Choć wszystko zaczęło się tutaj od piłki, klub ten kojarzony jest głownie z „czarnym sportem”. Powstały dosłownie chwilę po powrocie Bydgoszczy w granice Rzeczypospolitej, w jakiś magiczny sposób nie jest postrzegany jako „leciwy”. Podobnie jak jego stadion, który w 2024 r. obchodził 100-lecie istnienia! Przyjrzyjmy się wspólnie temu zasłużonemu bydgoskiemu klubowi, a także jego infrastrukturze. Zapraszam na wizytę w domu klubu Polonia Bydgoszcz!
Zanim przejdziemy do właściwej części artykułu, przypominam (a tych, którzy trafili tutaj po raz pierwszy, informuję), że niniejszy materiał jest częścią większego, zapoczątkowanego jeszcze w 2021 r., cyklu. Dotychczas powstałe teksty, przeczytać możecie TUTAJ: Bydgoszcz przez dziurkę od klucza.
W kolejnych miesiącach i latach planujemy kontynuować cykl i odkrywać tajemnice ważnych, lecz nie w pełni dostępnych dla osób z zewnątrz, bydgoskich obiektów.
Spis treści:
- Jak powstała Polonia, czyli Poznaniak daje znak
- „Gdy idzie Polonia”
- Wiekowy (dosłownie) stadion
- Trudne początki i miejsca pamięci
- „Czarny sport” wizytówką
- Długa lista gwiazd
- Tomek Gollob King
- Sukcesy były. Ale dawno…
- Bydgoski bombardier
- (Póki co) ostatnia perła w piłkarskiej koronie
- Inne sekcje też nie gorsze!
- Słowo na koniec
Jak powstała Polonia, czyli Poznaniak daje znak
Był 14 maja 1920 r., kiedy na łamach „Dziennika Bydgoskiego”, pojawiła się krótka notka, podpisana przez niejakiego Edmunda Schuetza. Zagłębieni w lekturze prasy bydgoszczanie mogli w niej przeczytać co następuje: „Baczność sportowcy. Zebranie miłośników sportu piłki nożnej w celu założenia klubu sportowego odbędzie się w piątek 14 bm. wieczorem o 7 i pół w biurze mojem przy ul. Jagiellońskiej (Wilhelmstrasse) 3-4”.

Intrygujące, jak przyznacie, ogłoszenie, spotkało się ze sporym zainteresowaniem. Wszak miasto „budziło” się z niemieckiego snu, i wszelkie propolskie inicjatywy, były przyjmowane z wielkim entuzjazmem. Mało tego, ledwie 2 tygodnie wcześniej, 26 kwietnia tegoż roku, założono klub Gwiazda Bydgoszcz, co musiało tylko utwierdzać bydgoskich fanów piłki kopanej, że można. No i faktycznie, można było bo minęło 9 dni, a w prasie pojawił się kolejny anons, tym razem wskazujący już nazwę nowo powstałej drużyny – Polonia, czy też raczej Polonja – oraz datę i miejsce kolejnego spotkania: ul. Rybacka, lokal „Mormania”.
Sam „ojciec założyciel”, czyli Edmund Schuetz, widnieje w archiwalnych materiałach raczej jako Szyc. Są dwie wersje genezy zamieszczenia nazwiska Schuetz w oryginalnej notce z „Dziennika Bydgoskiego”. Być może p. Edmund zmienił nazwisko celem niekojarzenia się z Niemcami. Jest też możliwość, że przekształcił je dziennikarz, tworzący notatkę. Niemniej, sukces Szyca (trzymajmy się już tej wersji) w Bydgoszczy można było przewidzieć, bo 8 lat wcześniej (ledwo przekroczywszy 20 rok życia), był jednym z założycieli Warty Poznań! Potem zaś pomógł w Lesznie założyć tamtejszą Polonię. Co go jednak „przywiało” do Bydgoszczy? Obowiązki zawodowe mianowicie, bo oddelegowano go na stanowisko kierownicze dawnego niemieckiego przedsiębiorstwa „Ceramika”. Był to element repolonizacji bydgoskiego przemysłu, ale jak widać, przełożył się także na rozwój bydgoskiego sportu.

Poza nazwą, wkrótce przyjęto także barwy: patriotyczne, biało-czerwone, z dodatkiem zieleni, która stanowiła nawiązanie do związków z Wartą Poznań. Pierwszym prezesem został oczywiście Edward Szyc, czyli ten, który związki z Wartą wytworzył. I choć po ledwie kilku miesiącach, „ojciec” Polonii wrócił do rodzinnego Poznania, przekazując prezesurę Bernardowi Golcowi, na zawsze zapisał się w historii bydgoskiego sportu.
Zwiedzanie Bydgoszczy z przewodnikiem! Odkryj tajemnice bydgoskich osiedli z Piotrem Weckwerthem – pasjonatem historii i znawcą miasta. Zadzwoń lub napisz i umów się na wycieczkę: +48 884002977, turystykabezfiltrow@gmail.com
Uzupełniając historię Szyca, warto wspomnieć, że po wyjeździe z grodu nad Brdą, zajął się dziennikarstwem sportowym. Był m.in. korespondentem na pierwszym w historii meczu polskiej reprezentacji w 1921 r. na Węgrzech, potem wstąpił jako działacz w szeregi PZPN, a nawet był sędzią piłkarskim. Dożył do 91 roku życia (do 1987 r.), po drodze zyskując miano honorowego prezesa Warty Poznań. Jego imię od 1989 r. nosił także dawny stadion tego klubu, który w latach 90. XX w. przestano użytkować.
„Gdy idzie Polonia”
Gdy idzie „Polonia” z Bydgoszczy,
To w każdym podnosi się duch,
Kto młodość hartuje i ostrzy
To siłacz, to żołnierz i zuch.
Kto stary, ten wiecznie się troszczy,
Kto młody, ten wesół za dwóch.
Gdy idzie „Polonia” z Bydgoszczy,
To w każdym podnosi się duch.
Gdy przyjedzie z wrogami się zmierzyć
Poznacie „Polonię” – czym jest.
Gdy będzie zębiska śmierć szczerzyć
Rycerski pokażem jej gest.
Bo tęgo potrafi uderzyć,
Kto w życiu sportowy wziął chrzest
Gdy przyjdzie z wrogami się zmierzyć,
„Polonia” pokaże, czym jest.
Tak brzmią słowa oficjalnego, powstałego w 1934 r., hymnu Polonii Bydgoszcz. Stworzył je znany lwowski twórca, Henryk Zbierzchowski, muzykę zaś skomponował Wilhelm von Winterfeld, dyrektor Bydgoskiego Konserwatorium Muzycznego. Pomysłodawcą utworzenia klubowej pieśni, był ówczesny prezes kluby i jednocześnie dyrektor bydgoskiego oddziału Banku Polskiego, Stanisław Woda. Wtedy wszystko wskazywało na to, że Polonia na lata rozgości się w czołówce polskich klubów sportowych.
Oczywiście potem wybuchła II wojna światowa, która zahamowała rozwój, ale klub reaktywowano już w 1945 r. Niestety, wszyscy rychło przekonali się, w jakim państwie przyszło im żyć po zakończeniu konfliktu. Na skutek polityczno-społecznych zmian, wiele klubów, w tym Polonię, rozwiązano (niestety nie ostatni raz w historii), gdyż sport musiał mieć wówczas bardziej „ludowy” charakter. Sportowcy, którzy chcieli kontynuować karierę, wstąpić musieli do MKS Gwardii Bydgoszcz, czyli klubu milicyjnego. W ten sposób, „ulepiono” nowy klub, bazujący właśnie na Polonistach, a także dawnych zawodnikach takich klubów jak: WKS Burza, WMKS Partyzant czy Harcerski Klub Sportowy.
Taki stan, podczas którego Polonia de facto nie istniała, trwał do 1956 r. Jednakże, z uwagi na liczną rzeszę sportowców funkcjonujących w strukturach Gwardii, a także fakt wykorzystywania dawnej infrastruktury sportowej Polonii, zakłada się, że klub zachował ciągłość. Zresztą, wkrótce oficjalnie go reaktywowano. Miało to miejsce po wydarzeniach z października 1956 r., czyli tzw. gomułkowskiej odwilży. Wówczas zyskał nazwę Milicyjny Klub Sportowy Polonia Bydgoszcz, co zdaje się, stanowić miało połączenie dwóch okresów w historii klubu. Szybko, bo w 1962 r. wróciła nazwa historyczna: Bydgoski Klub Sportowy Polonia.

Nie ma się oczywiście co czarować – w klubie wciąż najwięcej do powiedzenia miały osoby z nadania politycznego, wszak znajdował się on pod opieką Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Aby podkreślić związki z systemem, w 1973 r. postanowiono dokonać kolejnej zmiany, na Gwardyjski Klub Sportowy Polonia Bydgoszcz (GKS Bydgoszcz). Ostatecznie (przynajmniej tak się wówczas wydawało) nazwa klubu Bydgoski Klub Sportowy Polonia, wróciła w 1990 r. Klub szczęśliwie przetrwał transformację systemową, choć – jak wiele innych – miał problemy finansowe. Kilka sekcji usamodzielniło się (o tym niżej), ale zasadniczo, Polonia wyszła na prostą i trafiła pod skrzydła miasta. Sukcesy osiągali żużlowcy (wspierani przez potężnego sponsora w postaci „Jutrzenki”), tenisiści, judocy. Gorzej było z piłką nożną, ale zasadniczo, przyszłość rysowała się całkiem nieźle.

Jednak wówczas nadszedł 2002 r. i prezydentura Konstantego Dombrowicza. Ten włodarz miasta chyba niezbyt lubił Polonię (z wzajemnością), bo szybko wypowiedział Polonii umowę użyczenia obiektów (bądź co bądź miejskich) i zażądał od niego… 1 miliona złotych rekompensaty! Działacze nie mieli wyjścia i ogłosili bankructwo oraz upadek. Umowa użyczenia obiektów przestała obowiązywać w listopadzie 2003 r. i wówczas, po 83 latach, nastąpił faktyczny koniec Polonii Bydgoszcz. Niektóre sekcje (znów) się usamodzielniły, część trafiła w struktury ówczesnej Akademii Bydgoskiej, dzisiejszego Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego.
Na szczęście, tak naprawdę to nie był koniec. Długoletnią tradycje postanowiły kontynuować dwie niezależne, największe sekcje klubu. Mowa o piłkarzach (dziś: Klub Piłkarski Polonia) oraz żużlowcach (dziś Klub Sportowy Polonia Bydgoszcz), które uznaje się za pełnoprawnych spadkobierców ponad 100-letniej historii Polonii Bydgoszcz. Mało tego, w 2019 r., pojawili się kolejni kontynuatorzy tj.: Klub Sportowy Polonia Bydgoszcz Sekcja Lekkoatletyczna im. Klemensa Biniakowskiego oraz Integracyjny Klub Sportowy Polonia Bydgoszcz. Wszystko to dowodzi, że Polonia to najbardziej niezłomny z bydgoskich klubów – przeżył wszak… 3 upadki! Ten wojenny, komunistyczny i z 2003 r. Wielki szacunek za to! I oby kolejnych nie było.
Na koniec tej części materiału słów kilka o klubowym herbie. Ten przez lata ulegał znacznym zmianom. Począwszy od zwykłej literki P, przez kształt nieco podobny do herbu hiszpańskiej Barcelony, z kolorami: białym, czerwony i zielonym, do powojennego trójkąta. W tym ostatnim królowały biało-zielone pasy. Potem nadeszła epoka „gwardyjska” i totalna zmiana herbu oraz barw – zaczęły dominować biało-czerwono niebieskie, które funkcjonowały aż do końca „historii” klubu w 2003 r. W międzyczasie, w 1957 r. na plastronach żużlowców pojawił się istniejący do dziś gryf.

Obecnie do historii nawiązują oba herby – piłkarski i żużlowy. Niestety, ten drugi, uległ wpływom sponsoringu, i kilka lat temu dodano do niego nazwę sponsora tytularnego „Abramczyk”, oraz jego logotyp, a więc symbol ryb. Niby nie jest to oficjalny herb, ale jednak, pojawia się na kombinezonach żużlowców, a także we wszystkich polonijno-żużlowych materiałach. Na szczęście wciąż jest klasyczny gryf oraz biało-czerwone (już bez niebieskiego) barwy.
Polecam także nasz Instagram,
na którym pokazujemy kulisy tworzenia blogowych materiałów!
Wiekowy (dosłownie) stadion
Przejdźmy jednak do kwestii „namacalnych”, a więc takich które każdy z nas może zobaczyć i z których może korzystać. Mowa oczywiście o infrastrukturze klubowej, ze stadionem przy ul. Sportowej na czele. Zaskakującym jest, jak niewiele osób zdaje sobie sprawę, iż polonijny obiekt to konstrukcja doprawdy leciwa – ba, jedna ze starszych tego typu, istniejących na terenie naszego kraju! Tak jest, bowiem oddano go do użytku 3 sierpnia 1924 roku! Wszystko to dzięki zabiegom powołanego w 1922 r. Miejskiego Komitetu WFiPW.

Na uroczystości przekazania obiektu, pojawił się sam prezydent Rzeczypospolitej, Stanisław Wojciechowski, a także wojewoda poznański Adolf Bniński. Byłoby jeszcze donioślej, gdyby nie fakt, że do tego momentu udało się ukończyć jedynie boisko otoczone bieżnią lekkoatletyczną, z żużlową nawierzchnią. Plany były jednak dużo większe, a projekt przygotowany przez Bogdana Raczkowskiego (dziś śmiało można powiedzieć, że słynnego radcę budowlanego, autora projektu m.in. Szpitala Miejskiego, dziś im. Jurasza), przewidywał, że w miejscu tym, powstanie stadion piłkarsko-lekkoatletyczny z prawdziwego zdarzenia. Potrzebny był tylko czas.
W końcu jednak prace ruszyły, a do 1929 r. boisko udało otoczyć się wałem ziemnym, częściowo istniejącym zresztą do dziś. W pewnym sensie pełnił on funkcje obserwacyjne, bo niby na trybunach, często zasiadali na nim kibice. To jednak nie wszystko, gdyż powstała i pełnoprawna trybuna! Mowa o klasycznej, żelbetowej konstrukcji, która – spoglądając na stare zdjęcia – i dziś robiłaby wielkie wrażenie. Na trybunie mogło się zmieścić wówczas nawet 2 tysiące osób!

To był w ogóle przeskok cywilizacyjny, bo powstały wtedy m.in.: szatnie, sanitariaty, restauracja i biura. Dobudowano wybudowano także kompleks bocznych boisk, m.in.: koszykarskie, siatkarskie oraz korty tenisowe. Pojawiło się także oświetlenie. Stadion otoczono ponadto charakterystycznym, ceglanym murem z łukowatymi wejściami, który niestety rozebrano, już w XXI w. Tuż przed II wojną światową, vis-a-vis trybuny głównej zamontowano dwie trybuny drewniane – podobno wcześniej służące w trakcje defilady wojskowej z września 1937 r., z ul. Gdańskiej. Cóż, nic się nie mogło zmarnować!

Chwilę wcześniej stadion otrzymał patronat, który obowiązuje po dziś dzień, rzecz jasna z przerwą na lata okupacji. To kolejna rzecz, która jest w Bydgoszczy słabo znana, a przecież patronem jest sam marszałek Józef Piłsudski! I to od 1935 r., a więc od rok swojej śmierci. Mimo to, zapytawszy przypadkowego przechodnia, zapewne nazwałby stadion po prostu „Stadionem Polonii”. Ok, przez lata był to patronat pół-formalny, bo w mieście zorientowano się, że zniknął w 2016 r., kiedy to przyjęto uchwałę, stwierdzającą, iż obecnie stadion nazywał będzie się: Stadion Polonii Bydgoszcz im. Marszałka Józefa Piłsudskiego.


Czas okupacji to oczywiście całkowite odcięcie od obiektu Polaków. Niemcy urządzali tutaj wydarzenia propagandowe, choćby lekkoatletyczne zawody i mecze piłkarskie ku czci wodza i na cześć kolejnych zdobyczy terytorialnych. Swoją bazę miała tutaj niemiecka drużyna piłkarska SG Bromberg.
Kolejny przeskok nastąpił w 1953 r., kiedy to powstały trybuny na łukach stadionu. Chwile potem ostatecznie bieżnię zastąpił tor żużlowy. Za tym poszła oczywiście rozbudowa całej infrastruktury żużlowej, łącznie z hangarami. Siłą rozpędu, w latach 70. i 80. XX w. wybudowano także kilka kortów tenisowych, basen oraz halę sportową, a także szereg budynków administracyjnych.

Sporo działo się także w latach 90. XX w. Po pierwsze, zmodernizowano żużlowe zaplecze, w tym park maszyn. Powstało nowo oświetlenie, a w 1999 r. żywot zakończyła stara, żelbetowa trybuna. Dziś w jej miejscu stoi nowoczesna, przykryta dachem trybuna, pod którą znajdują się także pomieszczenia klubowe. Są też kabiny komentatorskie, a nawet restauracja. Całość od strony ul. Sportowej wygląda zupełnie inaczej, aniżeli przed tą modernizacją.

W zasadzie stadion wciąż jest unowocześniany. W latach 2019-2023 budowano nową trybunę, stojącą naprzeciw głównej. Ta mieści ok. 2,5 tys. widzów, a pod nią znajduje się nowy park maszyn. To jednak nie koniec, bo w planach miasta jest wybudowanie trybun na łukach stadionu. Mówi się, że pod jedną z nich miałoby powstać nawet muzeum sportu żużlowego. Pomysł zacny!



Póki co stadion może pomieścić ok. 13,5 tys. widzów, ale po odpowiednim dostosowaniu trybun, spokojnie będzie można mówić o 20 tys.! A to, że obiekt się rozwija można nazwać sporym sukcesem. Wszak jeszcze 15 lat temu, w mieście głośno mówiło się o jego sprzedaży, a następnie budowy nowego, najpewniej w Fordonie. Wszystko przez hałas, który powodują żużlowcy. Pomysł ostatecznie (na szczęście) padł.

Trudne początki i miejsca pamięci
Obecnie obiekt pozostaje w dyspozycji miasta, a konkretnie spółki Bydgoskie Centrum Sportu. Piłkarze i żużlowcy korzystają więc z niego na zasadzie użyczenia. Cała pozostała infrastruktura, w tym boczne boiska, korty, hala sportowa i basen, to obecnie infrastruktura Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego, cześć Centrum Edukacji Kultury Fizycznej i Sportu AZS UKW Bydgoszcz.

To, że Poloniści mogą w ogóle korzystać z kompleksu na Bielawach (lub na Skrzetusku, oceńcie sami), i tak – biorąc pod uwagę trudne początki – jest dużym sukcesem. Na początku bowiem, klub dysponowała jedynie… barakiem przy ul. Chwytowo, potem zaś korzystał z pomieszczeń w Szkole Podstawowej przy ul. Kordeckiego. W 1926 r. wydzierżawił lokal w „Resursie Kupieckiej”, przy ul. Jagiellońskiej 25 (dziś już nie istnieje), który w zasadzie znajdował się w rękach klubu do przełomu lat 40 i 50. XX w. A gdzie grali na początku piłkarze Polonii, zanim pod koniec lat 20. XX w. przenieśli się na stadion przy Sportowej? Na stadionie Szkoły Oficerskiej na Osiedlu Leśnym, na polach ułańskich na Błoniu oraz w ogrodzie Petzera przy ul. Świętej Trójcy. W późniejszych altach treningi odbywały się często także na placu u zbiegu ulic Żółkiewskiego i Hetmańskiej.
Dziś okolica stadionu robi całkiem niezłe wrażenie. Całość otacza solidny płot, więc na mecze nie wejdziecie już – jak to bywało dawniej, nawet w przypadku dużych imprez sportowych – przez dziurę w płocie. Dobrze prezentują się odnowione kilka lat temu: basen i hala sportowa. My jednak udajmy się kilkaset metrów w kierunku wschodnim od bramy głównej stadionu.
Tutaj znajduje się ważne miejsce pamięci. Tablica odnosi się do harcerzy, konkretnie zaś do tragicznych wydarzeń z maja 1945 r., które miały miejsce na stadionie „Polonii Bydgoszcz”. Podczas manifestacji pierwszomajowej, pijany czerwonoarmista, strzelając na wiwat, zabił dwóch młodych harcerzy: Rajmunda Pałubickiego (brata Konrada, słynnego kompozytora, muzykologa i twórcy hejnału bydgoskiego) oraz Henryka Józefowicza.

Oczywiście, zaraz po tej zbrodni, nie mówiono o tym, że strzelał Rosjanin, a rzucano tylko hasła o „skrytobójczych strzałach”. Nic zresztą dziwnego, gdyż komunistyczna władza utrzymywała, iż strzelali żołnierze Armii Krajowej, nazywani zresztą przez podległą władzy prasę: „jednostkami wrogimi społeczeństwu”. Chore czasy.
Obok znajduje się także tablica, na której zamieszczono następującą informację: „Na terenie stadionu dnia 26 maja 1942 r. hitlerowcy powiesili 10 Polaków”. Nie jest to prawdą, jednak nie zmienia to faktu, iż powieszenia te miały miejsce, i to bardzo blisko, bo w siedzibie Gestapo przy ul. Poniatowskiego. Być może informacja, która znalazła się na tablicy, wynika z faktu, iż straceńcy, byli wcześniej, przez ok. 2 godziny, przetrzymywani na stadionie.

Wśród ofiar tego bestialskiego czynu, znalazł się Alojzy Stryszyk, wieloletni sportowiec Polonii – głównie piłkarz, ale także lekkoatleta i hokeista (dawniej sportowcy często „żonglowali” dyscyplinami), a potem i działacz klubowy oraz darczyńca, a zawodowo odnoszący sukcesy kupiec. Niestety, aresztowany przez Gestapo, znalazł się w gronie paskudnie zamordowanych przy Poniatowskiego.
Co istotne, w trakcie egzekucji przez powieszenie, pokazał niebywałe męstwo, wykrzykując do jednego z hitlerowców: „Bądź przeklęty” oraz „Niech żyje Polska!”. Kilku Polaków słyszało w kolejnych dniach z ust Niemców słowa, wyrażające podziw dla jego odwagi. Niestety, to nie uratowało popularnego „Aliego”, który godnego pochówku (początkowo potajemnie pochowano go w Tryszczynie) doczekał się dopiero pod koniec lat 40. XX w. Spoczywa na cmentarzu Bohaterów Miasta Bydgoszczy na Wzgórzu Wolności. Tablice pamiątkową ku jego czci zobaczycie także na kamienicy przy ul. Długiej 12, gdzie wraz z rodziną mieszkał.
W trakcie II wojny światowej życie straciło niestety także wielu innych Polonistów. W listopadzie 1939 r. bestialsko zastrzelony został prezes klubu i wspomniany już pomysłodawca hymnu klubowego, Stanisław Woda. Stało się to w lasach w pobliżu wsi Wielka Piaśnica, pod Wejherowem.
„Czarny sport” wizytówką
Wszystko zaczęło się w Polonii od piłki, jednak nie ma co się czarować, że wizytówką klubu od lat jest już zupełnie inny sport. Oczywiście mowa o żużlu, zwanym także speedwayem lub „czarnym sportem”. Jeżeli bydgoski klub jest w kraju z czegoś znany, to właśnie ze swoich osiągnięć w tej dyscyplinie sportu. Tym bardziej, że od ostatnich wielkich sukcesów Polonistów nie minęło tak wiele czasu, jak w przypadku bydgoskich piłkarzy. Ok, nie są to też może „świeżynki”. Ale po kolei.
Powszechnie mówi się, że początki żużla w Bydgoszczy to rok 1946, kiedy to odbyło się spotkanie założycielskie motocyklowej sekcji Polonii. Jednakże, zanim „wyemitowano pierwszy odcinek serialu”, miejsce miał jeszcze prolog. Mowa o działalności Bydgoskiego Klubu Motocyklistów, który przez całe lata 30. XX w. (tj. do momentu wybuchu II wojny światowej), organizował na stadionie Polonii zawody motocyklowe!

Istotne jest to, że kiedy takowe odbyły się w Bydgoszczy pierwszy raz, tj. w 1930 r., miasto było dopiero drugim ośrodkiem w Polsce, po Poznaniu, w którym można było podziwiać to novum. Nic zresztą dziwnego, wszak dyscyplina była wówczas bardzo młoda – dopiero co, zaadaptowali ją Brytyjczycy (poprzez kontakty z „ojcami” sportu, Australijczykami), a do Polski przywędrowała przez Niemcy. Bydgoskie zawody odbyły się w lipcu 1930 r., podobno z opóźnieniem, bo zgody na ich organizację nie chciał wyrazić Ratusz. Powód? Obawa o stan bieżni. Wkrótce jednak, po pierwszych organizacyjnych sukcesach… usunięto dwa pasy bieżni biegowej (ich liczbę zmniejszono z 8 do 6) i zastąpiono je właśnie torem motocyklowym! Widać, ktoś zwietrzył w wyścigach motocyklowych dobry biznes.
Rozwój protoplasty speedwaya, zwanego wówczas „dirttrackiem”, zastopowała II wojna światowa. Odrodzenie nastąpiło dopiero we wspomnianym 1946 r. Z kolei w 1948 r., 16 największych wówczas, żużlowych klubów kraju, stanęło do rywalizacji, która wyłonić miała drużyny I i II-ligowe. No i wyłoniła, ale Polonia zajęła wówczas przedostatnie miejsce, trafiając na drugi poziom rozgrywkowy. Przez trzy sezony, bydgoszczanie stawali tam na podium (odpowiednio: 3, 1 i 1 miejsce), ale w efekcie złożonego, mało czytelnego regulaminu, na najwyższym poziomie rozgrywek zameldowali się dopiero w 1951 r. Nic sobie z tego jednak nie robili, bo już w 1955 r. zdobyli pierwsze drużynowe mistrzostwo Polski!

Co było potem, większość bydgoszczan i fanów żużla zapewne wie. Nieprzerwane, przez 57 sezonów, występy na najwyższym szczeblu rozgrywkowym. W tym czasie Poloniści stawali na podium drużynowych mistrzostw polski aż 25 razy! Po 7 razy otrzymywali złote i srebrne medale, a 11 razy brązowe. Niestety, ostatni tytuł to 2002 r., a ostatnie podium rok 2006. Potem nastał przeklęty 2007 r. i pierwszy w historii spadek do I ligi. Dla wielu to był prawdziwy szok, tym bardziej, że do tego momentu, Polonia była jedynym klubem, który z Ekstraligi (jak zwie się liga dzisiaj) nigdy nie spadł.
Na szczęście, bydgoszczanie spędzili na zapleczu elity tylko 1 sezon, a po awansie dzielnie bili się o medale, zajmując ostatecznie 4 miejsce w tabeli sezonu 2009. Problem w tym, że w 2011 r. znowu spadli do I ligi, aby wrócić na lata 2012-2013. I to był, póki co, ostatni raz wśród najlepszych drużyn żużlowych kraju. Lata 2014-2017 upłynęły bowiem na przeciętnych startach w I lidzie, a potem nastąpił koszmarny spadek do II, czyli najniższej w Polsce. Dno, bydgoski żużel osiągnął w 2018 r., kiedy Polonia zajęła przedostatnie miejsce w II lidze, a więc – jakby nie patrzeć – została drugą najgorszą drużyną w kraju.

Rok później nastąpiło odrodzenie i awans do I ligi. Tam Polonia tkwi do dziś, będąc jednak coraz bliżej awansu. W latach 2022 i 2023 zajmowała na koniec sezonu 3 miejsce, a w obecnym, dosłownie w chwili kiedy piszę te słowa, na początku września 2024 r., trafiła do finału play-off’ów, gdzie o awans biła będzie się z Innpro ROW-em Rybnik. Trzymamy kciuki, bo w Bydgoszczy znowu wyraźnie poczuć można modę na „czarny sport”!

Jest zresztą do czego nawiązywać, bo poza sukcesami bydgoskiej drużyny, sam stadion Polonii był niegdyś mekką polskiego, a nawet światowego, speedwaya. Wszak już w 1998 r. odbyło się tutaj pierwsze w historii Bydgoszczy Grand Prix Polski. Potem zawody tej rangi organizowano tutaj jeszcze 12 razy, przy czym ostatni raz w 2013 r. Zainteresowanie nimi było za każdym razem tak duże, że w końcu postanowiono budować na stadionie dodatkowe, tymczasowe trybuny.
Problemem dla naszego miasta okazało się to, co dla innych – choćby sąsiedniego Toruniu – było szczęściem. Mowa o nowoczesnych stadionach żużlowych, powstałych w innych miastach kraju. Do tego, żużel zaczął tracić u nas na znaczeniu z uwagi na pozycję Polonii. Cóż, być może jeszcze doczekamy się wielkich wyścigów w grodzie nad Brdą.
Długa lista gwiazd
Ileż kultowych postaci przewinęło się przez „stajnię” żużlowej Polonii. W latach 1955-1966 idolem bydgoskiej publiczności był Mieczysław Połukard, pierwszy Polak, który kiedykolwiek awansował do finału indywidualnych mistrzostw świata na żużlu (12 miejsce w 1959 r.). Potem zdobył w 1961 r. drużynowe mistrzostwo świata, a w 1962 brąz czempionatu. Był też indywidualnym mistrzem Polski z 1959 r.
Niestety, ukochana dyscyplina go nie oszczędziła – karierę zakończył po ciężkim wypadku, po którym amputowano mu nogę. Potem zajął się trenowaniem młodych adeptów „czarnego sportu” i to właśnie w trakcie jednego z treningów w 1985 r. na stadionie Polonii, zginął w nieszczęśliwym wypadku. Pochowano go na cmentarzu pw. św. Wincentego a Paulo na Bielawach.

W dawnych latach, Połukardowi pod względem dokonań i uwielbienia ze strony bydgoskiej publiczności, dorównać mógł chyba tylko Henryk Glücklich. Zawodnik, zwany czasami z racji na styl jazdy i niski wzrost, Małym Wojownikiem, zgromadził aż 5 medali drużynowych mistrzostw świata, w tym złoty w 1969 r. W indywidualnych mistrzostwach świat najwyżej był 5 w 1970 r. Dla Polonii jeździł od 1963 do 1981 r.
Akurat w kontekście żużla, na szczęście nie trzeba wspominać wyłącznie postaci, pamiętanych jedynie przez najstarszych bydgoszczan. Wielu z nich wiąże się ze „złotą erą” Polonii, kojarzonej przez kibiców ze sponsoringiem ze strony „Jutrzenki”, a więc latami 90. XX w. oraz początkiem XXI w. Drużynowym mistrzem świata został przecież w 2005 r. Piotr Protasiewicz, czyli słynny „PePe”. Medale mistrzostw świata w drużynie zdobywali także: Jacek Gollob (1994 r.), Andreas Jonsson (oczywiście w barwach Szwecji i to aż 12 razy oraz 1 raz srebro indywidualnie) czy Emil Sajfudinof (5 razy medal mistrzostw świata drużynowych i 3 indywidualnie brąz).

Do całej tej plejady, dołączyć należy innych, wybitnie uzdolnionych i utytułowanych, choćby: Krzysztofa Buczkowskiego, Wiesława Patynka, Stanisława Kasę, Ryszarda Dołomosiewicza, Bolesława Procha, Antonio Lindbäck i wielu, wielu innych. W zasadzie można by pisać o nich książkę, która mogłaby osiągnąć rozmiary „cegły”.
Sprawdź nasz kanał na YouTube!
Tomek Gollob King
Nie, nie myślcie, że zapomniałem. Największy z nich wszystkich zasługuje przecież na osobne upamiętnienie. Tomasz Gollob, bo jak nietrudno się domyślić, to o nim mowa, to człowiek instytucja. Bydgoszczanin z krwi i kości, żużlowiec, który w Polonii jeździł od 1988 r. (z przerwą na sezon w 1990 r. w Wybrzeżu Gdańsk) do 2003 r. Gość, dla którego chodziło się na stadion Polonii, który wielokrotnie „sam” wygrywał mecze, który rozbudzał emocje kibiców i wzbudzał zazdrość rywali.
I gość, który niestety musiał odejść z klubu po feralnym 2003 r., aby później reprezentować: Unię Tarnów, Stal Gorzów Wielkopolski, Unibax Toruń oraz GKM Grudziądz. Kibiców w Bydgoszczy najbardziej zabolał oczywiście ten Toruń, bo wcześniej Gollob zarzekał się, że nigdy do miasta Kopernika nie trafi. Mimo wszystko, pamiętajmy, że to jego praca, więc międzymiastowe animozje należy tutaj schować w kieszeń. Za „frytki” raczej nikt z Was pracować by nie chciał. A i ambicje sportowe, nie mówiąc już o przyjaznej atmosferze „w pracy”, robią swoje…

Niemniej, należy stwierdzić, że jeżdżąc w Polonii (i później zresztą też) Gollob po prostu wymiatał! Zdobył 7 tytułów indywidualnego mistrza Polski, 3 tytuły mistrza Polski juniorów oraz – wraz z Polonią – 9 razy stawał na podium drużynowych mistrzostw Polski, w tym 5 razy ma najwyższym jego stopniu.
Drużynowe mistrzostwa świata? 10 medali w tym 5 złotych. Indywidualnie? 4 brązowe, 2 srebrne i 1 złoty. Ten ostatni, najbardziej cenny, zdobył w 2010 r., a kiedy w trakcie całego cyklu świetnie się spisywał, w Polsce – po raz kolejny – zapanowała prawdziwa „Gollobomania”. Do dziś pamiętam pełne bydgoskie puby, i masę kibiców ściskających kciuki za „naszego” Tomka.
A że jest nasz to było (i jest) pewne. Wszak tutaj, na stadionie Polonii, w trakcie Gran Prix prawie zawsze wypadał świetnie. Nawet wtedy, kiedy już nie był zawodnikiem Polonii Bydgoszcz. Wygrał już pierwsze zawody, w 1998 r., a w latach 2002-2005 robił to 4 razy z rzędu! W 2006 r. był trzeci, aby wrócić na szczyt w 2007 r. i znowu zająć 3 miejsce w 2008 r. Prawdziwy król!

Niestety, dziś mistrz przechodzi żmudną rehabilitację po okropnym wypadku, który miał miejsce w Chełmnie w 2017 r., i po którym jest sparaliżowany od pasa w dół. Jak wielka to postać dla Bydgoszczy, niech świadczy fakt, iż za życia otrzymał patronat jednej z fordońskich ulic. Kto może się tym poszczycić?
Sukcesy były. Ale dawno…
Jakoś tak wyszło, że w dwóch bydgoskich klubach, największe i najstarsze (przynajmniej z tych funkcjonujących po dziś dzień) sekcje, nie są tymi, które poszczycić mogą się największymi sukcesami. Mowa oczywiście o piłce nożnej, która w przypadku Chemika Bydgoszczy, znika w zestawieniu z sukcesami siatkarzy, a w Polonii, w zderzeniu ze speedwayem. Jednakże kiedyś – niestety już bardzo dawno – piłkarze z Bydgoszczy w biało-czerwonych strojach, święcili naprawdę solidne triumfy. Problem w tym, że dziś w mieście niemal nie ma już ludzi, którzy by to dobrze pamiętali.

Jest bowiem Polonia bezwzględnie drugim najbardziej utytułowanym klubem piłkarskim w historii Bydgoszczy. Oczywiście po Zawiszy, który na najwyższym szczeblu rozgrywkowym spędził 14 sezonów. Polonia jest jednak jedynym obok „Zetki” klubem z miasta nad Brdą, który w Ekstraklasie (wówczas I lidze) w ogóle grał. I to nie przez chwilę, a całych 7 sezonów! Do tego dołożyć należy 10 sezonów w drugiej lidze i 27 na trzecim stopniu rozgrywkowym. Brzmi to wcale nieźle! Szczególnie zważywszy na obecny stan bydgoskiej piłki.
Emocje piłkarskie rozpoczęły się przy Sportowej już w 1924 r., kiedy, tuż po otwarciu stadionu, Polonia podejmowała Wartę Poznań. Co prawda zaprzyjaźniony klub z Wielkopolski wygrał 6:0, ale nie to było najistotniejsze. Ważne, że coś się zaczęło w temacie piłki dziać. I to na tyle dobrze, że wkrótce, Polonia zdobyła kilka tytułów Mistrza Pomorza (w latach 1928, 1929, 1932, 1933 oraz 1935). Mało tego, była pierwszą bydgoską drużyną, która pojechała na mecz towarzyski za granicę! Co prawda do pobliskiej Piły (wówczas niemieckiej), gdzie zagrała w 1923 z Viktorią Schneidemuhl (przerywając 1:2).

W kolejnych latach zmagania z pilską drużyną powtarzały się wielokrotnie – były także mecze z innymi zagranicznymi teamami, m.in. Törekvésem Budapeszt w 1924 r. Podobno, w trakcie jednego z meczów w Pile, w 1934 r., na stadionie pojawił się sam… Joachim Goebbels, minister propagandy III Rzeszy. Nie ma co, miłe towarzystwo.
Tak naprawdę poważna piłka pojawiła się w Polonii (jakkolwiek się ona wówczas nie nazywała) dopiero po wojnie, na początku lat 50. XX w. Szybko, bo w 1953 r. Polonia wygrała II ligę i awansowała od ekstraklasy. Wtedy zaczął się złoty czas Polonistów! Najpierw były 3 sezony nieprzerwanych występów na najwyższym poziomie i odpowiednio miejsca: 9, 10 i 11. W 1956 r. przydarzył się spadek, ale po 1 sezonie bydgoszczanie wrócili do elity, gdzie spędzili kolejne 4 sezony. Zajmowali w nich: 9, 9, 5 i 13 miejsce.
No właśnie, 5 miejsce i 1960 rok, to była przez lata (do 1990 r. i 4 miejsca Zawiszy) najwyższa lokata bydgoskiego zespołu w piłkarskiej elicie. Lepsze okazały się wówczas tylko: Ruch Chorzów (mistrz), Legia Warszawa, Górnik Zabrze i Odra Opole. Legendarną drużynę z tamtych, „złotych” lat można wspominać dzisiaj z rozrzewnieniem. Bracia Norkowscy, Józef Boniek (ojciec Zbigniewa), Arkmecht, Burchardt, Murzyn, Stachowicz, Dziadek, Sylwestrzak, Lubawy, Komasa, Jędrzejczak, Korpalski. Kiedyś to było – tutaj to powiedzenie jest jak najbardziej na miejscu.

Dzięki temu, że Polonia grała w Ekstraklasie, na stadionie w Bydgoszczy gościły wielkie sławy polskiej piłki, choćby: Ernest Pohl z Górnika Zabrze czy Lucjan Brychczy z Legii Warszawa. Co ciekawe, Polonii przypadł także udział w historycznym wydarzeniu – inauguracji oświetlenia Stadionu Śląskiego w Chorzowie. Miało to miejsce dokładnie 2 maja 1958 r., podczas meczu z Polonia Bytom, a na trybunach zasiadło wówczas podobno 70 tys. osób! Do dziś jest to niepobity (i pewnie nigdy nie „padnie”) rekord frekwencji w historii bydgoskiej piłki.
Niestety, po najlepszym sezonie przyszedł najgorszy, czyli spadek z Ekstraklasy. Jak się okazało, 1961 r. był dla Polonii ostatnim, przynajmniej na 60-kilka lat, w piłkarskiej elicie. Przewrotny los chciał, że był to też jedyny sezon, w którym Bydgoszcz miała w Ekstraklasie dwa kluby: Zawiszę i Polonię. Jeszcze „śmieszniej” robi się, kiedy dowiadujemy się, że wówczas… oba spadły z elity! Ostatnie miejsce w tabeli zajął Zawisza, przedostatnie Polonia. Gwoli ścisłości, należy jednak powiedzieć, że oba mecze derbowe (również jedyne bydgoskie, jakie kiedykolwiek miały miejsce w historii Ekstraklasy), wygrali piłkarze ze Sportowej! U siebie pokonali czarno-niebieskich 3:0, a na wyjeździe 3:1. Zaskakujące, prawda?
Kolejne dekady to już długa droga w dół. Ostatni raz na szczebli centralnym, bo w III lidze, Polonia grała w sezonie 2003/2004, a właściwie tylko przez jego pierwszą część, bo do drugiej już nie przystąpiła (w wyniku opisanego wyżej upadku klubu). W efekcie, odrodzeni Poloniści, już jako niezależna sekcja, trafili do klasy okręgowej, między którą, a IV ligą (czyli 5 szczeblem rozgrywkowym), balansują do dziś. Od sezonu 2023/2024 jest trochę lepiej, bo Polonia gra właśnie w IV lidze, gdzie jednak ciągnie się (póki co) w ogonie. Na zakończenie ubiegłego sezonu zajęła 13 miejsce (na 18 możliwych), czyli przedostatnie bezpieczne.
Szkoda obecnego stanu Polonii, tym bardziej, że póki co, raczej nie widać horyzontów na lepszą przyszłość. Dawno przebrzmiałe są już bowiem sukcesy młodzieżowe: mistrzostwo kraju U-19 z 1980 r., i wicemistrzostwo w tejże kategorii z 1984 r. Potem było jeszcze nieoficjalne mistrzostwo U-14 z roku 2003, ale na niewiele się to zdało. Szczególnie minorowe nastroje, mają pewnie kibice, którzy oglądali ostatnią ligową potyczkę (domową!) z Chemikiem Bydgoszcz, zakończonym zwycięstwem „Zachemowców”… 8:0! Można więc jedynie zacisnąć zęby i powspominać dobre czasy.

A te wiążą się także z kilkoma wielkimi nazwiskami. Dwa bodaj największe, przedstawiam niżej – warto pamiętać także o członkach „złotej” drużyny z 1960 r. Tutaj jednak, warto wspomnieć o kilku innych. Pierwsze to… Szarmach! Ale nie Andrzej, a Jan, ojciec późniejszego, wybitnego reprezentanta. Ten grywał w Polonii w latach 20. XX w., aby później wyjechać do Gdyni. Wielką karierę piłkarską, zaczynał w Polonii w połowie lat 50. XX w. Henryk „Burza” Szczepański. Ten uniwersalny zawodnik, kojarzony głównie z ŁKS-em Łódź (mistrz kraju z 1958 r.) i Odrą Opole, to olimpijczyk z 1960 r. z Rzymu oraz 45-krotny reprezentant kraju. W zasadzie rzadko kiedy pamięta się, że kiedykolwiek związany był z klubem ze Sportowej.
Podobnie jak rzadko pamięta się, że przez trzy sezony, między 1979 a 1981 r., trenerem bydgoskiego klubu był młody wówczas szkoleniowiec… Jerzy Engel! Późniejszy selekcjoner reprezentacji, człowiek który po 16 latach wywalczył w 2002 r. upragniony awans na Mundial, chwalony był w Polonii za nowatorskie metody. Z Polonii odszedł dla pracy w PZPNie. Jak się później okazało, słusznie.

Warto wspomnieć także postać Janusza Turowskiego. Ten grał w Polonii w latach 1973-1978, aby – via Zawiszę Bydgoszcz – trafić do ekstraklasowych: Pogoni Szczecin i Legii Warszawa. Potem były niemieckie: Eintracht Frankfurt i VfB Lipsk.
Bydgoski bombardier
Wchodząc na stadion Polonii głównym wejściem, nie sposób przeoczyć wmurowaną w ścianę budynku klubowego, tablicę pamiątkową – jedyną tego typu na terenie całego obiektu. Jej bohater, zdecydowanie zasługuje jednak na takie wyróżnienie. Wszak mowa o piłkarzu, dla którego bydgoszczanie chodzili na mecze, nierzadko zapełniając stadion do ostatniego centymetra. Tak jest, rzecz dotyczy bydgoskiego bombardiera, nazywanego czasem „Mali”, czyli Mariana Norkowskiego!

Na tablicy, którą odsłonięto w 8 rocznicę śmierci nieodżałowanego zawodnika, w marcu 2009 r., zamieszczono długą listę zasług Norkowskiego, słowa klubowego hymnu, a także sentencję, najpełniej oddającą, jak wielką personą w Bydgoszczy był. „W podzięce za rozsławienie bydgoskiej piłki nożnej i ku pamięci młodym pokoleniom piłkarzy i sympatyków. Kibice”. Łza kręci się w oku.
Norkowski był członkiem legendarnej drużyny – tej, o której wspomniałem wyżej – która zajęła 5 miejsce w ekstraklasie. Wówczas właśnie, został królem strzelców rozgrywek, z 17 bramkami na koncie. To był oczywiście jedyny raz, kiedy reprezentantowi bydgoskiej drużyny, udała się taka sztuka. No, chyba że mowa o… Norkowskim z dwóch sezonów wstecz! Wówczas, strzelając 19 bramek, podzielił się tytułem z Władysławem Soporkiem z ŁKS Łódź (choć statystycy zwykle przytaczają tylko nazwisko tego drugiego).

W sumie, Marian Norkowski ustrzelił w I lidze (dzisiejszej Ekstraklasie) 91 bramek, grając w niej (oczywiście dla Polonii) przez 7 sezonów. Do tego dołożył 7 sezonów i 114 bramek na drugim stopniu rozgrywkowym. Najbardziej godne podziwu jest zaś to, jak bardzo wierny był Polonii, w której grał od 1952 do 1970 roku, a więc od 17 do 35 roku życia! Wszystko to, mimo faktu, iż był rodzonym torunianinem i wychowankiem Pomorzanina Toruń, a w szczytowym momencie kariery, miał wiele propozycji z o wiele silniejszych niż Polonia klubów, choćby z Warszawy czy Krakowa.
To były trochę inne czasy, więc zdarzyło mu się nawet reprezentować warszawską Gwardię w starciu Pucharu Mistrzów (!) ze szwedzkim Djurgardens IF, a także w trakcie tourne po Egipcie. Kiedy pewnego razu gruchnęła informacja, że „Mali” może nie wrócić do Bydgoszczy, wybuchła afera. Ten jednak zawsze wracał i został w Bydgoszczy nawet po spadku Polonistów z 1 ligi w 1961 r., a także później, już na trzecim stopniu rozgrywkowym. Swoją decyzję tłumaczył… dobrą atmosferą w klubie. Cóż, nic tego podziwiać!
Dzięki swej skuteczności, Norkowski trafił w 1958 r. do kadry narodowej, w której rozegrał w sumie do 1960 r., 6 meczów, strzelając 1 bramkę (w meczu z Francją we wrześniu 1960 r.). Był też na olimpiadzie w 1960 r., gdzie jednak pełnił rolę rezerwowego. I choć ten reprezentacyjny dorobek nie wygląda przesadnie imponująco, pamiętajmy, że gdyby nie spadek Polonii w 1961 r., zapewne meczów byłoby dużo więcej. No i ta konkurencja w ataku kadry, z Pohlem i Brychczym na czele!

Po odwieszeniu korków na kołek, Norkowski pełnił krótko funkcję trenera drużyn juniorskich oraz seniorskiego Polonii. Niestety, karierę trenerską przerwały problemy zdrowotne, które zapewne doprowadziły także do jego przedwczesnej śmierci, w 2001 r., w wieku zaledwie 66 lat. Zasłużony polonista został pochowany na cmentarzu parafii pw. św. Wincentego a Paulo, na Bielawach (artykuł o tej nekropolii znajdziecie TUTAJ).
Na koniec mała anegdota. Norkowski, mimo że na co dzień podobno bardzo sympatyczny, słynął na boisku z czegoś, co dzisiaj nazwalibyśmy „trash talkiem”, czyli próbach słownej dekoncentracji rywali. Dla przykładu, w 1958 r., kiedy Polonia grała ze swoją imienniczką z Bytomia, po pokonaniu bramkarza potrafił do niego rzucić: „Gdzie ty się pchasz pod nogi mistrza”? A bramkarzem tym był… Edward Szymkowiak, reprezentacyjna jedynka i legenda polskiej bramki!
(Póki co) ostatnia perła w piłkarskiej koronie
Ostatnim zawodnikiem przywdziewającym barwy Polonii Bydgoszczy, który zrobił dużą karierę, był Grzegorz Mielcarski. Przykro tylko, że mówimy o piłkarzu, który w biało-czerwonych barwach grał już bardzo dawno, bo w latach 1987-1989. Po jego odejściu możemy mówić o prawdziwej pustyni, jeżeli chodzi o znane piłkarskie nazwiska.
Mielcarski, rodowity chełminianin, trafił do Bydgoszczy jako 16 latek, wówczas zawodnik nieistniejącego już dziś „Orła Chełmno”. Jak wspominał po latach, mało brakowało, a z wyjazdu do Bydgoszczy nic by nie wyszło. „Siedziałem w Chełmnie i piłem piwo, cały dzień wolny, klucz na szyi, w piłkę już pograne, więc różne głupie rzeczy przychodziły do głowy. Nie było telefonów, ale mama szybko mnie znalazła i powiedziała, że za dwie godziny jedziemy do Bydgoszczy na testy. Nie wiedziała, że wypiłem piwo, na zajęciach w Polonii się nie zorientowali”.

Polonia grała wówczas w III lidze, ale Mielcarski, mimo młodego wieku, wyróżniał się na tyle, że wkrótce trafił do drużyny seniorów. Kwestią czasu było to, że pójdzie dalej. Henryk Staszewski, były piłkarz, a wówczas trener Polonii, stwierdzić miał: „O tego chłopca będą się biły kluby pierwszoligowe”. No i biły, a bój ten wygrała w 1989 r. Olimpia Poznań. Tam, w 3 i pół sezonu Mielcarski uzbierał 88 meczów i 28 bramek.
Co ciekawe – i tutaj należy przyklasnąć – Polonia chciała, żeby Mielcarski, jeżeli już ma odejść, trafił do innego bydgoskiego zespołu – Zawiszy, który wówczas pewnie zmierzał w stronę Ekstraklasy. Ta jednak ociągała się z przeprowadzeniem transferu tak mocno, że z zamieszania skorzystali poznanianie. A trzeba przyznać, że Polonia próbowała wszystkiego – nie zabierała nawet Mielcarskiego na serię sparingów z Olimpią, żeby „ukryć” go przed wielkopolanami. Na nic się to jednak zdało.
Wracając do kariery Mielcarskiego, należy stwierdzić że po Olimpii bywało różnie. Pierwsza próba zagraniczna, i wizyta w Servette Genewa skończyła się po 6 meczach i 1 bramce, ale kolejne lata to dobre występy w polskiej lidze, w barwach: Górnika Zabrze, ponownie Olimpii Poznań i Widzewa Łódź (tutaj zdobył mistrzostwo Polski). No i właśnie wtedy przyszedł upragniony, duży transfer do portugalskiego FC Porto, gdzie trenerem był sam legendarny sir Bobby Robson!

W Porto nasz bohater spędził 4 sezony, zaliczając 41 meczów i strzelając 8 bramek, zwykle pełniąc rolę rezerwowego. Jednakże, ewidentnie został tam dobrze zapamiętany, jako solidny piłkarz i dobry duch drużyny. Kilka lat po opuszczeniu klubu i miasta, w 2003 r., kiedy Porto sięgało po Ligę Mistrzów, cieszył się po końcowym gwizdku razem z zawodnikami na murawie. Kiedy swego czasu, wraz z kanałem YouTube „Foot Truck”, nagrywał wspomnieniowy materiał dla Józefa Młynarczyka (legendarnego bramkarza Porto z lat 80. XX w.), dało się odnieść wrażenie, że w Porto jest personą szanowaną co najmniej na równi z zasłużonym golkiperem.
Po Porto wychowanek Orła Chełmno spędził jeszcze sezon za granicą, w 2-ligowej, hiszpańskiej UD Salamanca, a potem wrócił do Polski, do Pogoni Szczecin. Dobry sezon pozwolił mu jeszcze na transfer do Grecji, do AEK Ateny, gdzie jednak w sezonie 2001/2002 rozegrał zaledwie 2 mecze (ale strzelił w nich 2 bramki). Potem była już tylko Amica Wronki i przedwczesne, w wieku 33 lat, zakończenie kariery. Kariery, z której mógł pewnie wyciągnąć więcej, ale ewidentnie zastopowały go nawracające kontuzje.
A kariera reprezentacyjna? W latach 1991-1998 Mielcarski rozegrał w kadrze 10 meczów, strzelając 1 bramkę, w 1992 r. Łotwie. 1992 r. był zresztą bardzo szczęśliwy, bo były zawodnik Polonii Bydgoszcz, znalazł się w kadrze na igrzyska olimpijskie w Barcelonie. Te same, na których Polska zdobyła srebrny medal, ulegając dopiero w finale Hiszpanii. Mielcarski miał jednak w ataku takich rywali jak król strzelców całego turnieju, Andrzej Juskowiak oraz Wojciech Kowalczyk. Na boisko wszedł więc raz, na ostatnich 15 minut, w meczu grupowym z Włochami. Efekt? Bramka i zwycięstwo 3:0!

Ciekawa jest także popiłkarska kariera Mielcarskiego. Od razu po niej, został bowiem dyrektorem sportowym Wisły Kraków, gdzie zapisał się w historii choćby sprowadzeniem do niej Jakuba Błaszczykowskiego. Potem rozwijał swoją karierę jako komentator meczów reprezentacji i Ligii Mistrzów (zresztą, w zestawieniu z wieloma innymi dawnymi piłkarzami, bardzo ceniony), a w 2023 r. przez półroczną kadencję selekcjonerską Fernando Santosa, był nawet jego asystentem. Jak się skończyło zarządzanie kadrą przez utytułowanego Portugalczyka, wszyscy jednak dobrze pamiętamy.

Inne sekcje też nie gorsze!
Zaskakujące może być to, jak dobre wyniki osiągali reprezentanci polonijnej sekcji rowerowej. Ta, powstała w 1928 r., poprzez „połknięcie” założonego trzy lata wcześniej Bydgoskiego Klubu Kolarskiego. Co istotne, ta fuzja zbiegła się w czasie z pierwszym Biegiem Dookoła Polski (czyli późniejszym Tour de Pologne), który wygrał… zawodnik BKS, a potem Polonii, Feliks Więcek! W trakcie wyścigu, zatrudniony wówczas w Pomorskiej Fabryce Rowerów (PoFaRo) Williego Jahra (na Wilczaku, przy ul. Nakielskiej), jechał na wyprodukowanym właśnie w tym zakładzie rowerze „Rekord”.
Potem Więcek zajmował wysokie miejsca w innych wyścigach na terenie Polski, a nawet zagranicą. Natomiast we wspomnianym 1928 r. zdobył 3 miejsce w plebiscycie „Przeglądu Sportowego” na najlepszego sportowca kraju. Sekcja kolarska upadła wraz z wojną, ale – co ciekawe – reaktywowano ją w 2018 r. Sam Feliks Więcek – zdecydowanie największa postać kolarskiej Polonii w historii (i – obok Sylwestra Szmydta – całej Bydgoszczy) – jest dziś patronem jednej z bydgoskich ulic na Brdyujściu.

Spore sukcesy osiągała również hokejowa sekcja Polonii. Mistrzem Polski bydgoszczanie nigdy nie zostali, ale zdołali ugrać 4 medale: w latach 1954-1955 dwa srebrne, a w latach 1964-1965 dwa brązowe. Niestety, i tutaj najlepsze lata dawno przeminęły, bowiem ostatnim sezonem na najwyższym szczeblu rozgrywkowym był sezon 1986-1987. Szeregi Polonii hokeiści opuścili w 1992 r., uniezależniając się i tworząc Bydgoski Klub Hokejowy. Ten niestety, przetrwał ledwie 11 lat, upadając ostatecznie w 2003 r.
Swoją drogą, upadek BTH wiązał się z zamknięciem Torbydu, bazy bydgoskich hokeistów. Ten powstał przecież w 1959 r., właśnie na potrzeby rozwijającej skrzydła, sekcji hokejowej Polonii. Było to wówczas 4 sztuczne lodowisko w Polsce, a to, że powstało właśnie w tym miejscu, nie było przypadkiem – zwyczajnie, wykorzystywało moc chłodzącą sąsiedniej rzeźni miejskiej.

Dziś niestety, dawny Torby jest już wspomnieniem. Jest za to ten nowy, na którym od 2018 r. działa zespół hokejowy BKS Bydgoszcz (w ramach struktur Budowlanych Bydgoszcz), który występuje na 3 szczeblu rozgrywkowym (czyli najniższym możliwym). Zdarzyło się nawet tak, że kilka sezonów temu, hokeiści awansowali wyżej, jednak nie mogli przystąpić do rozgrywek, z uwagi na finanse. Dziś w zespole grają głównie amatorzy, często oldboje, pamiętający jeszcze czasy BTH oraz juniorzy.
Szkoda by było, gdyby bydgoski hokej znowu miał upaść. Wszak tradycje są wielkie. Medale, Torbyd, a także prawdziwe legendy. Wspomnę choćby Mariana Fettera, który przez całą karierę grał w Polonii (od 1964 do 1981 r.), był kadrowiczem, który pojechał z reprezentacją na Igrzyska Olimpijskie do Sapporo (1972) oraz na 4 turnieje mistrzostw świata. Wychowankiem Polonii i jej zawodnikiem od 1959 do 1964 r. był też bramkarz Andrzej Tkacz, człowiek który w swej karierze 2 raz został nagrodzony Złotym Kijem, tj. nagrodą dla najlepszego zawodnika polskiej ligi (jako zawodnik GKS Katowice). W reprezentacji zagrał 96 razy, była na dwóch Igrzyskach Olimpijskich (1972 i 1976) i na ośmiu mistrzostwach świata. Po karierze zawodniczej, zajął się trenerką, swego czasu będąc nawet selekcjonerem polskiej kadry (1996-1997).

W Polonii byli także lekkoatleci, w tym olimpijczycy. Przed wojną w czołówce biegowej na 400 m kraju znajdował się Klemens Biniakowski, który w 1928 r. pojechał na IO do Amsterdamu, natomiast w 1952 r. w Helsinkach reprezentowali nas: Eulalia Szwajowska (bieg na 200 m), Zygmunt Buhl (bieg na 100 m) i Zygfryd Weinberg (trójskok). Wśród polonistów było wielu mistrzów i medalistów na krajowym podwórku. Lekkoatletyczna sekcja została wcielona w struktury Zawiszy w połowie lat 50. XX w. Dziś, do tradycji lekkoatletycznych Polonii nawiązuje utworzony w 2019 r. Klub Sportowy Polonia Bydgoszcz Sekcja Lekkoatletyczna im. Klemensa Biniakowskiego.

Co więcej? Choćby boks, którego sekcja działała przed wojną, i której zawodnikiem był Edward Rinke, później znany głównie jako trener, współpracownik słynnego Feliksa Papy Stamma. Był i tenis i to jeszcze przed wojną, aby w latach 30. XX w. trafić pod kierownictwo samej Jadwigi Jędrzejowskiej, czyli takiej „pierwszej Igi Świątek” – finalistki Wimbledonu, US Open (1937) i Roland Garros (1939). W latach 70. XX w. tenisistom Polonii był Henryk Drzymalski, 6-krotny mistrz kraju. Sekcja tenisowa przetrwała aż do nieszczęsnego 2003 r., aby usamodzielnić się jako SKT Centrum Bydgoszcz. Szkoda, bo w latach 1999-2003 bydgoski team nieprzerwanie plasował się na podium drużynowych mistrzostw Polski.
Silne było polonijne judo. Reprezentanci sekcji założonej w latach 60. XX w., zdobyli ponad 50 medali w seniorskich mistrzostwach kraju. Medal mistrzostw Europy zdobył w 1982 r. Ryszard Pujszo, a Akademickich Mistrzostw Świata Andrzej Sądaj. Sekcja trafiła w struktury AZS UKW. Ponadto, były sekcje podnoszenia ciężarów, a nawet łyżwiarstwa figurowego! Przed wojną grano także w: koszykówkę, siatkówkę oraz szczypiorniaka.
Polecam także nasz Instagram,
na którym pokazujemy kulisy tworzenia blogowych materiałów!
Słowo na koniec
Kto dotarł do tego miejsca artykułu, z pewnością przyzna, że historia Polonii Bydgoszcz jest niezwykle bogata – czasami wręcz fascynująca! A do tego niezwykle mało znana. Warto ją pielęgnować, wszak to także kawał pięknej historii naszego miasta.

Na koniec jeszcze raz podkreślę, że nieodmiennie trzymam kciuki za CAŁY bydgoski sport. Z racji na swoje zainteresowania, głównie za piłkę nożną, ale cieszą mnie wszystkie, nawet te najbardziej niszowe sukcesy naszych sportowców. Moim największym marzeniem jest zaś doczekanie kolejnych piłkarskich derbów w ekstraklasie. Dziś brzmi to oczywiście absurdalnie, ale nie takie rzeczy działy się przecież w piłce.

Tym bardziej, podkreślenia wymaga fakt, iż nie wspieram żadnej konkretnej bydgoskiej drużyny, a wszystkie równo. Piszę to, uprzedzając kretyńskie komentarze pseudokibiców, ludzi którzy zachowują się wbrew nazwie swego gatunku, jak małpy (choć może to obraza dla małp?). Kompletnie nie rozumiem ubliżania kibicom innych (już nie mówiąc o przemocy fizycznej) drużyn, wypisywania obraźliwych haseł pod ich adresem czy radości po ich porażkach. To jest tak skrajnie głupie, że trudno to nawet próbować zrozumieć. A kiedy dotyczy to drużyny z TWOJEGO własnego miasta, jest to głupie do kwadratu.

Piszę to również dlatego, że i pod ostatnim artykułem, w którym przybliżałem historię i współczesność Chemika Bydgoszcz, pojawiło się kilku takich, człekokształtnych. Naprawdę, idźcie pobiegać czy coś w tym stylu – może to pomoże Waszym drużynom w osiąganiu lepszych wyników.

Niech żyje bydgoski sport!
Piotr Weckwerth

Panie Piotrze, no cóż mam napisać….tym artykułem zdjął Pan bielmo z oczu mych, wstyd się przyznać,ale moja wiedza dotycząca tego klubu była znikoma ….
Teraz będzie lepiej 💪😍. Dziękuję i proszę o więcej.