. XX w. arkady przy Placu Teatralnym, oraz pomnik na Placu Wolności. Słowem: miał ręce pełne roboty!
Szkoda, że w Bydgoszczy pozostaje nieco zapomniany. Nie ma ulicy jego imienia, nie ma skweru czy choćby patronatu nad jednym z tramwajów. Warto jednak podkreślić, że kilka lat temu pojawiła się ciekawa książka o jego życiu, autorstwa Agnieszki Wysockiej, pn. „Jan Kossowski. Spotkanie z architekturą”.

W Bydgoszczy Kossowski mieszkał przy ul. Chwytowo 6, a następnie Kordeckiego 24. Dla mnie – miłośnika kresów Rzeczypospolitej – ultra ciekawe jest jednak pochodzenie architekta. Ten urodził się bowiem nieopodal Mohlewa, w dawnym województwie bracławskim, oczywiście podczas zaboru rosyjskiego. Gimnazjum kończył w Winnicy, a potem uczył się w Odessie, natomiast karierę zawodową rozpoczął w Stepanówce koło Winnicy. Na teren dzisiejszej Polski trafił po 1920 r., po ukonstytuowaniu się nowych (a dzisiaj już starych) granic kraju.
Koniec drogi
Tutaj kończymy ten 3-odcinkowy (!) spacer po Cmentarzu Nowofarnym. W zasadzie spokojnie mógłbym przygotować jeszcze przynajmniej jeden epizod, w trakcie którego odwiedzilibyśmy groby kolejnych 10 ważnych, bydgoskich osobistości. Jednakże sądzę, że te ponad 35 stron maszynopisu, w zupełności wystarczy. Mam nadzieję, że docenicie chociaż to, ze podzieliłem materiał na 3 odcinki, aby przesadnie Was nie maltretować. Nie dziękujcie!

Jak zwykle zachęcam Was oczywiście do samodzielnego odwiedzenia opisanej nekropolii i zmierzenia się z tą historią. Zdecydowanie, każdy zaangażowany bydgoszczanin powinien to zrobić przynajmniej raz na jakiś czas.
Dzięki za czytanie i do zobaczenia przy okazji kolejnych odcinków cyklu „Bydgoszcz przez dziurkę od klucza”. Do końca roku zostało jeszcze kilka odcinków!
Piotr Weckwerth
