Ten budynek intryguje. Ewidentnie leciwy, stojący na skraju lasu, od lat „zabity dechami”. Co jakiś czas pojawiają się pogłoski, jakoby miał przejść transformację i zmienić się w obiekt usługowy lub mieszkalny. Wciąż stoi jednak niewzruszony, skrywając tragiczną historię jego dawnych właścicieli. Historię, o której z każdym kolejnym rokiem pamięta coraz mniej osób. Postarajmy się ją odświeżyć, w kolejnym odcinku cyklu „Bydgoszcz przez dziurkę od klucza”. Zapraszamy do Młyna Tańskich na bydgoskich Prądach!
Zanim przejdziemy do właściwej części artykułu, przypominam (a tych, którzy trafili tutaj po raz pierwszy, informuję), że niniejszy materiał jest częścią większego, zapoczątkowanego jeszcze w 2021 r., cyklu. Dotychczas powstałe teksty, przeczytać możecie TUTAJ: Bydgoszcz przez dziurkę od klucza.
W kolejnych miesiącach i latach planujemy kontynuować cykl i odkrywać tajemnice ważnych, lecz nie w pełni dostępnych dla osób z zewnątrz, bydgoskich obiektów.
Zacznijmy od końca
Niniejszy artykuł rozpocznę nietypowo. Nie od historii obiektu, a od jego stanu obecnego. Aby rzecz sprecyzować, podkreślę, że obiektem tym jest Młyn Tańskich, a więc konstrukcja znajdująca się na osiedlu Prądy (właściwie oficjalnie jest to osiedle Miedzyń-Prądy, ale zostawmy kwestie administracyjne w spokoju), pod ścianą Lasu Miedzyńskiego, tuż obok cmentarza parafialnego pw. Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel. A zaczniemy od tego dlatego, że stan budynku, to już od lat sprawa, które rozgrzewa lokalną opinię publiczną. Dodajmy, że nie jest to ciepełko przyjemne.

I nie mówię tutaj nawet o tym, że budynek najzwyczajniej w świecie się sypie. To jeszcze można przełknąć (choć raczej nikomu się to nie podoba), wszak podobne rzeczy widzimy w wielu innych miejscach Bydgoszczy. Chodzi o ostatnie koncepcje przebudowy obiektu, proponowane przez dewelopera, który jest właścicielem nieruchomości. Na jego stronie internetowej, zamieszczono nawet przykładową wizualizację zagospodarowania dawnego młyna. A tam ładna, historyczna, ceglana konstrukcja, została zamieniona w coś… bezkształtnego.
Dobudowane garaże, balkony, zastosowano przeszklony dach, znacznie zwiększono powierzchnię konstrukcji, a także całkowicie przekształcono otoczenie. Właściwie, gdyby ktoś mi nie powiedział, że to koncepcja przebudowy Młyna Tańskich, nie miałbym pojęcia, o jaki obiekt chodzi.

Co gorsza, ten sam deweloper, który oferował sprzedaż Młyna za niemal milion złotych, zaznaczył, że z uwagi na braku Miejscowego Planu Zagospodarowani Przestrzennego, z obiektem w zasadzie można zrobić co się chce. Mieszkania, usługi gastronomiczne czy noclegowe, instytucje kultury, a nawet… przedszkole – to niektóre z propozycji właściciela. Trzeba przyznać, że całkiem „grubo”.
No bo nie rozpędzałbym się z tak odważnymi propozycjami przebudowy. Obiekt – jak wskazywał miejski konserwator zabytków – jest wpisany do gminnej ewidencji zabytków, toteż jakakolwiek ingerencja w jego zewnętrzny lub wewnętrzny układ, wymagała będzie zgody magistratu. Nie żeby to oznaczało, że wszystko zostanie wykonane zgodnie ze sztuką, ale przynajmniej jest to „jakaś” ochrona.

Zwiedzanie Bydgoszczy z przewodnikiem! Odkryj tajemnice bydgoskich osiedli z Piotrem Weckwerthem – pasjonatem historii i znawcą miasta. Zadzwoń i umów się na wycieczkę: +48 884002977
Konstrukcja intrygująca
Rzeczony deweloper opisał Młyn jako: „solidną konstrukcję z czerwonej cegły” i dodał, że „posiada dość ciekawą historię znaczącą dla miasta Bydgoszczy”. Szczególnie intryguje mnie to „dość ciekawą”, ale o tym później. Dalej czytamy: „Usytuowanie nieruchomości wiąże się z ogromnym potencjałem. Położenie nieruchomości dobrze skomunikowane z miastem oraz z terenami zielonymi. W pobliżu liczne sklepy spożywcze, przystanki autobusowe, kościół oraz wiele innych usług”.
W rzeczywistości, Młyn stoi niemal na odludziu. Owszem, obok jest kilka mniejszych zabudowań, restauracja „Gościniec nad Strugą” czy dom księży emerytów im. Jana Pawła II. Do ul. Nakielskiej, czyli najważniejszej arterii osiedla, jest jednak kilkaset metrów, i to gruntową drogą. Co do sklepów to przy tejże Nakielskiej, w najbliższym sąsiedztwie, jest jeden – spożywczy w starym stylu, w dawnym budynku gospody i visa vis niego, z mięsem. Poza tym wokół przyroda, w postaci zieleni (lasu) i błękitu (strumienia). Mówiąc w skrócie: urokliwie.

W jednym z deweloperem należy się jednak zgodzić bezwzględnie. To solidna, ceglana konstrukcja. Sam młyn ma 3 kondygnacje, podpiwniczenie i poddasze, a wszystko przykryte jest dwuspadowym dachem. Do głównej bryły dobudowano także mniejszą część – niestety, akurat ta jest w najgorszym stanie, gdyż tutaj dach całkowicie się zawalił. Cały gmach ma 610 m2, a otaczająca go działka 1140 m2.
Niestety, już na pierwszy rzut oka widać, że to niemal kompletna ruina. Zawalony dach dobudówki to jedno, ale są jeszcze inne tego oznaki. Popękane mury, powybijane szyby (tam gdzie jeszcze się ostały i gdzie okna nie zostały zabezpieczone), zamurowane okna na dolnych kondygnacjach i wiele, wiele innych, rzucających się w oczy problemów. A szkoda, bo ta konstrukcja, choćby z uwagi na historię i piękne położenie, zasługuje na zdecydowanie lepszy los.

W środku nigdy nie byłem – obecnie ciężko byłoby to zrobić, z uwagi na fakt, iż wszystkie potencjalne wejścia na niższych kondygnacjach zostały odpowiednio zabezpieczone. Oczywiście, nie oznacza to, że nie jest to możliwe, jednak wizyta w środku wiązała by się pewnie ze sporym ryzykiem. Ze zdjęć, zamieszczonych dekadę temu na blogu https://opuszczonebydgoszcz.blogspot.com, wynika, że wnętrze zostało całkowicie wymiecione z jakiegokolwiek wyposażenia czy urządzeń. Są licho wyglądające schody między piętrami i ciekawe belkowania na górnych kondygnacjach. Zasadniczo, nie polecam odwiedzin – chyba, że życie Wam nie miłe.
Młyńska historia
Aby poznać początki przemysłowego wykorzystywania miejsca, w którym stoi obecnie młyn, musi cofnąć się o kilkaset lat. Na starych, pruskich mapach, ta część dzisiejszych Prądów, nazywana była Prondy-Kupferhammer, czyli Prądy-Hamernia lub Mühle-Kupferhammeer, czyli Młyn-Hamernia. Cóż oznacza ta hamernia? Mniej więcej tyle, że woda strumienia, który płynie tutaj po dziś dzień, napędzała małą fabrykę. Wiem, wiem, dla większości z Was termin ten brzmi obco.

źródło: NAC
Chodzi o zakład, który nazwać można także: kuźnicą lub młotownią. Miedź była tutaj uzdatniana, mielona, przerabiana, obrabiana lub kształtowana, za pomocą narzędzi, które poruszała siła wody. W ten sposób, powstawać mogły różnego rodzaju narzędzia, okucia czy rury. Podobno, w ostatniej dekadzie XIX w., poza Prądami, tego typu manufaktury istniały jeszcze tylko w 3 miejscach ówczesnej prowincji poznańskiej. Można więc rzec, że Prądy przemysłem stały.
Zachowały się nawet dane dawnych, niemieckich właścicieli kuźnicy. W połowie XIX w. był to Benjamin Wernhardt, następnie, już na przełomie wieków XIX i XX, Ferdinand Schreiner, a do początku lat 30. XX w. Wilhelm Ahl. Oczywiście, w międzyczasie, najpewniej w 1900 r., na miejscu hamerni wybudowano obecny budynek młyna. Zachowała się także informacja, że rzeczony Ahl zamontował w 1928 r., w młynie silnik Diesla napędzany ropą. Na niewiele się to zdało, bo kilka lat później Niemiec zbankrutował, a budynek wraz z otoczeniem wystawiono na sprzedaż.
Tańscy, czyli opowieść tragiczna
Tuż przed wojną, młynem zarządzała rodzina Tańskich. To zapewne właśnie oni skorzystali na bankructwie Ahla. I niestety to właśnie z nimi związana jest wspomniana wyżej, tragiczna historia tego miejsca. To im – ostatnim przedwojennym dzierżawcom – obiekt i sąsiednia ulica, zawdzięczają swą obecną nazwę – Młyn Tańskich.
Głową rodziny był Edmund Tański były myśliwym i członkiem Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” oraz Polskiego Związku Zachodniego. Jego żoną była Sabina, z domu Majewska, a ich dzieci to: Janina (w 1939 r. miała 21 lat) i Tadeusz (20 lat). Sam Edmund pochodził podobno ze szlacheckiej rodziny, herbu Jastrzębiec.

Kiedy na początku września 1939 r. w Bydgoszczy doszło do niemieckiej dywersji, Tańscy pomagali w jej tłumieniu. Przy okazji udzielili schronienia polskim żołnierzom, broniącym miasta, dawali im pożywienie, pozwolili przenocować. Normalny odruch. Jaka była jednak reakcja Niemców, kiedy już zajęli miasto, można się spodziewać.
Cała rodzina, tj.: Edmund, Sabina, Janina i Tadeusz Tańscy, zostali zaprowadzeni do lasu na tyłach młyna, a następnie rozstrzelani, strzałem w tył głowy. Wcześnie zaś, sami musieli wykopać sobie grób. Podobno hitlerowcy byli tak opanowani żądzą mordu, że przy okazji zastrzelili nawet wiernego psa, który poszedł na miejsce kaźni za rodziną. A skąd okupanci wiedzieli o pomocy, jakiej udzieliła rodzina polskim żołnierzom? Otóż donieśli im o tym miejscowi Volksdeutsche, najbliżsi sąsiedzi – ludzie, z którymi żyli podobno wcześniej na bardzo dobrej stopie. Oficjalnie, jako przyczynę morderstwa, podali nielegalne posiadanie broni.

Egzekucję wykonano 5 września 1939 r., a ciała Tańskich spoczywały w prowizorycznym grobie aż do końca konfliktu światowego. Po nim, najbliższa rodzina Tańskich przeniosła szczątki na sąsiedni cmentarz pw. Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel, gdzie spoczywają po dziś dzień. Grób rodziny, ze współczesnym pomnikiem, znajdziecie w pobliżu głównego wejścia.
W lesie, w miejscu kaźni, od 1994 r. znajduje się symboliczny nagrobek. Na jego płycie zamieszczono informację: „Dnia 8.10.1939 została tutaj rozstrzelana bez winy i sądu przez niemieckich okupantów, 4-osobowa patriotyczna rodzina miejscowego leśniczego Edmunda Tańskiego. Spoczywają na pobliskim cmentarzu. Ofiarom męczeństwa i pamięci potomnych. Społeczeństwo, 1994 r.”.

Bardzo dobrze, że takie miejsce pamięci się tutaj znalazło, jednak na płycie znajdują się przynajmniej dwa błędy. Po pierwsze, Edmund Tański nie był leśniczym (był myśliwym, może stąd ta pomyłka), po drugie rodzina została zamordowana we wrześniu, nie w październiku, jak wskazano. Na ścieżce wiodącej od strony Młyna w głąb lasu brakuje niestety tabliczki, drogowskazu, który informowałby o tym miejscu, toteż dość ciężko je znaleźć. Polecam poruszać się wzdłuż mocno zniszczonego ogrodzenia cmentarza – pomnik znajduje się w jego pobliżu.

Dalsze losy obiektu
Po wojnie młyn wciąż działał, ale wkrótce zamiast tradycyjnych rozwiązań technologicznych, wprowadzono tutaj energię elektryczną. Podobno dawne koło młyńskie, przez jakiś czas znajdowało się nawet przy przystanku autobusowym przy ul. Nakielskiej, jako rodzaj pomnika. Sam obiekt przeszedł zaś w ręce Lasów Państwowych.
W międzyczasie, teren ten, wraz z całymi Prądami, został włączony w granice Bydgoszczy. Stało się to dokładnie 5 października 1954 r. Wówczas w młynie urządzony był już magazyn paszy dla koni pracujących dla Lasów Państwowych. I taki stan rzecz trwał dość długo, bo dopiero w 2003 r., młyn przeszedł w ręce diecezji bydgoskiej. Co kościół planował zrobić z obiektem, nie wiem, ale cokolwiek to było, nie udało się. Rozpoczął się powolny proces destrukcji.

W końcu jednak, ok. 2007 r. nieruchomość trafiła w ręce rodziny Stadnickich – tym samych, którzy prowadzą obecnie sąsiednią restaurację, „Gościniec nad Strugą”. Plany były wielkie, a rodzinie pomagał w ich tworzeniu i realizacji sam twórca Muzeum Kanału Bydgoskiego, Sebastian Malinowski. Według najbardziej rozpowszechnionej teorii, wewnątrz zabytkowego budynku powstać miała izba pamięci i mała kawiarnia.
Jak zwykle w takich przypadkach, problemem okazała się ekonomia – cóż za niespodzianka!. „Generalny remont młyna okazał się niestety bardzo kosztowny. Tak to bywa ze starymi budynkami, że często o wiele łatwiej jest zbudować nowy gmach. Mimo że obok postawiliśmy nową restaurację, nie pozwolimy, żeby młyn dalej popadał w ruinę. Jeśli nie w przyszłym roku, to w następnym znajdziemy pieniądze na jego remont” – mówili właściciele w wywiadzie dla „Expressu Bydgoskiego”, dobrych kilka lat temu. Absolutnie nie ma ich co winić, bo remont takiego obiektu byłby z pewnością kilkukrotnie droższy, aniżeli aktualna cena kupna nieruchomości.

Niemniej, szkoda, bo rodzina miała plan wyremontować całą bryłę, a także odtworzyć sąsiedni staw, który miałby być wykorzystywany całorocznie. Niestety, i z tego nic nie wyszło, a Młyn jak stał, tak stoi.
Napędzany przez Flis Południowy
Jako się rzekło, obok Młyna przepływa strumień. Ten ma swoje źródła w okolicach Białych Błot, a następnie pokonuje długi odcinek, wiodący przez Las Miedzyński. Koniecznie udajcie się kiedyś w górę strumienia, bo to naprawdę piękny szlak. Struga płynie przez rozległe łąki, na których tworzą się bagna. Gdzieniegdzie znajdziecie zaś prowadzące nad nią mostki, co nadaje całości bajkowej atmosfery. Tylko uważajcie latem – z uwagi na sprzyjające warunki, strasznie tną komary.


No dobra, ale czy ta struga ma nazwę? Ależ oczywiście – to Flis Południowy, zwany także Strugą Młyńską. Dawniej, za Niemca mawiano na niego Krempe Bruch, a w czasach przedzaborowych, po prostu Krępa. W niektórych publikacjach można także natknąć się na wzmianki o Miedziowej Strudze, co z kolei nawiązuje do wspomnianej kuźnicy/hamerni miedzi.

Rzeczka to „kuzyn” bardziej znanego, znajdującego się po drugiej stronie Kanału Bydgoskiego, Flisa, zwanego dla odróżnienia Flisem Północnym. Przed powstaniem Kanału, Południowy uchodził właśnie do Północnego, ale potem pod drodze „wyrosła” duża przeszkoda. Dziś, ten ok. 5-kilometrowy ciek, wpada do Kanału Bydgoskiego w okolicach skrzyżowania ulic: Cieplickiej i Spacerowej.


Jako że mamy strumień i mieliśmy młyn, musiało być i jezioro młyńskie. No i było, a pozostałości po nim – już bardzo mocno zarośnięte – znaleźć można na tyłach opisywanej konstrukcji. Zachowała się tutaj charakterystyczna niecka, a nawet dawna wyspa. Jezioro zwano, podobnie jak całą okolicę: Kupferhammer bądź Prondyer See (Prądzyńskie Jezioro). Często, szczególnie później, wykorzystywano także polską nazwę: Miedziowe Jezioro (to również nawiązanie do miedzianego przemysłu).


Staw był niewielki, ale bardzo chętnie i często wykorzystywany przez mieszkańców okolic. Wzdłuż niego poprowadzono eleganckie aleje, a w ciepłe miesiące można było wynająć łódź i popływać po jego wodach. Mało tego, na jego środku znajdowała się niewielka, zalesiona wyspa – cel wielu wiosennych i letnich wypraw. Szczególnie elegancko było tutaj oczywiście przed I wojną światową, a także w 20-leciu międzywojennym, ale staw (i latem i zimą) był wykorzystywany także przez długie powojenne lata. Mój rodzony ojciec, wspomina, że bywał tutaj z rodzicami na pewno jeszcze na początku lat 70. XX w. Według jego relacji, bywało tutaj tłoczno.


Staw przestał istnieć ponad 4 dekady temu. Latem 1980 r. Bydgoszcz i okolice nawiedziły długotrwałe (podobno trwające kilka tygodni) opady. Wody było tak dużo, że niewielka zapora runęła pod jej naporem. Ślady tej konstrukcji znajdziemy jeszcze po wschodniej stronie młyna. Masa wody spłynęła wtedy w kierunku ulicy Nakielskiej i Kanału Bydgoskiego, zalewając (co prawda nieliczne, ale jednak) zabudowania.

Natura czasami przypomina nam, ludziom, że to ona rządzi. Nad Strugą Młyńską żyje wiele bobrów. Kto nie wierzy, niech zejdzie nad strumień, za budynkiem Młyna – prowadzi tam całkiem wygodna ścieżynka. Wokół niej, bez trudu dostrzeżecie wiele powalonych lub przynajmniej obgryzionych przez sympatyczne gryzonie, drzew. Widać, że te wcale nie próżnują!



A skoro są świetnymi budowniczymi, potrafią od czasu do czasu odtworzyć młyńskie jezioro! Ostatni taki przypadek miał miejsce bodaj w 2022 r., kiedy to na zapleczu Młyna utworzył się naprawdę spory zbiornik wodny. Tamę rozebrały odpowiednie służby, w obawie o okoliczne zabudowania, lecz wiele osób uważało, że nie powinno się tego robić. „Widocznie natura wie co robi” – mówili wówczas. W 2023 r. bobry znów zabrały się do pracy, i choć tym razem nie utworzyły tak wielkiego jeziora, pewnie zbytnio się nie przejęły. Idę o zakład, że jeszcze nie raz spróbują!

Sztuka na Prądach
Będąc na Prądach, przy Młynie Tańskich, warto pamiętać, że był czasu, iż miejsce to kojarzyło się bydgoszczanom… ze sztuką! „Że niby co?” – pomyśli wielu z Was, i w zasadzie nie ma się czemu dziwić. Przecież tutaj jeno młyn, las, strumień i ewentualnie cmentarz. A jednak, kiedyś działo się tutaj całkiem sporo!
Jak już wspomniałem, na środku Miedziowego Jeziora, znajdowała się wyspa. Nie napisałem jednak tego, że brzegi doliny Flisa Południowego, są tutaj dość strome i tworzą coś w stylu amfiteatru. W ten sposób, znajdujący się w dole skrawek lądu, kojarzyć może się ze sceną, a skarpa z trybunami. I komuś, ponad 100 lat temu, faktycznie tak się to ukształtowanie terenu skojarzyło!

Wszystko zaczęło się jednak w 1894 r. w Weimarze. Wówczas, po prawie 100 latach niebytu odegrano przedstawienie ,,Rybaczka”, czyli balladę operową „Die Fischerin”, autorstwa Johanna Wolfganga von Goethe. Tak się złożyło, że jednym z widzów przedstawienia był późniejszy członek Niemieckiego Towarzystwa Sztuki i Nauki w Bydgoszczy. Zdaje się, że był to Georg Minde-Pouet, od 1903 r. pełniący również funkcję dyrektora Biblioteki Miejskiej. Ponoć zaprezentowana wówczas ,,Rybaczka” wywarła na nim duże wrażenie. Po latach postanowił, że musi ją wystawić w Bydgoszczy.
Minęło długich 15 lat i… udało się! Konkretnie zaś 27 lipca 1909 r. Wszystko zaplanowano idealnie. Goście zjeżdżali na Wilczak (bo dalej się nie dało), a następnie podążali – czy to pieszo, czy powozami – dalej, w kierunku zachodnim. A warto dodać, że tylko dla tej okazji, do Bydgoszczy ściągnęło wiele osób z okolic miasta, ale nie tylko – podobno niektórzy jechali nawet z samego Berlina!
Już przy gospodzie, przy dzisiejszej ul. Nakielskiej (tam gdzie dzisiaj działa sklep spożywczy) czekała na nich kawa i poczęstunek, a także koncert orkiestry. Potem były przemówienia, przypomnienie dokonań Goethego i kolacja. Kiedy zaś zrobiło się ciemno, goście ruszyli nad Miedziowe Jezioro. Zaraz miał się zacząć show.

Scenerię i stroje wypożyczono z Teatru Miejskiego, wokół jeziora ustawiono ławy dla widowni, a całość pięknie ozdobiono. Wyspa została oświetlona – ustawiono na niej rybacką chatę obwieszoną sieciami, a obok niej pomost i łódź. Wszędzie wokół płonęły ogniska lub wisiały latarnie. Można sobie tylko wyobrazić (ale wyobraźnie trzeba mieć dużą), jak wielkie było to święto sztuki!
Nie będę tutaj przytaczał całego tekstu ballady „Król Olch”, wyśpiewanej podczas uroczystości, jednak celem wprowadzenia w klimat, poniżej pierwszy jej wers, w tłumaczeniu Antoniego Libery:
„Zapada już noc i wicher dmie.
Kto o tej porze na koniu mknie?
Z dzieckiem w ramionach, w mroku bez dna;
To ojciec z synkiem do domu gna.”
Przetrwa?
Na koniec zadam Wam i sobie pytanie. Pytanie, które krąży mi po głowie od kiedy pierwszy raz zetknąłem się z Młynem Tańskich i jego historią. Co ciekawe, było to zanim jeszcze zacząłem zgłębiać dzieje bydgoskich osiedli, a zdarzyło się… podczas treningu biegowego! Najzwyczajniej w świecie, nieco zabłądziłem w lesie i zamiast wybiec na Miedzyniu (bliżej Wilczaka, gdzie wówczas mieszkałem) trafiłem tam. Trochę wstyd, więc doceńcie proszę, że się tym z Wami dzielę.

Wracając jednak do pytania – właściwie mam dwa: „Czy Młyn Tańskich przetrwa” i „Czy rozpoznamy go, po ewentualnym remoncie i nadaniu mu nowej funkcji”? Jestem pewien, że jeszcze 5-10 lat, a nie będzie co zbierać – całość, mimo solidnych murów, po prostu się kiedyś zawali. Chciałoby się więc, aby ktoś dał temu obiektowi nowe życie. To jedyna szansa na ratunek. Z drugiej jednak strony, tutaj pojawia się obawa przed transformacją w coś, co Młynem Tańskich będzie już tylko z nazwy. Żeby chociaż tyle, przecież deweloperzy lubują się w dziwacznym nazewnictwie.
Jak będzie, zobaczymy. Dajcie znać, co o tym myślicie, jak widzicie przyszłość Młyna.
Piotr Weckwerth
